
Przyciągają wzrok bogactwem kolorów, precyzją wykonania i pomysłowością. Niedawno można je było podziwiać na wystawie w Filii nr 1 Miejsko-Powiatowej Biblioteki Publicznej. To właśnie tam spotkałam się z autorką niezwykłych patchworków, by porozmawiać o pasji, która narodziła się podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych i od lat daje jej twórczą satysfakcję. O pierwszych krokach przy maszynie, miłości do kolorowych skrawków materiału i planach na kolejne projekty opowiada Joanna Błaszczyńska, która ponad czterdzieści lat mieszkała w Zamościu, a dziś swoje miejsce odnalazła w Świdniku.
–Z wykształcenia jest Pani chemiczką. Jak zatem rozpoczęła się Pani przygoda z maszyną do szycia?
Joanna Błaszczyńska: – Wszystko zaczęło się w dzieciństwie. Mama miała maszynę Singer, szyła ubrania. Mnie nie pozwalała, bo obawiała się, iż igła może się złamać, a w tamtych czasach trudno było kupić nowe. Ale jak wychodziła z domu, wtedy ja siadałam do maszyny.
– Nie zorientowała się, iż córka potajemnie z niej korzysta?
J.B.: – choćby jeśli, nie komentowała tego. Pamiętam, iż kiedy miałam chyba 12 albo 13 lat uszyłam sobie niebieską, marszczoną sukienkę. Bez wykroju, zupełnie z wyobraźni. Potem była długa przerwa, bo przyszła szkoła średnia i studia zupełnie niezwiązane z maszyną ani choćby plastyką. Natomiast w roku 1989 mąż po obronie pracy doktorskiej został skierowany na uczelnię w Stanach Zjednoczonych. Pojechaliśmy całą rodziną. Tam po raz pierwszy zobaczyłam patchworki i zaczęło się…
– Pomyślała Pani: „O, jakie fajne, też bym chciała takie coś robić”?
J.B.: – Tak sobie pomyślałam. A dodatkowo jeszcze, iż na pewno nie dam rady czegoś takiego uszyć.
– To co się Pani tak spodobało w patchworku, iż jednak Pani spróbowała?
J.B.: – Podoba mi się to, iż można z różnorodnych szmatek stworzyć zupełnie coś innego. To jedno. A po drugie, wszystkie elementy muszą do siebie pasować, co wymaga systematyczności, uważności. Chodzi o to, by „dziubki” tkaniny trafiały na siebie, żeby nie było przesunięć, bo to nie wygląda estetycznie.
– Co jest najpierw tkanina czy pomysł?
J.B.: – Różnie to bywa. Czasami inspiracją jest sam materiał. Innym razem mam pomysł, przeszukuję całą górę szmatek i okazuje się, iż nie ma odpowiedniej. Pierwsze tkaniny przywiozłam ze Stanów. Potem zaopatrywałam się w fabrykach w Łodzi, wyszukiwałam w sklepach internetowych albo wymieniałam się ze znajomymi. Bardzo przeżyłam to, iż przed przeprowadzką do Świdnika musiałam oddać wiele zgromadzonych skrawków. Nie zmieściłyby się w nowym mieszkaniu. Zabrała je pani z Krakowa, która prowadzi zajęcia dla dzieci „Sztuka łączenia”.
– Wzór rysuje Pani najpierw na papierze?
J.B.: – Raczej nie. zwykle wszystko dzieje się w głowie.
– A jak wygląda samo szycie? Jest pomysł, jest tkanina, siada Pani do maszyny i szyje aż skończy czy dzieli pracę na etapy?
J.B.: – To zależy od wielkości patchworku. jeżeli ma być duży, ustalam z grubsza wymiary poszczególnych elementów, żeby potem otrzymać żądaną wielkość. Przy małych pracach szyję intuicyjnie, jak wyjdzie.
– Co liczy się najbardziej przy tworzeniu patchworku – precyzja, cierpliwość czy wyobraźnia?
J.B.: – Wydaje mi się, iż wszystko razem. Precyzja musi być. I to mi się bardzo podoba, nazywam to szyciem z dokładnością do jednego ściegu.
– Ile prac już Pani uszyła i które z nich są dla Pani szczególnie ważne?
