Pewna kobieta w wieku pięćdziesięciu sześciu lat zaczęła się starzeć. Nie ma w tym nic dziwnego, to całkowicie normalne. Nadszedł na to czas.

twojacena.pl 1 dzień temu

Pewnej kobiecie, Urszuli, która miała pięćdziesiąt sześć lat, przyszło mierzyć się z upływem czasu. Starzenie się to przecież rzecz naturalna, ale Urszula patrzyła w lustro z rosnącym przerażeniem zmiany przychodziły szybko, z dnia na dzień. Jakby ktoś każdego poranka odbierał jej trochę młodości, przykładał pędzel ze zmarszczkami, dokładał siwizny w kącikach oczu.

Przecież jeszcze tak niedawno wyglądała naprawdę dobrze! Codziennie, gdy szła przez dziedziniec swojego bloku na warszawskim Mokotowie, staruszek siedzący na ławce, nieważne, czy śnieg, czy deszcz, zawsze podnosił z szacunkiem kaszkiet, czasem ciepłą czapę z uszami, i mówił z przekonaniem: Ależ pani pięknie wygląda! Jak młoda dziewczyna!

Urszula uśmiechała się wtedy powściągliwie i przyspieszała kroku, bo spieszyła się do pracy w szkole. Przez cały dzień słyszała jeszcze inne komplementy naprawdę, wyglądała dobrze, promieniała. A później zauważyła, iż staruszka nie widać już od wielu tygodni. Nie pojawiał się na swojej ławce pod kasztanem.

Spytała sąsiadów. Powiedzieli jej, iż pana Antoniego jak się okazało, miał na imię Antoni Nowak zabrano do domu opieki na Wilanowie. Sędziwy, dziewięćdziesięcioletni, wymagał stałej troski i leczenia. Bliscy mieszkali daleko, w Gdańsku i Krakowie, więc nie mogli się nim zająć na co dzień.

Urszula przestała myśleć o własnej starości, a coraz częściej rozmyślała o panu Antonim. Zdobyła adres zakładu opiekuńczego, w sobotę rano kupiła czekoladki Wedla, słoik konfitur i kilka pomarańczy, i pojechała odwiedzić staruszka.

Znalazła pana Antoniego w niewielkim, jasnym pokoiku. Siedział w fotelu, w polarowym szlafroku, i jadł kaszę manną z masłem. Kiedy ją zobaczył, rozpromienił się, jakby słońce wyszło zza chmur: O, jak ja się cieszę, iż pani przyszła! Ależ pani ślicznie wygląda! Jest pani taka młoda!

Do Urszuli podeszły też inne pensjonariuszki pani Irena, pani Jadwiga, pan Stefan i zaczęli zagadywać, komplementować, żartować. Urszula poczuła, jak ogarnia ją ciepło i serdeczność. Gdy wróciła do domu i spojrzała w lustro, dostrzegła na policzkach nowy rumieniec, oczy miała jasne, rozświetlone, włosy odbiły się lekko na końcach, a zmarszczki jakby zniknęły. Była znowu urodziwa. I młodsza niż rano. To było jak mały cud.

Od tamtej pory Urszula jeździła do domu opieki każdej niedzieli. Zachwyciła się tym miejscem, ludźmi, ich historiami; prowadziła dla seniorów lekcje tańca, rozmawiała, przywoziła drobne upominki. Już nie chodziło o zatrzymanie młodości po prostu dobrze było na duszy, gdy mogła kogoś obdarować uśmiechem, dobrym słowem, gdy dla kogoś stawała się trochę córką albo wnuczką. A oni jej odwdzięczali się szczerą sympatią i przez cały czas mówili: Jak pani pięknie wygląda! z głębi serca.

Bo ludzie są naszymi lustrami ale tymi magicznymi, zaczarowanymi. Po spotkaniu z niektórymi człowieka roznosi lekkość, czuje się młodszy, silniejszy, szczęśliwszy prosta sylwetka, taneczny krok, iskrzące się oczy, uśmiechnięte usta. Po innych od razu czujemy się jakby starsi, mniejsi, przygarbieni i zmęczeni.

Dlatego warto dbać o swoje zaczarowane lustra dobrych, szczerych ludzi, którzy życzą nam naprawdę dobrze. Szczególnie starszych ludzi potrzeba chronić, pielęgnować i okazywać im serce. Póki są wokół nas to my wciąż jesteśmy młodzi i możemy nieść pomoc. Tego nauczyła się Urszula, która odnalazła swoją młodość i piękno. I miała z tym całkowitą rację.

Idź do oryginalnego materiału