Pewnego dnia zadzwoniła do mnie daleka ciotka i zaprosiła na ślub swojej córki — mojej dalekiej kuzy…

twojacena.pl 10 godzin temu

Kiedyś zadzwoniła do mnie ciocia, z którą w zasadzie mam luźne relacje, i zaprosiła na ślub swojej córki mojej dalekiej kuzynki, którą ostatni raz widziałam, gdy miała sześć lat. Wtedy była właśnie taka mała, sześcioletnia dziewczynka.

Nie należę do osób, które rozpływają się z euforii na rodzinnych spotkaniach, więc próbowałam się wykręcić. Na próżno.
Raz na dwadzieścia lat mamy okazję się spotkać, choćby nie próbuj się wymigać! zagroziła ciocia tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Oczywiście przyszło zaproszenie pełne gołębi i róż od Magdy i Adama, była też telefoniczna przypominajka na kilka dni przed imprezą nie miałam już wyjścia.

No cóż, sobota praktycznie stracona, ale gdzie pójdziesz, jak odmówić rodzinie?
Pojechałam więc do restauracji z bukietem, w fatalnym nastroju i postanowieniem, żeby chociaż wymknąć się cichaczem po godzinie. Na wejściu posadzono mnie do stołu w gronie wyluzowanych młodych ludzi znajomych pana młodego. Po kilku kieliszkach zaczęli mi prawić komplementy, podkreślając, iż taka ciocia to skarb, i może warto by się lepiej poznać, bo wesele przecież jest od zabawy. Rzeczywiście, w tej grupce było coraz weselej.

Panny młodej choćby nie poznałam, tyle lat minęło; z ciemnowłosej dziewczynki zmieniła się w platynową blondynkę z wyrazistym dekoltem. Szczerze mówiąc, wolę ją z tamtych dawnych lat.

Generalnie atmosfera była dość ponura: tłum naburmuszonych cioć z wujkami, pan młody z niepewną miną, panna młoda rozanielona swoją urodą i ilekroć nie nasza wesoła grupka, było tam jak na stypie. Cioć spojrzenia mogłyby zamrażać.

Przegapiłam pierwszy toast, ale zdążyłam na drugi. Tym razem kolej na mnie. Wodzirej, dowiedziawszy się kim jestem, z euforią ogłosił:
A teraz poprosimy młodą i piękną ciocię panny młodej o kilka słów!

Unosząc kieliszek, zagaiłam serdeczne:
Kochani Magdo i Adamie!

Wesele wcześniej nie było głośne, ale po tych słowach zapadła martwa cisza. W tej chwili dotarło do mnie, iż nie widzę mojej cioci, i iż raczej trudno by jej nie poznać choćby po latach.

Pannę młodą nazywają Basia syknęła przez zęby ciotka w różowej sukience. A pan młody to Tomasz.
Jak to Basia? Jaki Tomasz?
Przychodzą na cudze wesela, żeby się najeść i napić za darmo dorzuciła złośliwie. Takiego mieliśmy jednego na pożegnaniu do wojska, z trudem się go pozbyliśmy. Ludzie już wstydu nie mają.

I wtedy zrozumiałam, iż to dopiero będzie zabawa. Wszyscy goście spojrzeli na mnie złowrogo, powoli wstając z miejsc. Rękawy jeszcze nie zakasane, ale wszystko szło w tę stronę.

Przepraszam bardzo, mam zaproszenie! wrzasnęłam, wymachując kopertą. Wszystko tu jest: Magda i Adam, ta restauracja, ten właśnie bankietowy hol

Ocalenie nadeszło od kelnera.
Proszę pani, mamy jeszcze jeden bankiet na drugim piętrze, może pani miała pójść tam? zapytał z życzliwością.
Akurat! Przyszła podjeść zupę tutaj, pójdzie i tam, gdzie jeszcze dadzą. Takich to ziemia polska nie widziała! warknęła ciotka z różu. Awanturnica!

A buta, Halina, to drugie szczęście dodała złośliwie następna w ciemnozielonej sukience.

Swoją drogą nie wyglądam na żadną podejrzaną osobę, choć jak widać punkt widzenia zależy od pozycji siedzenia. Znajomi pana młodego zaczęli mnie bronić, za co zaraz im się dostało:
No proszę, już mężczyzn omamiła! szeptała ciotka w lawendowym.
A różowa skwitowała:
Tak mi koleżanka męża odbiła, tylko się odwrócić już gotowe!

Swoją drogą nigdy nie odbiłam nikomu męża, ale w tamtej chwili poczułam się jak typowa rozwódka i choćby zaczęłam się rozglądać po męskich twarzach może już wszystko jedno, za co będą mnie obgadywać.

Na szczęście serdeczny kelner pobiegł do drugiej sali i przyprowadził moją prawdziwą ciocię, która gwałtownie ogarnąwszy sytuację oświadczyła, iż mnie zna. Przy okazji dwuznacznie mrugała do obu stron, jakby sugerując, iż zawsze miałam z głową pod górkę.

W skrócie: zostałam ewakuowana na adekwatne wesele, gdzie czekała już śniada i piękna Magda i zdaje się Adam, a ja długi czas dochodziłam do siebie przy barze z żytniówką i wiśniówką.

Najważniejsze, iż prezentu jeszcze nie wręczyłam.
Z pierwszego wesela odprowadzili mnie już zaprzyjaźnieni panowie młodego.

Morał? Życie potrafi płatać figle, zwłaszcza gdy ślepo polegamy na zaproszeniu i nieraz dzięki przypadkowym pomyłkom poznajemy ludzi, którzy potrafią drugiego bronić, choć dopiero co go poznali. Warto mieć wokół siebie takich ludzi i zawsze sprawdzić, czy na pewno jesteśmy we adekwatnym miejscu.

Idź do oryginalnego materiału