Pociąg relacji Bydgoszcz–Kraków ruszał o szóstej czterdzieści pięć, a Halina Wardęga siedziała w nim tak samo jak co czwartek od jedenastu lat — z termosem herbaty z melisą i kopertą pełną starych zdjęć na kolanach. Jechała do syna, żeby oddać mu rzeczy po ojcu, bo mieszkanie na Szwederowie w końcu trzeba było opróżnić.
Naprzeciwko usiadł chłopak z plecakiem, jakieś dwadzieścia lat, słuchawki na uszach, ale jedno ucho odsłonięte — może na wypadek, gdyby konduktor coś powiedział. Za oknem mijały pola pod Inowrocławiem, gdzieś między stacjami sprzedawca pchał wózek z kawą z automatu i chrupkami, a Halina pomyślała, iż kiedyś w tym samym miejscu jeździła z mężem Ryszardem, kiedy jeszcze byli parą studentów bez grosza, i dzielili jedną bułkę z serem na całą trasę.
Ryszard zmarł w marcu. Zawał, szybko, bez pożegnania. Zostawił po sobie stary zegarek na rękę, kilka koszul, które pachniały jeszcze jego wodą kolońską, i to mieszkanie, którego teraz nikt nie chciał, bo syn Marek mieszkał w Krakowie z żoną i dwójką dzieci, a córka Ola wyjechała do Irlandii i przysyłała tylko przelewy na urodziny.
— Pani jedzie daleko? — zapytał chłopak, zdejmując słuchawki, kiedy pociąg zatrzymał się na chwilę w Kutnie i ktoś głośno rozmawiał przez telefon o meczu Lecha.
— Do Krakowa. Do syna.
— Ja też. Wracam z pogrzebu dziadka.
Halina spojrzała na niego inaczej. Nie od razu — najpierw dopiła łyk herbaty, odstawiła kubek na stolik, dopiero potem coś w niej się poruszyło.
— Mój mąż zmarł pięć miesięcy temu — powiedziała, sama nie wiedząc, po co to mówi obcemu chłopakowi w pociągu.
On nie odpowiedział zaraz. Wyjął z plecaka pomiętą kartkę — program pogrzebowy — i podał jej bez słowa, jakby to było naturalne, jakby siedzieli tak od zawsze.
— Dziadek mówił, iż życie to pociąg. Że wsiadają do niego ludzie, jedni jadą krótko, inni długo, ale w końcu każdy wysiada na swojej stacji.
Halina wzięła kartkę do ręki. Na zdjęciu starszy mężczyzna w garniturze, uśmiechnięty, trzymał wnuka na kolanach — pewnie właśnie tego chłopaka, tylko dwadzieścia lat młodszego.
— Twój dziadek miał rację — powiedziała.
Reszta drogi minęła w milczeniu, które nie było niezręczne. Za oknem przemknęły Łódź Widzew, potem Częstochowa, gdzieś w Zawierciu ktoś wysiadł z wielkim bukietem gerber, jakby jechał na czyjeś urodziny albo imieniny. Chłopak w końcu zasnął, głowa oparta o szybę, a Halina wyjęła z koperty zdjęcie ślubne — ona w białej sukni uszytej przez matkę, Ryszard w wypożyczonym garniturze, oboje śmiejący się do obiektywu przed kościołem świętego Wincentego.
W Krakowie na peronie czekał Marek, w za dużej kurtce, z synkiem trzymającym go za rękę.
— Mamo, jak podróż?
— Dobra. Miałam towarzystwo.
Podała mu kopertę. W środku była też koperta mniejsza, zapieczętowana, z napisem jej ręką: „Dla Marka i Oli, po równo".
— Co to?
— Sprzedałam mieszkanie na Szwederowie. Sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych, po odliczeniu wszystkiego. Połowa dla ciebie, połowa dla siostry. Przelew już poszedł, dziś rano potwierdziłam w banku.
Marek spojrzał na nią, jakby czekał na jakiś haczyk, na warunek, na coś w rodzaju „ale musisz mnie odwiedzać częściej".
— Mamo, nie musiałaś tak szybko.
— Musiałam. Bo wiesz co powiedział mi dziś w pociągu chłopak, którego pierwszy raz w życiu widziałam? Że jego dziadek zmarł, zanim zdążył mu powiedzieć wszystko, co chciał. A ja z tatą zdążyłam. Powiedzieliśmy sobie wszystko, co trzeba było, jeszcze zanim zasnął tamtego wieczoru w marcu i się nie obudził.
Wnuczek pociągnął ją za rękaw płaszcza, pokazując na budkę z goframi przy wyjściu z dworca.
— Babcia, gofra?
— Gofra — zgodziła się Halina i wzięła go za rękę.
Nie oglądała się za siebie, w stronę peronu, z którego odjechał pociąg. Nie było już czego szukać w oknach wagonów. To, co miała do zamknięcia, zamknęła rano w banku i przed chwilą na peronie — resztę, jak mawiał Ryszard, załatwia się gofrem z bitą śmietaną i spacerem po Rynku, dopóki jeszcze jest komu go zjeść razem z tobą.











