Pewnego dnia przyniosłem do biura bezdomnego szczeniaka… Tak wyszło. Znalazłem go pięć minut przed r…

newskey24.com 1 dzień temu

Pewnego razu, na samym początku dziwnego snu, przyniosłem do pracy bezpańskiego szczeniaka. Tak się po prostu zdarzyło. Znalazłem go dokładnie pięć minut przed rozpoczęciem dnia pracy, skulonego pod bazarową ławką, gdzie pachniało starym serem i resztkami śliwek. Był brudny, szarawy, z podkrążonymi oczami prawdziwy syn miejskiej kundlicy, w uszach miał ślady błota. Schowałem go w najciemniejszym kącie mojego biura, ale szczeniak uparcie czołgał się do jasnych miejsc i piszczał najdziwniej. niedługo nie mógł już zostać sekretem zobaczyli go wszyscy współpracownicy.

I wtedy, jak w jakiejś szklanej burzy, przy moich butach zaczęły spadać maski ludzi.

Oto bardzo uprzejma i gadatliwa sekretarka, Małgorzata Zawadzka. Młoda, figlarna, zawsze z precyzyjnym makijażem i szerokim uśmiechem. Jej twarz nagle wykrzywiła się w dziwny sposób, gdy rzuciła spojrzenie w stronę brudnego szczeniaka: Panie Jakubie Nowak, pan się brudem nie brzydzi?! Co za bałagan tutaj mamy… Jej pogodna, kolorowa maska pękła tuż obok rozmachującego wesoło brudnym ogonem szczeniaka.

Sprzątaczka, pani Zofia Wiśniewska, wiecznie zmęczona, zgryźliwa starsza kobieta, nagle rozpromieniła zmurszałą twarz w promienistym uśmiechu: Ojejku, kto tu taki puchaty? Panie Jakubie, to gość służbowy czy prywatny? Pod moimi nogami spoczywała zawinięta w kłębek zgorzkniała maska, a ja widziałem twarz czułą i pełną matczynego ciepła.

Potem przyszedł kolega, Grzegorz Mazur, ten zawsze uprzejmy, gotów do żartu i rozmowy, dla wszystkich sympatyczny. Tego dnia nie wszedł choćby za próg mojego pokoju. Skrzywił się, jakby go zabolał własny uśmiech: Bezpańskie psy to tylko brud i choroby… Przy moich drzwiach leżała cienka, brudnawa maska uprzejmości.

Najbardziej jednak zaskoczył mnie mój szef, pan Andrzej Dąbrowski. Zawsze poważny, surowy, nieprzystępny, tym razem powiedział po prostu: No tak, panie Jakubie… Chyba należy się dziś dzień wolnego… Weź pan tego malucha i idź do domu. Są sprawy ważniejsze niż praca. Tylko nie wyrzucaj go to w końcu żywa dusza… I, odkładając maskę nieprzystępnego dyrektora, z zakłopotaniem uśmiechnął się do mnie i malucha, po czym zniknął za drzwiami.

I oto, przy moich nogach leżały maski ludzi, z którymi codziennie od lat piłem kawę i wymieniałem złotówki, żartowałem i czasem śniłem o urlopie. A jednak z rosnącym zdumieniem czułem, jak mało te maski mówiły o tych prawdziwych twarzach. Wszystko wirując, jakby ktoś w Krakowie zamieszał w kubku z kawą sny i rzeczywistość, a przy tym zawsze gdzieś obok cicho popiskiwał gyzy szczeniak, wciąż niepewny, czy już naprawdę jest mój.

Idź do oryginalnego materiału