Dziś nie mogę przestać rozmyślać o tym, co się wydarzyło. Wciąż czuję niepokój w środku. Rodzice Zosi dali nam na ślub naprawdę imponujący prezent mieszkanie! Wręczyli nam klucze podczas rodzinnej kolacji, mówiąc, iż jesteśmy właścicielami. Było ono jednak świeżo oddane przez dewelopera, więc wymagało generalnego remontu. Teściowa od razu stwierdziła, iż skoro oni podarowali nam mieszkanie, moi rodzice powinni dołożyć się do remontu. Moi rodzice przekazali nam już wcześniej sporą kwotę pamiętam dokładnie, jak tata wręczał mi kopertę, było tam blisko trzydzieści tysięcy złotych ale zgodzili się dodatkowo pomóc w pracach.
Zaraz po ślubie zabraliśmy się za remont. Tata, jako doświadczony budowlaniec, załatwiał materiały, a ja z nim pracowałem co weekend; Zosia też nieraz do nas dołączała, choć bardziej w roli logistyki niż murarki.
Czasem pomagał mi też teść, żebyśmy szybciej się uwinęli. Postanowiliśmy nie wynajmować mieszkania przed końcem remontu, żeby nie marnować pieniędzy, więc przeprowadziliśmy się na jakiś czas do rodziców Zosi.
Kilka dni temu szukałem umowy ubezpieczenia i przypadkiem natknąłem się na dokumenty dotyczące naszego mieszkania. Zdziwiłem się nie na żarty w papierach jako właścicielka figurowała teściowa! Byłem zszokowany i naprawdę wściekły.
Tego samego wieczoru mieliśmy z tatą jechać po nowe płytki do łazienki, ale poprosiłem go, żeby przełożyć to na jutro. Powiedziałem, iż muszę przedyskutować sprawę z Zosią i jej rodzicami, bo sam nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć.
Gdy wszyscy wrócili do domu, zapytałem wprost:
Dlaczego to jest na teściową, a nie na Zosię? spojrzałem na nią pytająco.
Teściowa wzruszyła ramionami:
Synku, przecież to oczywiste, tu chodzi o dobro Zosi. Patrzyła na mnie z wyższością. Co, jeżeli się rozwiedziecie? Domyśl się, czy wtedy nie chciałbyś zabrać połowy mieszkania?
Ale przecież to my robimy remont własnymi rękami! Poza tym dopiero co wzięliśmy ślub Nie uważasz, iż to trochę przesada?
Mamo, przecież prosiłam cię, żebyś przepisała mieszkanie na mnie odzywa się Zosia cicho. Wygląda na przygnębioną.
Czyli wiedziałaś o tym wszystkim? Spuściłem wzrok, a w żołądku czułem ścisk.
Nie tak Po prostu chciałam, żeby było jasno, żeby mieszkanie było na mnie, nie na mamę tłumaczyła się Zosia niepewnie.
Wspaniale. Piękny start wspólnego życia, od razu z takim sekretem rzuciłem z goryczą.
Od paru dni śpię znów u rodziców. Czuję się zawiedziony i zraniony. Zosia próbuje ze mną rozmawiać, wysyła SMS-y, ale nie umiem się przemóc. Mam w głowie same pytania: czy każda polska rodzina tak załatwia sprawy, za plecami wszystkich? Czy to byłoby uczciwe, żebym włożył w to mieszkanie wszystkie nasze siły i pieniądze, a ostatecznie choćby nie miał do niego prawa?
Nie wiem, co robić. Nigdy nie sądziłem, iż spotka mnie coś takiegoWieczorem zadzwonił tata. Usiedliśmy razem w kuchni; on nalał sobie herbaty, mnie postawił kubek z kawą.
Synu zagadnął spokojnie. Nieraz życie zaskoczy cię czymś, na co nie jesteś gotowy. Ale jak dasz się wplątać w cudze gry, zapomnisz, po co naprawdę to wszystko robisz.
Długo milczałem, wsłuchując się w znajome tykanie zegara. Poczułem się tak, jakbym wrócił do dzieciństwa, gdy świat był prostszy, a problemy mniejsze.
Nazajutrz, jeszcze przed południem, zadzwoniła Zosia. Nie czekałem dłużej: zaprosiłem ją na spacer do parku, gdzie zawsze, choćby w najgorsze dni, potrafiliśmy się dogadać.
Chodziliśmy wzdłuż alejki, szurając stopami po żwirze, aż w końcu zatrzymałem się i wziąłem głęboki oddech.
Chciałbym z tobą być, ale nie mogę budować życia na zaufaniu, którego mi odmawiają. Nie da się żyć w cieniu cudzych lęków.
Zosia spojrzała mi prosto w oczy:
Kocham cię. Chcę to naprawić. Pójdę z tobą do notariusza, postaram się przekonać mamę, żeby oddała mi mieszkanie. jeżeli się nie zgodzi… znajdziemy inne wyjście, choćby jeżeli oznacza to start od zera.
Ten moment uświadomił mi, iż nie chodzi o ściany, płytki czy akt własności chodzi o nas, o odpowiedzialność, o prawdę. Bez niej żadne mieszkanie nie stanie się domem.
Uśmiechnąłem się blado i poczułem ulgę, jakby ciężar spadł mi z ramion. Może nie czeka nas łatwa droga, ale przynajmniej postawiliśmy pierwszy, uczciwy krok razem.
Odwiozłem ją do rodziców. Pocałunek na pożegnanie był krótki, ale pełen nadziei. Kiedy wracałem przez wieczorne miasto, wiedziałem już jedno: lepiej żyć w jednopokojowym wynajętym mieszkaniu, ale z kimś, komu naprawdę ufasz, niż mieszkać w pałacu, w którym każdy ukrywa klucz.













