PATRZĄC W PRÓŻNIĘ
Darek i Jadzia pobrali się, gdy oboje mieli po 19 lat. Nie mogli wytrzymać jednego dnia osobno czysta szaleńcza miłość, aż trudno było uwierzyć. Rodzice uznali, iż trzeba ten żar przypieczętować ślubem, żeby nie wyszło coś nie po Bożemu Wesela nie żałowali niczego: gołębie latały, wódka lała się litrami, a panna młoda na masce samochodu wyglądała niemal jak królewna z bajki. Był tłum gości, kwiaty, fajerwerki, DJ puszczający hity z lat 90. i oczywiście chóralne gorzko, gorzko! za każdym toastem.
Rodzice Jadzi nie dołożyli się do wesela choćby złotówki sami ledwo wiązali koniec z końcem, a większość wypłat wydawali raczej na specjały wysokoprocentowe niż na rodzinne oszczędności. Wszystko zorganizowała teściowa Darka, Aleksandra Pawłowa, której i tak wszyscy mówili po prostu Sana. Wiedziała, iż jej podwójne imię i nazwisko połamię niejednemu język, więc zawsze prosiła: Wołajcie mnie Sana.
Sana była przeciwna pomysłowi, by jej syn żenił się z córką znanych w okolicy pijaków, ale serca rodzica nie nadążają za miłością. Darek zapewniał, iż Jadzi żadne geny nie zaszkodzą, a ich miłość to już w ogóle rozłoży wszelkie czynniki ryzyka na łopatki. Na to matka tylko wzdychała: Darek, patrz z osiki nie rosną pomarańcze. Uważaj, żeby ci ta twoja miłość nie była krótsza niż nos wróbla
A Jadzia i Darek myśleli, iż odkryli przepustkę do szczęśliwości. Życie jeszcze nie zdążyło ich wyprowadzić z błędu.
Sana i jej mąż podarowali młodym kawalerkę w Lublinie. No dzieci, żyjcie, cieszcie się! instruowała z dumą.
Na początku było sielankowo, jak z reklamy banku. Jadzia powiła dwie córeczki: Tola i Żaneta. Darek świata poza nimi nie widział wreszcie miał własne królestwo i był z tego nieprawdopodobnie dumny.
Minęło raptem pięć lat i sprawy zaczęły się przewracać do góry nogami. Jadzia coraz częściej znikała z domu i wracała z taką wonią, iż choćby ślepy by zgadł bimber. Na wszelkie wyjaśnienia była odporna, aż pewnego dnia wypaliła: Wiesz co, Darek, nigdy cię nie kochałam. To była młodzieńcza głupota. I iż teraz to ona prawdziwie pokochała innego, nieważne, iż facet żonaty i z trzema córkami. Darek osłupiał, świat mu zasłonił ciężki welon rozpaczy jakby dostał młotkiem w głowę. Czuł się zdradzony jak pies.
Jadzia uciekła z nowym księciem na wiochę pod Hrubieszowem. Twierdziła, iż z ukochanym to i w ziemiance raźno, a z wrogiem to i w pałacu ciasno. Dzieciom choćby pomachała na do widzenia.
Sana, kobieta żywa i energiczna, jakby ją ktoś z reklamy kawy wziął, przejęła wnuczki pod opiekę. Sama rozpieszczała je niemiłosiernie, z dziadkiem też.
Darek, długo nie wracając do siebie, ugrzązł w sekcie religijnej podpowiedział, jak to zwykle bywa, kolega z zakładu. Tam przyszyli go do wdowy o imieniu Klara dzieci nie miała, ale za to dwóch synów: Olka i Witka. W krótkim czasie przeszli ślub kościelny, bardzo alternatywny.
Na własne córki Darek czasu nie znalazł już w ogóle. Jego nowa żona dawała mu tak dużo zadań domowych, iż nie wystarczało sił choćby na kawę. Jak tylko wspominał o Tolce lub Żanecie, Klara mówiła: Majster, przecież one mają matkę! Lepiej zaprowadź Witka do szkoły, a Olka nakarm.
Darek robił, co mu kazano. Gdzieś, głęboko, kochał dalej Jadzię, ale wiedział, iż tam już nie prowadzi żadna droga.
Po siedmiu latach, jak grom z jasnego nieba, na progu Sany pojawiła się Jadzia. Trzymała za rękę małą, czteroletnią dziewczynkę.
-Ale cię życie przeorało, Jadwiga złośliwie mruknęła Sana, przyglądając się byłej synowej. To twoja córka?
-Tak, Madzia. Możemy tu zostać? Jadzia przesuwała się z nogi na nogę.
-Nie spodziewałam się takiego gościa. Wygonili cię? dopytywała się Sana.
