Papierki po cukierkach

newsempire24.com 3 dni temu

Ale z ciebie, Edek, łepetyna! Dawno by cię trzeba było przetrzepać, aż byś na deskach zatańczył, ale kto to dzisiaj zrobi i po co? Tyle lat przeżyłeś, a rozumu jak nie było, tak nie ma!

Babcia Stasia splunęła pod nogi sąsiada i ciężko kuśtykając na bolącą nogę, ruszyła do siebie. Co miała powiedzieć, powiedziała, teraz niech sumienie Edka gryzie, jak żyć powinien. Może ludzie nie nauczyli go rozumu, to los się zabierze?

Widziałeś, coś wymyślił?! Matkę chciał do domu opieki oddać! Gdzie to widziane?! Klara, owszem, leżąca, ale on jest jej synem, czy może jakimś obcym wujkiem? Krew człowieka zalewa! Gdybym zdrowie miała, to choćby chwili bym się nie zastanawiała. Wzięłabym Klarę do siebie. A tak

Szkoda mi Kasi. Dobra dziewczyna, ale też nie koń, żeby wszystko sama ciągnąć. Została we wsi, nie poszła na studia, bo matka zachorowała. choćby wyjechała na chwilę, ale później wróciła, nie mogła zostawić matki i babci. Pomagała, bo wiedziała, iż sama Stasia nie dałaby rady. Zresztą po złamaniu nogi dwa lata temu już w ogóle ciężko. Wcześniej ledwo się czołgała, teraz jeszcze gorzej.

Młodsza córka chciała zabrać Stasię do siebie do miasta, ale gdzie się tam zmieścić? Mieszkanie małe, ledwo co rodzina się mieści. Zięć człowiek dobry, ale niezaradny. Haruje i haruje, a efektów nie widać. Mają dwoje dzieci i ledwo ciągną. A Stasia teraz nie jest już pomocą. Dawniej gospodarstwo prowadziła, dzieciom pomagała, a teraz? Szkielet Kasia się denerwuje, gdy babcia tak o sobie mówi, ale co tu się gniewać, jak taka prawda? Zdrowia nie było, a resztki sił wyparowały gdzieś. Z rana ledwo z łóżka wstaje, oczy otworzy, poleży, pozbiera się do kupy jak popiół na szufelkę: Do kupy, Staszka, do kupy! Wstała! Idzie!

Dobrze jeszcze, iż Kasia, wnuczka, lekka jak gazela. Zanim Stasia się rozrusza, ona już wszystko ogarnie w domu, matką się zajmie i do pracy poleci. Zawsze była taka ruchliwa.

Stasia urodziła swoją starszą córkę, matkę Kasi, późno. Myślała, iż już matką nie będzie.

Pierwszy mąż nie wybaczył jej pustki. Odszedł. Stasia rozpaczała, ale nie aż tak. Widziała, iż nie kochał jej tak naprawdę. Ona płonęła, a on

Stasia za młodu piękna była, jak malowanie. Cała wieś podziwiała. Chłopaki za nią biegali, jeszcze w podstawówce. Ale ona siebie pilnowała. Czekała na prawdziwą miłość. Myślała, iż zaraz się zjawi ten jedyny. Ale lat przybywało, a jej urok tylko przygasał pod narzekaniami matki.

Wybredna jesteś! W starych pannach zostaniesz!

A jak tu powiedzieć, iż niemiłego nie chce się choćby znać

W końcu przyszedł ze służby wojskowej chłopak z sąsiedniej wsi. Stasia go wcale nie znała. Z rodzicami mieszkał gdzieś indziej, a jak wrócił, został u babci i dziadka. Czemu tak wyszło nikt wtedy nie wiedział.

A ona przepadła! Zobaczyła Andrzeja raz i spać nie mogła. Zakochała się

A on długo nie zwlekał. Jak tylko ją zobaczył, od razu posłał swatów. Matka Stasi szczęśliwa do łez. Wreszcie! Wszystkie terminy przeszły, a ta jeszcze siedzi!

