Pewnego dnia zadzwoniła do mnie daleka ciotka i zaprosiła na ślub swojej córki – mojej kuzynki, któr…

polregion.pl 2 miesięcy temu

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie daleka ciocia i zaprosiła na wesele swojej córki mojej kuzynki, którą ostatni raz widziałam, gdy miała zaledwie sześć lat. To znaczy, miała sześć lat, nie ja.

Nie cierpię na nadmiar rodzinnych uczuć, ale próba wymigania się nic nie dała.
Przynajmniej raz na 20 lat możemy się spotkać, tylko spróbuj nie przyjść! zagroziła stanowczo ciocia.
Przyszło więc zaproszenie z gołąbkami i różyczkami od Weroniki i Bartosza, a na kilka dni przed ślubem dostałam jeszcze przypomnienie nie było rady, musiałam iść.
No cóż, pomyślałam, sobota stracona, ale co zrobić?

I tak z bukietem, paskudnym humorem i chęcią wymknięcia się po godzinie pojawiam się w restauracji. Wchodzę do sali bankietowej, sadzają mnie przy stole z grupą radosnych młodych ludzi znajomych pana młodego, którzy po kilku kieliszkach zaczęli zachwycać się, jaką to wspaniałą ciocię ma panna młoda, iż wcale nie wygląda na ciocię, a poza tym może warto bliżej się poznać i dobrze się zabawić. No to się bawimy.

Panny młodej oczywiście nie poznałam. Tyle lat! Ze śniadej myszki wyrosła na bujną blondynkę z imponującym biustem. Szczerze mówiąc, wolałam ją jako nieśmiałą dziewczynkę.

Atmosfera w ogóle była ponura: tłum nadąsanych cioć z wujkami, pan młody z wyrazem cierpiętnika, panna młoda z przekonaniem o własnej nieprzeciętnej urodzie i biuście gdyby nie nasza coraz weselsza paczka, wszystko przypominałoby stypę. Ciotki patrzyły na nas zdecydowanie nieprzychylnie.

Na pierwszy toast się spóźniłam, ale właśnie zaczynał się drugi. I ode mnie. Wodzirej, dowiedziawszy się, kim jestem, z entuzjazmem zapowiedział:
A teraz młodych pogratuluje młoda i piękna ciocia panny młodej!
I powiedziałam od serca:
Kochani Weroniko i Bartoszu!
Wesele i wcześniej nie było szczególnie żywe, ale w tej chwili zapadła absolutna cisza. W tej sekundzie dotarło do mnie, iż nigdzie nie widzę swojej cioci i raczej trudno, by tak bardzo się zmieniła, żebym jej nie poznała.

Pannę młodą nazywają Agnieszka, syknęła siedząca naprzeciwko ciotka w różowym. A pan młody to Krzysztof.
Jak to Agnieszka? Jaki Krzysztof?
Przychodzą na nieswoje uroczystości, żeby się najeść i napić na koszt innych dorzuciła ciotka. U nas na pożegnanie do wojska też taki się pojawił, ledwie go wygoniłyśmy. Ludzie bez wstydu i honoru.

W tej chwili dotarło do mnie, iż zabawa na tym weselu właśnie się rozpoczęła. Wszyscy zgromadzeni zaczęli patrzeć na mnie podejrzliwie, powoli podnosząc się z krzeseł. Jeszcze nie zakasywali rękawów, ale wszystko do tego zmierzało.

Ale przecież mam zaproszenie! krzyknęłam, wymachując zaproszeniem. Tu wszystko jest napisane: Weronika i Bartosz, restauracja taka i taka, sala bankietowa.

Na szczęście pojawił się kelner.
Proszę pani, mamy jeszcze jedną salę bankietową na piętrze, może to tam powinna pani być?
Oczywiście, zaraz tam pójdzie burknęła ciotka w różowym. Tu już się wpisała, tam pójdzie po dokładkę. Jak takie osoby ziemia nosi? Naciągaczka!
A bezczelność, Pani Ireno, to podobno drugie szczęście wtrąciła jeszcze jedna ciotka, w jasnozielonym, wyjątkowo wredna.

Dodam, iż ani nie wyglądam na awanturnicę, ani na drobną oszustkę. Chociaż, jak to mówią kto wie, lepiej widać z boku. Młodzi koledzy pana młodego chcieli mnie bronić, za co oberwali od ciotki w fioletowym:
Oho, już zdążyła zawrócić chłopakom w głowie!

A ta w różowym dodała:
Ot, tak właśnie naszemu głównemu księgowemu odbiła męża. Tylko się obrócisz zaraz knuje za plecami, bestia jedna.

Nigdy nie rozbijałam rodzin, ale w tej chwili naprawdę poczułam się jak podstępna uwodzicielka. choćby zaczęłam się rozglądać po obecnych mężach może któryś się nadaje, skoro już i tak mnie osądzono.

Na szczęście serdeczny kelner pobiegł do drugiej sali i przyprowadził moją prawdziwą ciocię, która błyskawicznie oceniła sytuację, zaraz zapewniła wszystkich, iż mnie zna, i jeszcze dziwnie przymrużała oko raz do mnie, raz do reszty, jakby wszyscy zawsze mieli wątpliwości, czy z moją głową wszystko w porządku.

W każdym razie wyprowadziła mnie do drugiej sali, gdzie rzeczywiście byli śniada piękność Weronika i chyba jakiś Bartosz, a tam już spokojnie poiły mnie różnymi mocnymi trunkami.

Dobrze, iż nie zdążyłam wręczyć prezentu.
Ale odprowadziła mnie potem ekipa tamtej, pierwszej, weselnej paczki.

Idź do oryginalnego materiału