-Nie, sama odeszłam. Nie dawałam już rady. Mąż mnie bił i pił gorzej niż stary radziecki czołg użalała się Jadzia.
-Sama sobieś chłopa brała. A do swoich rodziców czemu nie uderzyłaś? Sana nie mogła odpuścić okazji do przytyku.
-Zatęskniłam za córkami. Chciałam je zobaczyć śmielsza już, bo znała serce Sany.
-Ha! Teraz sobie przypomniałaś o dzieciach! Tyś normalnie kukułka, Jadzia! ciągnęła dalej babcia.
Dzwonek przerwał jej tyradę. Do domu weszły Tola i Żaneta już nastolatki. Obejrzały matkę spode łba, zero czułości, ni grama tęsknoty. Smutek zżerał je od środka. Babcia Sana nieraz powtarzała, iż wnuczki zostały półsierotami przy żyjących rodzicach.
Oczywiście, Sana pozwoliła Jadzi zostać z Madzią. Chociaż serce krwawiło, nie wyrzuciłaby nikogo, bo sumienie nie pozwala.
Minął miesiąc i Jadzia zniknęła już na dobre. Okazało się, iż wróciła do swojego pogromcy alkoholowego na wieś, a Madzię zostawiła pod opieką Sany. Tak babcia i dziadek mieli do wychowania już trzy wnuczki. Dziewczyny kochały babcię i dziadka jak nikogo na świecie, bo tylko u nich czuły ciepło, spokój i szacunek.
Czasu nie da się powstrzymać
Lata przeleciały. Babcia Sana, a potem i dziadek, odeszli do wieczności.
Tola wyszła za mąż, dzieci się nie doczekała.
Żaneta dorosła do siwych warkoczy i w końcu wybrała staropanieństwo.
Madzia w wieku siedemnastu lat została mamą. Ojciec nieznany nie było choćby śladu. Wyjechała do matki na wieś.
Młodość odeszła nie żegnając, starość weszła nie witając.
Jadzia mieszkała sama, partnera zabrali do Lublina jego córki, bo się rozchorował i został inwalidą. Córki winę zrzuły na Jadzię. To twoja wina, iż ojciec tak skończył! Nie wsadzaj nosa w nie swoje sprawy!
Na wsi nazwali Jadzię bezwstydną pijaczką. W końcu, na wsi każdy o każdym wszystko wie, a plotki krążą szybciej niż ekspres Intercity Warszawa-Kraków. Sława Jadzi nie była chlubna.
Darek w końcu uciekł z sekty i od Klary ledwie żywy. Został sam w starej kawalerce po matce. Żył od zupy mlecznej do kompotu, sypiał pod kołdrą zimniejszą niż lód w Wiśle. Dla równowagi psychicznej przyniósł sobie aż trzy koty. Tak zakończyła się jego cała miłość
A przecież szczęście naprawdę kiedyś pukało do drzwi Jadzi i DarkaWieczorami, gdy koty tłoczyły się na poduszce, Darek siadał przy oknie, patrzył w czarne niebo nad Lublinem i myślał o tym, co kiedyś sobie obiecywał. Cicho wymawiał imiona wszystkich kobiet i dzieci, jakie pojawiły się w jego życiu, jakby wzywał ich duchy. Od nich wszystkich odgradzała go gruba ściana czasu i żalu.
Tymczasem Madzia, trzymając na rękach maleńką córeczkę, patrzyła na matkę śpiącą za ścianą. Po raz pierwszy nie czuła już do niej wściekłości, tylko litość. Wyjęła zeszyt i zapisała na czystej kartce jedno zdanie: Nie chcę być kolejnym cieniem we własnym domu.
A kiedy na wiosnę zakwitły jabłonie, Madzia spakowała torby. Wyjechała z córką do miasta, zostawiając we wsi całe swoje dzieciństwo i żal, ale nie zostawiła nadziei. W nowym miejscu, wśród obcych ludzi, patrzyła prosto w przyszłość może kruchą, może niepewną, ale własną. Czasem, wieczorami, tuliła córeczkę i szeptała jej do ucha: U nas wszystko zaczyna się od nowa.
A na starej ulicy w Lublinie, w kawalerce nad osiedlem, Darek co noc gasił światło i spoglądał w próżnię za oknem. I choć przeszłość wracała w snach, czasem jedno mruczenie kota przypominało mu, iż choćby po najciemniejszej nocy potrafi przyjść świt cichy, zwyczajny, nieproszony, ale jednak.
I tak życie płynęło dalej bez fajerwerków, bez bajkowych zakończeń, za to z iskierką tej cichej odwagi, kiedy człowiek po prostu wstaje rano i patrzy, co dziś przyniesie dzień.






