Dziś wracając z pracy, miałam zupełnie zwyczajny dzień do momentu, gdy w centrum handlowym zobaczyłam moją siostrę, szczęśliwą, elegancką, idącą pod rękę z poważnym mężczyzną. Oboje mieli obrączki na palcach. Zatkało mnie na chwilę, poczułam jakby świat się zatrzymał.
Moja siostra bliźniaczka, Wioletta, od zawsze była moją najbliższą osobą. Razem rosłyśmy w kamienicy na Pradze, nasze dzieciństwo upływało na wspólnych zabawach, zwierzeniach i psotach. Razem dostawałyśmy szlabany, razem broiłyśmy, razem też wyprowadzałyśmy się z każdej opresji. Mama często szyła nam identyczne sukienki śmiałyśmy się, iż sąsiedzi nigdy nas nie rozpoznają. Kiedy dorosłyśmy, choćby mając wybór, często ubierałyśmy się podobnie z dumą, podkreślając, iż jesteśmy bliźniaczkami.
Nie przelewało się u nas. Tata był kierowcą autobusu miejskiego, mama pracowała na poczcie. Gdy ja poszłam na studia na Uniwersytet Warszawski, Wioletta bardzo chciała iść w moje ślady, ale niestety zabrakło pieniędzy na jej czesne. Rodzice robili, co mogli, często rezygnując z własnych potrzeb, byśmy choć miały równą szansę. Wioletta była zrozpaczona i czuła się gorsza, szczególnie gdy wracały rozmowy o kosztach nauki. Nigdy jej nie szło w matematyce, a ja zawsze jej pomagałam, teraz jednak nie mogłam podarować jej studiów. Bolało mnie, widząc jej smutek i frustrację.
Wszystko jednak zmieniło się pewnego rodzinnego wieczoru, kiedy nasza babcia, podczas imienin, po kilku kieliszkach żubrówki, zdradziła tajemnicę. Okazało się, iż po naszym urodzeniu rodzice bali się, czy dadzą radę wychować dwie dziewczynki, i zastanawiali się nad oddaniem tej młodszej do rodziny zastępczej a tą młodszą była Wioletta. Cała atmosfera święta prysła. Moja siostra zamarła, w jej oczach pojawiły się łzy, potem gniew; z takich rzeczy się nie żartuje. Uważała, iż rodzice ją mniej kochają, iż zawsze była traktowana gorzej.
Niestety, nie dała się przekonać, iż to były inne czasy, inny lęk. Kolejnego dnia zostawiła rodzinę i zabrała swoje papiery z uczelni. Odwróciła się od nas wszystkich, zwłaszcza ode mnie. Mówiła, iż gdyby mnie nie było, ona byłaby oczkiem w głowie. Tak zaczęłyśmy żyć osobno, jakby ktoś przeciął wszystko to, co było między nami.
Z czasem życie potoczyło się dalej. Wyszłam za Piotra, mamy synka, Szymona. Spotykałyśmy się sporadycznie i zawsze jakby z przymusu i żalem, szczególnie podczas świąt czy na imieninach rodziców. Ostatnia taka wizyta skończyła się awanturą Wioletta wytknęła mi, iż wyglądam niestarannie, iż nie dbam o siebie. Cóż, noszę okulary, nie przykładam takiej wagi do makijażu. Lubię wygodę, a nie szpilki i fryzjera co tydzień. Wiola z kolei interesuje się modą, farbuje włosy, używa drogich kosmetyków, z dumą pokazuje paznokcie z salonu. Niby nic złego, ale jej słowa mnie zabolały jak nigdy. Przecież też bywam zmęczona, mam pracę, dom i dziecko Czy to czyni mnie gorszą?
Wyrzucałam to mamie, tłumacząc, iż nie poznaję już własnej siostry. Z bliskiej, serdecznej osoby stała się kimś zupełnie obcym, wręcz wrogim. Nie pojmuję, skąd w niej tyle niechęci. Mama, jak zawsze łagodna, poprosiła mnie, bym nie nosiła w sercu tej urazy, by dać Wiole szczęście na jej warunkach. Powiedziała, żebym nie naruszała jej spokoju, nie szukała kontaktu, jeżeli tego nie chce.
Od tamtej pory mogę odwiedzać rodziców tylko po wcześniejszym umówieniu się, żebym nie spotkała się przypadkiem z Wiolettą. I tak przez jedno nieostrożne zdanie przy stole wszystko się zmieniło. Rodzina, która kiedyś była naszym wsparciem, rozpadła się na kawałki.