J.B.: – Trudno powiedzieć, ile ich było. Cała rodzina jest od dawna obdarowana i już niczego ode mnie nie chcą (śmiech). Czasami sprzedawałam coś na kiermaszach. Do niektórych patchworków czuję jednak wielki sentyment i szkoda by mi było się ich pozbyć. Prezentowałam je na wystawie w Filii nr 1. Są to: Kwiaty, Arka Noego z elementami 3D, Talerze drezdeńskie, które były też eksponowane w Pradze czy Kalejdoskopy szyte bardzo ciekawą techniką – wielowarstwowe krojenie i szycie. Musiało być 8 warstw tkaniny, złożonej dokładnie jedna na drugą, by wyciąć takie same elementy, z których powstały fascynujące wzory.
– Jakich innych technik Pani używa?
J.B.: – Bardzo ciekawa, chociaż niezwykle pracochłonna jest metoda konfetti. Przygotowuje się tło, a wybrane elementy układa z maleńkich kawałeczków materiału. Następny etap to przykrycie wszystkiego tiulem i pikowanie. pozostało metoda PP, polegająca na zszywaniu skrawków materiału bezpośrednio na papierze. Wzór rysuje się odwrotnie niż ma wyglądać, szyje się po lewej stronie na papierze, potem papier się odrywa. Lubię też aplikacje. Tak naprawdę szycie to pierwszy etap. Następnym jest pikowanie i tu dopiero zaczyna się zabawa. Patchwork to po prostu zszywanie kawałków tkanin. Gotowa praca nazywa się natomiast quilt i składa się z trzech warstw: patchworku, ociepliny oraz spodu. Pikowanie służy temu, aby wszystkie warstwy połączyć ze sobą. Dzięki temu całość jest trwała i można ją bez problemu prać. Są choćby specjalne, wielkie maszyny do pikowania, ale nie zmieściłyby się w pokoju. Ja pikuję na maszynie domowej.
– Zdarza się Pani rozpocząć pracę, a potem stwierdzić, iż to jednak nie ten kierunek i trzeba wszystko spruć?
J.B.: – Prucie to nieodzowna część szycia (śmiech). Musi być i trzeba je po prostu polubić. Mam w domu patchwork zrobiony techniką Bargello, który składa się z wielu drobnych elementów. Zrobiłam już prawie cały i nagle okazało się, iż jeden element znalazł się nie tam, gdzie powinien być. Musiałam trochę spruć, ale poprawiłam to. Są takie proste przyrządy do prucia, więc nie jest to takie straszne..
– Z ilu elementów składał się najbardziej pracochłonny patchwork, jaki Pani uszyła?
J.B.: – Spirala, którą prezentowałam w Filii nr 1, ma ponad półtora tysiąca elementów. To zresztą cała historia, bo uszyłam dwie takie prace. Pierwsza, wykonana techniką Bargello, składa się z około 750 elementów. Zostało mi jednak sporo pasków tkaniny, więc pomyślałam, iż szkoda je wyrzucać. W ten sposób powstała druga spirala, ale tym razem liczba elementów była już znacznie większa.
– Wspominała Pani o wystawie w Pradze, ale było ich więcej. Debiut w Świdniku również za Panią.
J.B.: – W Krakowie, Berlinie, Pradze i Szczecinie dołączyłam do wystaw zbiorowych. Indywidualną wystawę miałam w Książnicy w Zamościu. Jesienią 2025 r. zdobyłam pierwsza nagrodę w konkursie dla seniorów „Aktywni, Kreatywni w Kulturze”, zorganizowanym przez CSK w Lublinie. Do świdnickiej biblioteki trafiłam przypadkiem. Zaczęłam rozmawiać z Panią Olą (Aleksandra Majewska, kierownik Filii nr 1 – przyp. redakcji) i zapytałam, czy nie dałoby się zorganizować wystawy. Okazało się, iż Pani Ola bardzo lubi patchwork. Cieszę się, iż wszystko się udało.
– Gdyby ktoś z naszych Czytelników chciał zacząć przygodę z patchworkiem, od czego powinien zacząć?
