Pewnego dnia, tuż przed rozpoczęciem pracy, znalazłem na ulicach Warszawy bezdomnego szczeniaka. Brudny, potargany, łypał na mnie smutnymi oczami. Serce mi się ścisnęło, więc zabrałem go ze sobą do biura, na Krakowskie Przedmieście. Ukryłem malucha w kącie pod biurkiem, mając nadzieję, iż nikt nie zauważy. Ale ten łobuz uparcie gramolił się spod stołu i cicho popiskiwał, wzbudzając coraz większe zainteresowanie.
Nie minęło pięć minut, jak wszyscy moi współpracownicy dostrzegli mojego małego towarzysza. I wtedy jakby spadły z nich maski.
Pierwsza podbiegła do mnie sekretarka, pani Dobrosława Zawadzka. Zawsze ciepła i rozmowna, z szerokim uśmiechem i perfekcyjnym makijażem. Teraz jednak jej twarz wykrzywiła się nagle w grymasie obrzydzenia. Panie Bartoszu, no proszę Pana! Nie jest Panu wstyd? Chce Pan tu chlew zrobić?! Jej kolorowa, pogodna maska roztrzaskała się w drobny mak tuż przy merdającym ogonkiem, pokracznym kundelku.
Po chwili zjawiła się sprzątaczka, pani Bronisława Kowalczyk. Zawsze zmęczona, zrzędliwa, starsza kobieta ze stwardniałymi dłońmi. Nagle jej twarz rozjaśniła się uśmiechem: Ojej, kto tu taki milusiński? Panie Bartoszu, to gość służbowy czy prywatny? Zrzuciła gdzieś swoją zrzędliwą maskę, pokazując łagodne, serdeczne oblicze, jakiego nigdy wcześniej u niej nie widziałem.
A potem pojawił się mój kolega pan Michał Nowak. Wiecznie życzliwy, dowcipny, zawsze gotów rzucić żartem do każdego napotkanego. Tego dnia jednak wystarczyło, iż zobaczył szczeniaka zza progu mojego gabinetu skrzywił się, odwrócił na pięcie i stwierdził lodowato: Bezdomne psy to tylko brud i choroby. Przepraszam, ale nie zamierzam przebywać w takim towarzystwie. Na podłodze przy drzwiach została cieniutka maska jego codziennego uśmiechu.
Najbardziej jednak zaskoczył mnie mój szef pan Eugeniusz Wysocki. Zawsze surowy, nieprzystępny, nie uznający sprzeciwu szef. Spojrzał tylko na mnie i bez zbędnych słów powiedział: Wie Pan co, panie Bartoszu Chyba powinien Pan dzisiaj wziąć dzień wolny. Weźcie tego malca i idźcie do domu. Są sprawy ważniejsze niż praca. Tylko, proszę, nie zostawiaj go gdziekolwiek To w końcu żywa istota. I, zrzucając maskę chłodnego przełożonego, uśmiechnął się do mnie i szczeniaka z delikatnym, nieco nieśmiałym ciepłem po czym zniknął za drzwiami.
Tamtego dnia pod moimi nogami leżały maski wszystkich tych ludzi: maski twarzy, które znałem od lat. A ja zrozumiałem, jak kilka o nich tak naprawdę wiedziałem.













