Pewna kobieta, Grażyna, skończyła właśnie pięćdziesiąt sześć lat i, jak to w życiu bywa, zaczęła dostrzegać u siebie pierwsze niepokojące oznaki starzenia. No cóż, czasem nie przeskoczysz. Tak się złożyło, iż proces ten posuwał się u niej z szybkością ekspresu KrakówGdańsk. Patrzyła w lustro i prawie słyszała, jak starość podkrada jej młodość każdej nocy, zostawiając cienie pod oczami w gratisie. Jeszcze niedawno czuła się zupełnie świeżo! Przecież pan Zdzisław, dziadek z jej klatki, który niezależnie od deszczu czy śniegu siedział na ławce pod blokiem, zawsze prawił jej komplementy: Pani Grażynko, czego pani taka śliczna? Pani to jeszcze młódka!
Grażyna przechodziła obok niego jak zwykle, dziadek zdejmował z szacunkiem swoją kaszkietówkę albo futrzaną czapkę i swoją starą, galanteryjną manierą witał ją tymi uprzejmościami: Taka piękna dziewczyna to rzadkość na tym osiedlu! Grażyna szczerze się wtedy uśmiechała, spiesząc na tramwaj do pracy. A potem przez resztę dnia również słyszała miłe słowa od ludzi z biura. Faktycznie, prezentowała się bardzo dobrze.
Aż tu pewnego dnia zorientowała się, iż nie widziała pana Zdzisia od bardzo dawna. Nikt już nie rzucał jej tych przewidywalnych, ale jakże miłych komplementów przy wyjściu z klatki. Po krótkim rozeznaniu dowiedziała się od sąsiadki Jadwigi, iż pan Zdzisław trafił do domu spokojnej starości. Dzieci rozjechały się po Polsce, wnuki w Anglii, no i pozostawało tylko zapewnić panu porządny nadzór oraz opiekę medyczną w końcu miał już dziewięćdziesiąt lat!
Zamiast zamartwiać się własną metryką, Grażynie zaczęły krążyć po głowie myśli o panu Zdzisiu, który dowiedziała się miał na imię Zdzisław Nowak. Zdobyła adres, kupiła słodkie drożdżówki i w niedzielę wyruszyła tramwajem na drugi koniec Warszawy, by odwiedzić starych znajomych. I znalazła pana Zdzisia!
Siedział w wygodnym fotelu, racząc się manną z masłem (bo co innego można jeść po dziewięćdziesiątce?), spojrzał na Grażynę i uśmiechnął się szeroko: Kogo ja widzę, pani Grażynka! Ależ pani kwitnąco wygląda! Pani to zawsze taka piękna dziewczyna!
I zaraz reszta pensjonariuszy też się zleciała, żeby pochwalić Grażynę, rzucić jakieś komplementy, uśmiechnąć się serdecznie. Wieczorem, już w domu, Grażyna nie mogła powstrzymać się i znowu spojrzała w lustro Policzki zaróżowione, w oczach błysk, włosy nagle się pokręciły, a małe zmarszczki wydały się mniej widoczne. No piękna kobieta! choćby młodziej wygląda, niż sugeruje PESEL. Ot, taki mały cud.
Tak to się stało, iż Grażyna zaczęła regularnie odwiedzać dom spokojnej starości w każdą niedzielę. Pomagała, prowadziła dla seniorów kursy tańca nie dla własnego odmłodzenia, ale dlatego, iż dusza miała z tego czystą frajdę. Bo kiedy widzisz, iż możesz komuś zrobić dzień, stajesz się dla kogoś jak córka albo wnuczka to łaskocze serce i rozświetla człowieka od środka. Nic dziwnego, iż tak chętnie słuchała już nie tylko: Jak pani pięknie wygląda!, ale też Cieszymy się, iż pani jest!
Inni ludzie bywają naszym lustrem, ale nie takim zwykłym, tylko magicznym. Trafisz na dobrego człowieka kwitniesz; spinasz się, zaczynasz się prostować, w oku błysk, na twarzy uśmiech. A inni potrafią zamienić nas w zrzędliwego emeryta albo wiecznie zaspanego trolla.
Trzeba więc dbać o swoje czarodziejskie lustra, o dobrych i szczerych ludzi, którzy naprawdę od serca powiedzą coś miłego. Dbać o starszych bo póki oni są z nami, też jesteśmy młodzi i możemy coś komuś dać. Tak właśnie myśli Grażyna, która odzyskała swoją młodość i urok. I, szczerze mówiąc, trudno się z nią nie zgodzić.