Wesele huczne, radosne. Stasia nie wiedziała, gdzie oczy podziać ze szczęścia. choćby nie zauważyła, kiedy szmer przeszedł przez stoły. Dopiero jak teściowa ją wzięła za rękę, poczuła, iż coś nie tak.

Tę kobietę w czarnej chuście Stasia od razu wypatrzyła, gdy wyszła na podwórko. Jak teściowa lekko ją popchnęła w stronę wózka obok tej kobiety, serce jej się zatrzymało. Wszystko było jasne.

Andrzej potem wyjaśnił, iż z wojska wrócił do niedoszłej narzeczonej, ale nie uwierzył, iż to jego syn. Swoi wszyscy powtarzali, iż terminy się nie zgadzają. Dopiero teściowa poszła pod naciskiem sąsiadek do tamtej. Tam malutki Andrzejek śpi w łóżeczku. Wykapany Andrzej! Ale już po wszystkim inną poślubił

Dziewczyna, co urodziła Andresowi syna, nie chciała z nim żyć. Nie wybaczyła zdrady. choćby nie wiedziała, iż matka zabrała dziecko na wesele byłego narzeczonego.

Po co? zapytała Stasia, chwytając za uchwyt wózka i patrząc na zmęczoną kobietę.

Byś wiedziała, za kogo wychodzisz.

Cóż jej dała ta wiedza? Nie zrozumiała. Męża kochała. To, co było przed nią Gdzie są święci na tym świecie? Każdy może się pomylić.

Nie broniła mężowi kontaktu z synem. Jemu jednak nie zależało. gwałtownie Stasia zauważyła, iż Andrzej umie kochać tylko siebie. Reszta była tylko tłem.

Do zarzucenia mu nic nie miała. I gospodarz, i w domu dostatek. Ale szczęścia brak.

Przez ponad piętnaście lat życia z nim nie zaznała ciepła. Był, jakby go nie było. Pusto i głucho w domu.

Miała nadzieję, iż dzieci wszystko zmienią przekonywała się, iż to przejściowe. Serce nie rozbudziło się jeszcze, zdarza się.

A gdy mimochodem powiedział, iż nie jest kobietą, skoro dzieci nie może mieć, Stasia zrozumiała, iż życie jej marnieje. Chodź, stój, nic się nie zmieni.

Rozeszli się szybko, do tego stopnia, iż nie wszyscy mieszkańcy wsi wiedzieli, iż nie ma już rodziny Kowalskich. Została tylko Stasia.

Andrzej wyjechał, gdy tylko wszystko załatwili. Zostawił dom Stasi, przepraszając na koniec.

Nie gniewaj się. Winniśmy oboje, ale ja powinienem odpowiedzialność wziąć.

Nie wybaczyła, do końca nie, ale serce trochę lżej. Co począć, taka dola? Urody Bóg dał, szczęścia zabrakło.

Dwa lata mieszkała sama. Chodziła z podniesioną głową, udając, iż plotki nie obchodzą. Nie te czasy! Kto kogo opuścił, kto jeszcze!

Ale serce bolało. Chciała wracać do domu, gdzie czeka czyjś głos.

Z Władkiem nie zeszła się od razu. Długo się przyglądała. W końcu nie byli młodzi. Przybyszem był. Kto wie, co mu w duszy gra? Sam w starym domu, nikogo nie wpuszczał, sam nigdzie nie chadzał. Porządku narobił, gospodarstwo prowadził. Chętny do pomocy, sam o pomoc nie prosił.

Był spokojny. Uprzejmy. Zaczął dbać o Stasię.

Stasia już zapomniała, jak to jest. Prawdę mówiąc, nigdy do końca nie wiedziała. Andrzej jej raz tylko dał bukiet stokrotek, resztę uważał za zbędny wydatek. Póki zakochana chodziła jak kotka, nie zastanawiała się. Potem już nie było na to miejsca.

A Władek zawsze coś pomógł, coś naprawił, nigdy nie przyszedł z pustymi rękami. Stasia sobie pomyślała: gorzej przecież już nie będzie. Co ludzie gadają, to niech gadają. Samotność była gorsza niż wszystko. Przynajmniej nie będzie sama na starość.

