Pewna kobieta w wieku pięćdziesięciu sześciu lat zaczęła się starzeć. I nie ma w tym nic dziwnego, to całkowicie normalne. Taki już czas nadszedł.

polregion.pl 1 dzień temu

Pewna kobieta w wieku pięćdziesięciu sześciu lat zaczęła dostrzegać oznaki starzenia się. Nie było w tym nic dziwnego, to przecież naturalna kolej rzeczy. Przyszedł na to czas.

Jednak kobieta z przerażeniem patrzyła codziennie w lustro. Miała wrażenie, iż starzenie postępuje błyskawicznie. Jakby każdego dnia ktoś odbierał jej młodość i urodę, nakładając maskę starości.

Jeszcze niedawno wyglądała tak dobrze! Przypomniała sobie pana Antoniego, starszego pana z jej bloku w Warszawie, który choćby w deszczu i mrozie siedział zawsze na ławeczce przed wejściem. Pan Antoni za każdym razem mówił jej uprzejmie: Jak pięknie pani dziś wygląda! Ależ pani jest śliczną dziewczyną!.

Przechodziła koło niego, a on z szacunkiem unosił kaszkiet lub ciepłą wełnianą czapkę i powtarzał serdeczne słowa: Ależ pani jest piękną dziewczyną!. Kobieta spieszyła do pracy, uśmiechając się pod nosem. Wielu ludzi jeszcze w ciągu dnia prawiło jej komplementy. I rzeczywiście prezentowała się bardzo dobrze.

Któregoś dnia uświadomiła sobie, iż od dłuższego czasu nie widziała pana Antoniego na ławeczce. Zapytała sąsiadów i dowiedziała się, iż pan Antoni został zabrany do domu opieki. Rodzina nie mogła się nim dłużej zajmować, dzieci rozjechały się po innych miastach, więc zorganizowali dziadkowi miejsce w spokojnym ośrodku pod Warszawą. Miał już dziewięćdziesiąt lat, potrzebował stałej opieki i leczenia.

Myśli o starości zeszły na dalszy plan, bo kobieta coraz częściej myślała o panu Antoniu tak miał na imię, jak się w końcu dowiedziała. Zdobyła adres, kupiła paczkę łakoci i w niedzielne popołudnie pojechała do domu seniora.

Znalazła pana Antoniego! Siedział w fotelu i jadł kaszę mannę z masłem. Kiedy ją zobaczył, rozpromienił się i zawołał: Ach, jak się cieszę na pani widok! Jak pięknie dzisiaj pani wygląda! Jaka z pani śliczna dziewczyna!.

Do kobiety zaczęli podchodzić też inni pensjonariusze, uśmiechali się i mówili miłe rzeczy. Chwalili ją serdecznie. Gdy wróciła do domu, spojrzała w lustro policzki miała zaróżowione, oczy błyszczały, włosy się miękko podkręciły, a drobne zmarszczki jakby zniknęły! Naprawdę wyglądała młodziej i promieniście.

To było prawdziwe małe cud. Od tej pory w każdą niedzielę odwiedzała dom seniora, pomagała, organizowała zajęcia dla starszych ludzi prowadziła choćby lekcje tańca. Nie dla samej młodości po prostu serce jej rosło, gdy wiedziała, iż może komuś pomóc, sprawić komuś radość. Była dla wielu jak córka czy wnuczka i odwzajemniali jej troskę z równie szczerą życzliwością. I znów słyszała: Jak pięknie pani wygląda! tym razem wypowiedziane prosto z serca.

Inni ludzie są dla nas zwierciadłem nie takim zwykłym, ale zaczarowanym. Po spotkaniu z niektórymi człowiek rozkwita, prostuje się, staje się lżejszy, oczy zaczynają błyszczeć, a na ustach pojawia się uśmiech. Inni potrafią, niestety, odebrać nam energię i radość, zostawiając nas zmęczonymi czy smutnymi.

Dlatego trzeba szczególnie dbać o te zaczarowane zwierciadła, o ludzi dobrych, szczerych, którzy mówią życzliwie prosto z serca. Starszych ludzi także powinniśmy otaczać troską dopóki są z nami, jesteśmy jeszcze młodzi i mamy w sobie siłę, żeby pomagać. Tak uważała ta kobieta, która odkryła na nowo swoją młodość i piękno. I miała całkowitą rację.

Idź do oryginalnego materiału