Pewnego dnia, wśród gwaru sklepu spożywczego w centrum Krakowa, zobaczyłem moją siostrę, Amandę. Szła dumnie, trzymając za rękę eleganckiego, starszego mężczyznę w świetnie skrojonym płaszczu. Na ich palcach błyszczały złote obrączki. Twarz Amandy promieniała satysfakcją i pewnością siebie.
Amanda i ja Natalia byłyśmy nierozłącznymi bliźniaczkami od dnia narodzin. Dzieliłyśmy się absolutnie wszystkim zabawkami, marzeniami, zmartwieniami, choćby ubraniami, które kupowała nam mama w tanich sklepach na Kleparzu. Nieważne, ile miałyśmy lat, chętnie nosiłyśmy identyczne sukienki i warkocze. Nasza wyjątkowa więź była naszym skarbem. Rodzice zawsze mówili, iż mamy siebie na zawsze, bo kto jak nie druga bliźniaczka zrozumie, co kryje się w duszy.
Żyliśmy dość skromnie. Ojciec prowadził warsztat samochodowy na Nowej Hucie, mama była nauczycielką w podstawówce. Ledwo starczało do pierwszego. Kiedy ja, Natalia, dostałam się na Uniwersytet Jagielloński, dla Amandy zabrakło już pieniędzy. Marzyła, by pójść w moje ślady, ale musiała pracować dorywczo, odkładając każdą złotówkę. Pamiętam jej załamane spojrzenie, ilekroć przychodziły rachunki za czesne. Czuła się winna i odrzucona rodzice wspierali przede wszystkim mnie. Amanda nieraz mówiła, jakby milczała z rozgoryczenia, iż to niesprawiedliwe, iż ona zawsze była tą drugą.
Aż pewnego wieczoru, podczas rodzinnej kolacji przy barszczu z uszkami, babcia wypiła trochę za dużo domowej nalewki i bez zastanowienia powtórzyła coś, czego nie powinna była wyjawić. Otóż gdy moje rodzice dowiedzieli się, iż będą mieli bliźniaczki, rozważali, czy poradzą sobie z dwojgiem dzieci. Przez chwilę poważnie myśleli o oddaniu młodszej Amandy do adopcji.
Ta informacja uderzyła Amandę jak grom z jasnego nieba. W jednej chwili rozpętała się awantura. Amanda była roztrzęsiona, wręcz śmiertelnie obrażona. Tłumaczenia rodziców do niej nie docierały. Przez całą noc chodziła po pokoju, szlochając. Od tego dnia zaczęła się jej zmiana, a żal rozrósł się w głęboką ranę.
Następnego ranka spakowała swoje rzeczy i złożyła w dziekanacie papiery, rezygnując ze studiów. Potem winę za całe swoje nieszczęście przerzuciła na mnie. W jej oczach to ja byłam tą, której wszystko się w życiu układało, podczas gdy ona była tą niechcianą. Zacisnęła zęby i zerwała ze mną kontakt, mówiąc, iż odtąd każda idzie własną drogą.
Minęło kilka lat. Ja założyłam rodzinę, wyszłam za mąż za Andrzeja, urodził nam się syn Michaś. Z Amandą nie rozmawiałyśmy, poza jednym, przykrótkim spotkaniem u rodziców na Wielkanoc. Tamtego dnia Amanda ledwie weszła w próg i już zaczęła komentować mój wygląd. „Mogłabyś się lepiej uczesać, jesteś żoną, matką, a chodzisz taka rozczochrana…” rzuciła z chłodnym uśmiechem. Patrzyła z góry, wyprostowana i pewna siebie.
Aż pewnego popołudnia, podczas zakupów w Galerii Krakowskiej, natknęłam się na nią przypadkiem. Amanda szła z podniesioną głową, w modnym płaszczu, z mężczyzną, którego twarz kojarzyłam z gazet i wiadomości. Wyglądali na parę złote obrączki, jej uśmiech. Podeszłam nieśmiało, nie wiedząc, co powiedzieć. Amanda spojrzała na mnie z dystansem, zupełnie jak na obcą osobę. Nie zatrzymała się na dłużej tylko skinęła głową, po czym odwróciła się na pięcie i zniknęła przez szklane drzwi, siadając do luksusowego auta na parkingu.
Wkrótce przyszło nam spotkać się raz jeszcze u rodziców. Amanda znów nie omieszkała powiedzieć kilku gorzkich słów. Skrytykowała mój wygląd, maniery, choćby sposób mówienia wszystko jej nie pasowało.
A ja poczułam się głęboko zraniona, niemal upokorzona. Przecież nie byłam gorsza, miałam kochającego męża, dziecko, dom. Wybuchłam przed mamą, wyrzucając wszystko, co mnie dusilo przez lata tęsknotę za siostrą, żal za utraconą bliskością i bezpowrotnie minionym dzieciństwem.
Mama tylko cicho poprosiła, bym odpuściła. Rzekła: „Nie chowaj do Amandy urazy. jeżeli los jej sprzyja, pozwól jej być szczęśliwą. Tylko proszę, zanim nas odwiedzisz, dzwoń. Tak będzie lepiej dla wszystkich”
Od tego momentu nasze rodzinne więzy stały się kruche i napięte. Zwykłe rodzinne spotkanie wymagało wcześniejszych ustaleń. Jedno wypowiedziane przy kieliszku zdanie sprawiło, iż życie naszej rodziny już nigdy nie wróciło do dawnego porządku.