Po drugim małżeństwie niczego nie oczekiwała. Ale los się po ścieżce przespacerował, zatańczył i sprezentował jej prawdziwe szczęście.

Gdy zaszła w ciążę, nie zorientowała się do piątego miesiąca. Nigdy u niej nic nie było regularne, ot, wszystko byle jak. Ciąża przebiegała lekko. Klara, sąsiadka, pierwsza zauważyła zmianę.

Stasia, ty chyba w ciąży! zawołała, gdy Stasia osłabła na słońcu.

Daj spokój! Skąd! Jestem przecież pusta

Babka zawsze mówiła, iż nie tylko kobieta winna. Lekarze też tak gadają. Może z Andrzejem to nie ty byłaś winna? Kto wie, Stasia? Do lekarza pojedź, sprawdź się. Może i do ciebie przyjdzie radość.

Z miasta Stasia wróciła odmieniona. Szła przez wieś, a ludzie patrzyli za nią. Promieniała, jak złoto. Wszystko gra, a będzie jeszcze lepiej!

Jedna córka, potem druga, i już nie musiała się rumienić. Matką została.

Stasia swoje dziewczynki kochała nad życie. Dzień powszedni, a one w sukieneczkach, czyste i zadbane. Jak wszystkie dzieci i na drzewo, i do kałuży, i na kąpielisko latem. I nigdy Stasia nie huknęła, tylko zachęcała: do miednicy z wodą, mydło uczyła, jak skarpetki prać. Urwą igłę dawała. Co nie umiecie, nauczę.

Władek umarł zaraz po ślubie młodszej córki. Pojechał odwiedzić ją do miasta i już nie wrócił. Zginął w wypadku.

Stasia wtedy posmutniała całkiem. Gdyby nie dzieci, poszłaby za mężem. Ale wytrzymała. Rok później starsza córka urodziła Kasię i życie wróciło. Znowu wszystko rozkwitło.

Wnukami żyła. Od młodszej córki daleko, w mieście. Tylko na wakacje i święta wpadają. A Kasia na miejscu.

Dziewczyna rosła cała babcia Stasia. Uroda, postawa, tylko charakter jeszcze twardszy. Uparta. Jak się uprze koniec! Jak powie, tak zrobi.

Póki o naukę chodziło, Stasia była dumna. Ale jak w dorosłość weszła była rozpacz.

Wszystko przez to, iż Kasia zakochała się po uszy. W nieodpowiedniego w sąsiada Edka. Starszy od niej o pięć lat, już dorosły, a Kasia dopiero szesnaście skończyła. Co mogła wiedzieć? Ale uparta. Zakochana na amen.

Edek na Kasię nie zwracał uwagi. Dziewczyna sąsiadka, jeszcze dziecko. On miał inną miłość.

Lucyna, w której się zadurzył, widoczna dziewczyna. Piękna może nie, ale umiała się ubrać, pokazać. Ojciec ją rozpieszczał jedynaczka. Ale Lucynie to nie na dobre wyszło. Zbyt dumna była. Jak nie podziwami otoczona dzień stracony.

Edek ją chciał, ona go z początku nie dopuszczała. Potem wydarzyła się historia.

Lucyna miała adoratora z sąsiedniej wsi, podobnie rozpieszczonego. Spotykali się może z nudów. Pojechali razem na motorze do innej wsi i zniknęli. Co tam się stało nikt nie wiedział. Lucyna wróciła rano, pobita i z podartą sukienką.

Nikt o tym nie wiedział, tylko Stasia. Nie spała, wstała do ogródka o świcie. Zobaczyła Lucynę, jak szła obrzeżem.

Lucyna choćby na Stasię nie spojrzała. Przeszła środkiem grządek, jakby jej nie zauważyła.

Po tygodniu wieś huczała: rodzice Lucyny organizują szybki ślub.

Edek był szczęśliwy, a Klara nie.

