Prowadzę od jedenastu lat mały punkt z częściami zamiennymi przy warsztacie na Wapienicy — tu, gdzie kiedyś stała stara myjnia, a teraz jest market spożywczy z całodobowym okienkiem. Ludzie przychodzą po klocki hamulcowe, filtry, czasem tylko żeby ponarzekać na ceny paliwa, i przy okazji opowiadają mi kawał swojego życia. Znam ich samochody lepiej niż niejeden ksiądz zna dusze parafian. To dlatego zapamiętałam tę parę — Martę i Tomasza — choć minęło już sporo lat, odkąd pierwszy raz zobaczyłam ich razem na tym parkingu.
Tomasz przyprowadzał do mnie swojego opla najpierw sam, potem z narzeczoną, później z żoną. Marta pracowała w biurze rachunkowym dwie ulice dalej i wpadała czasem po drobne żarówki do swojego fiata, zawsze w tej samej niebieskiej kurtce, zawsze się śpieszyła, bo w pracy czekał na nią stos faktur. Nie znali się z mojego sklepu — to inni klienci wspominali, iż pracują blisko siebie, iż mają wspólnych znajomych z osiedla. Ale to ja, można powiedzieć, byłam świadkiem tego jednego wieczoru, który później długo wracał w rozmowach przy ladzie.
Było to chyba w październiku, bo pamiętam, iż właśnie zamykałam sklep wcześniej z powodu ciemności, i zauważyłam ich dwoje na parkingu przed warsztatem, długo po tym, jak reszta towarzystwa się rozjechała. Stali przy jej samochodzie, rozmawiali cicho, a ja udawałam, iż sprawdzam zamek w drzwiach, bo nie wypadało mi wtedy wyjść i przerwać. Zapaliła się lampa uliczna, taka stara, sodowa, co barwi wszystko na pomarańczowo — i w tym świetle widziałam, jak on się do niej pochyla, mówi coś, a ona się śmieje, ale nerwowo, jakby to nie był śmiech z radości, tylko z zakłopotania.
Nie słyszałam wtedy słów. Dopiero po latach, kiedy oboje wrócili do mnie jako klienci, każde osobno, opowiedzieli mi — nie od razu, po kawałku — co się adekwatnie stało tamtej nocy. Oboje mieli wtedy związki. Ona była z chłopakiem od prawie czterech lat, on ze swoją dziewczyną około pięciu. Tamtego wieczoru, kiedy zostali sami przy jej samochodzie, on zapytał wprost, czy ona też to czuje. Powiedziała, iż tak. Stali tak chwilę, ona z ręką na klamce, jakby zaraz miała wsiąść i odjechać, a on czekał, aż to zrobi. Nikt nie zrobił kroku bliżej. W końcu powiedziała: „Jedź już, bo mi wycieraczka zamarznie” — i to rozładowało wszystko, choć nie było jeszcze zimno na tyle, żeby coś zamarzało. Wsiadła, zapaliła silnik, a on odsunął się od drzwi, żeby móc wyjechać. Żadnego pocałunku, żadnego dotyku.
Krótko potem Tomasz zmienił pracę, przeniósł się pod Katowice. Marta wyszła za tego swojego chłopaka. Lata mijały tak, jak mijają w moim sklepie — kolejnymi olejami, akumulatorami, wymianami klocków. Za każdym razem, kiedy Marta przychodziła po coś do swojego auta, wypadało z niej trochę więcej: iż urodziła córkę, iż mąż coraz częściej wraca późno i pachnie papierosami, których nie pali. Aż pewnego dnia, wymieniając olej — dwadzieścia dziewięć złotych za litr, zapamiętałam, bo akurat podniosłam cenę — powiedziała mi zupełnie bez emocji, iż się rozwodzi. Podałam jej fakturę, a ona wzięła ją i schowała do tej samej niebieskiej kurtki, którą nosiła jeszcze wtedy, na parkingu.
O Tomaszu usłyszałam od wspólnego znajomego, iż też się rozwiódł, iż wyprowadził się gdzieś bliżej Bielska. Sama go nie widziałam już z rok.
Spotkali się ponownie na czterdziestych urodzinach kogoś z dawnej paczki, w restauracji przy rynku. Marta przyszła do mnie w listopadzie po wycieraczki — akurat lało, a stare zgrzytały tak, iż słyszała je choćby z radiem włączonym na cały regulator. Kładąc pudełko na ladę, powiedziała, iż zobaczyła go w drzwiach restauracji i pierwsza myśl, jaka jej przyszła do głowy, była głupia i niepoważna: iż schudł, ale wciąż nosi za duże koszule, jak dawniej.
Podszedł do niej z drinkiem w ręce, postawił go na stoliku, jakby chciał mieć wolne dłonie do rozmowy, i zapytał:
— Pamiętasz ten parking przy warsztacie?
— Pamiętam, iż zamarzła mi wtedy wycieraczka — odpowiedziała.
— Nie zamarzła. Sprawdziłem później, jak odjechałaś. Było sześć stopni.
Nie wiedziała, co powiedzieć, więc nic nie powiedziała. Muzyka w restauracji zmieniła się z jakiejś biesiadnej na wolniejszą, a on stał tak blisko, iż czuła zapach jego wody kolońskiej — inny niż kiedyś, ale przez sekundę pomyślała, iż to ten sam człowiek co wtedy, tylko piętnaście lat starszy i bez obrączki.
Tym razem oboje byli wolni. Nie rzucili się sobie w ramiona jak nastolatki po latach rozłąki — zaczęło się od kawy w cukierni na Trzeciego Maja, gdzie on zamówił dla niej cappuccino, zanim zapytał, co pije, i trafił. Potem kolacja, wiadomości z dobrym rankiem, telefony wieczorami, kiedy dzieci już spały.
Widziałam ich razem jeszcze raz, wiosną tego roku — przyszli oboje po nowe wycieraczki do jej auta, bo akurat lało jak z cebra. Staliśmy przy kasie, ja szukałam paragonu, a oni przez ten czas kłócili się żartobliwie, komu przypadnie prowadzenie w drodze na obiad do jej rodziców. On powiedział, iż ostatnio to on zawsze prowadzi, ona odpowiedziała, iż to nieprawda, bo w zeszły wtorek to ona wiozła jego syna na trening. Kłócili się o to jak para, która ma za sobą wystarczająco dużo wspólnych wtorków, żeby je liczyć.
Kiedy podałam Marcie resztę, powiedziała tylko, patrząc na paragon, a nie na mnie:
— Ciekawe, czy ta wycieraczka w ogóle kiedyś zamarzła.
Nie skomentowałam tego — klientka czekała za nią w kolejce po akumulator. Podałam jej torebkę z wycieraczkami i patrzyłam, jak wychodzą razem, on przytrzymuje jej drzwi, ona wsiada do auta, a deszcz w świetle latarni pada dokładnie tak samo pomarańczowo, jak tamtego wieczoru sprzed lat.