J.B.: – Przede wszystkim od zgromadzenia materiałów i potrzebnych akcesoriów. Wiele rzeczy można zrobić amatorsko, zwykłymi nożyczkami, szpilkami, linijką i ołówkiem. Z czasem jednak warto kupić matę do cięcia samogojącą, specjalne linijki i nóż krążkowy, który pozwala przeciąć jednocześnie choćby kilka warstw tkaniny, dzięki czemu praca jest szybsza i bardziej precyzyjna. Dziś bez problemu można taki sprzęt kupić w sklepie lub przez Internet. Trzeba też znać parę trików. jeżeli chcemy uszyć coś z kwadratów, najpierw należy przygotować paski tkaniny, pozszywać je odpowiednio, żeby się nie pościągały i dopiero wycinać z nich elementy. Patchwork wymaga precyzji, ale daje też ogromną satysfakcję.
– Zajmuje się Pani nie tylko tworzeniem patchworków, a niektóre z prac przekazuje na cele charytatywne.
J.B.: – Szyłam adekwatnie wszystko – od garsonek i sukienek po płaszcze, co zalicza się już do cięższego krawiectwa. W moim dorobku są również koszyczki, torebki, gęsi i inne maskotki, a także lalki waldorfskie. To w tej chwili bardzo popularne, ekologiczne zabawki, wypełnione naturalną wełną i ubrane w bawełniane stroje. Niedawno w Internecie widziałam zestaw czterech lalek w jednakowym rozmiarze, ale z różnymi ubrankami i haftowanymi fartuszkami. Marzy mi się uszycie podobnej kolekcji.
W ramach akcji „Kołderka za jeden uśmiech” uszyłam w Zamościu 21 nakryć dla dzieci z niepełnosprawnościami oraz lalki dla Stowarzyszenia „Krok za Krokiem”, które wspiera najmłodszych wymagających szczególnej opieki. Brałam również udział w akcji „Serce od serca”, przygotowując poduszki rehabilitacyjne dla kobiet po mastektomii. Chciałabym zainicjować podobne przedsięwzięcie w Świdniku. Myślę, iż jesienią, kiedy zakończą się prace w ogródkach, może udałoby się zorganizować takie spotkanie, na przykład w bibliotece. Z Panią Aleksandrą świetnie się współpracuje, więc liczę, iż uda się to zrealizować. Z przyjemnością poprowadziłabym także warsztaty szycia patchworków lub choćby szycia manualnego. Chętnie dzielę się swoim doświadczeniem – warsztaty prowadziłam już w Piaskach, Krasnymstawie i Zamościu – niestety nikt z rodziny nie podziela mojej pasji.
– Szycie to nie jedyne Pani hobby. Kolekcjonuje Pani naparstki i maszyny do szycia, a także uwielbia podróżować.
J.B.: – Kiedyś miałam dużą kolekcję maszyn, ale większość rozdałam. Zostały jakieś zabawkowe i trzy duże – w tym zabytkowa, walizkowa marki Singer, która jest przepiękna, pomimo iż pachnie smarem. Kolekcja naparstków liczy około stu sztuk, część otrzymałam w prezencie, a resztę przywiozłam z podróży. Marzy mi się odpowiednia gablotka, w której mogłabym je wyeksponować.
Jeśli chodzi o podróżowanie, zwiedziliśmy z mężem wiele miejsc w Europie. Byliśmy w Hiszpanii (Katalonia), Czarnogórze, Bułgarii, Edynburgu, we Włoszech, na Węgrzech, Malcie i Majorce. Jeszcze wcześniej Stany Zjednoczone i to one zrobiły na mnie największe wrażenie. Przed powrotem do Polski odwiedziliśmy, między innymi Wielki Kanion, który wyglądał jak namalowany obraz, trudno było uwierzyć, iż to jest rzeczywistość. Ten obraz zapadł mi w serce na zawsze. Również Disneyland w Kalifornii, którym zachwycone były oczywiście nasze dzieci.
Agnieszka Wójcik-Skiba
Prace Joanny Błaszczyńskiej można obejrzeć na jej profilu na Facebooku/Joanna Błaszczyńska lub Instagramie. Można je również zakupić na stronie: https://www.etsy.com/pl/shop/Patchworkowo?etsrc=sdt



![Bazarek i wyprzedaż bagażnikowa ożywiły tarnowską Starówkę [zdjęcia]](https://tarnow.ikc.pl/wp-content/uploads/2026/08/bazarek-fot.-Artur-Gawle0024.jpg)