Stasiu, nic tu nie gra. Jak mam synowi powiedzieć? Nie będzie chciał słuchać. To ich sprawa. Ale przykro mi. Edek ją naprawdę kocha. Marnuje się chłopak.

Stasia słuchała, kiwała głową, ale milczała. O tym, co widziała nikomu nie mówiła. Nie miała głowy do cudzych spraw, bo w domu jej była tragedia.

Kasia rozpaczała dniami i nocami. Siedziała, patrzyła przez okno na podwórko Edka, gdzie przygotowania do ślubu ruszyły. Potem leżała tyłem do pokoju, płacz bez łez, jakby po zmarłym.

Stasia próbowała wszystkiego. I namawiała, by Kasia pojechała do ciotki do miasta, tam skończyła szkołę, może za mąż wyszła, zapomniała. Może choć nie będzie widzieć Edka, który choćby jej nie zauważa. Stasia wiedziała, iż choćby jak powie, co widziała, nie pomoże. Edek kocha Lucynę

Ale Kasia nie słuchała ani babci, ani matki. Ojciec już nie żył, nikt nie miał nad nią władzy.

Czego czekała? Może myślała, iż coś się jeszcze zmieni, a może już nie miała nadziei?

Przetrwała aż do dnia ślubu, przyszła z matką i babcią, z suchymi oczami. Stała z boku, nie siedziała przy stole, nie odpowiadała przyjaciółkom. Potem wyszła i wróciła prosto do domu.

Matka to zauważyła, pobiegła za nią. Bała się, co Kasi do głowy strzeli.

Kasia jednak zaskoczyła wszystkich spakowała walizkę, ucałowała matkę i babcię i wyjechała do miasta. Tamta płakały, ale pobłogosławiły ją i postanowiły czekać.

Czas ponoć wszystko leczy.

Może i by uleczył, ale los miał inne plany. Kasia nie zdążyła się urządzić w nowym miejscu matka trafiła do szpitala i już o własnych siłach nie wyszła.

Kasia wróciła. Nie było wyjścia. Babcia Stasia sama, schorowana, z ciężko chorą matką nie da rady.

Jednego się bała iż Edek z żoną będą mieszkać po sąsiedzku. Ale tutaj los się nad nią zlitował. Wyjechali. Nie było ich po ślubie.

Kasia rozpakowała walizkę, posprzątała dom, urządziła matkę i poszła pracować w gospodarstwie. Gdzie miała iść? Bez wykształcenia, pracy w wiosce mało, tylko do gospodarstwa.

Ale pracy się nie bała, zwierzęta zawsze lubiła. Wiedziała, iż z samej pensji nie wyżyje, więc założyła małe gospodarstwo. Jak mus, to mus.

Tak żyły. Kasia pomagała Klarze tyle, ile mogła. Tamta po śmierci męża zdrowie mocno podupadło. Syn daleko, listy rzadkie, kilka pisze, tylko pieniądze przysyła. Co u niego, Klara nie wie, serce ją boli, bo Lucyna urodziła dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę, ale Klara wnuków nigdy nie widziała. Czy Lucyna nie chciała wracać, czy Edkowi się nie układało wiadomo tylko, iż pracował jako kierowca ciężarówki, stale w trasie, by zarobić. Klara z listów czuła, jak mu ciężko. Edek nie narzekał, ale matka czuje, gdy dziecku źle.

Może to troska o syna ją położyła, a może co innego, ale w końcu przestała chodzić. Kasia gwałtownie załatwiła miejsce w szpitalu powiatowym. Odwiedzała, a potem po drodze do domu płakała. Lekarze mówić dobrze nie chcieli.

Stasia napisała Edkowi od razu, jak Klarę zabrali. Nie odpowiedział, nie przyjechał. Napisała drugi list, a potem do Kasi:

Wyparł się, widocznie, matki. Tyle myślałam, iż człowiek z niego!

Babciu! Poczekaj. Sama przecież mnie uczyłaś, iż nie można człowieka sądzić, zanim nie masz pewności. A już potem też nie warto duszę tylko się brudzi. Niech sam się z sobą rozlicza. A teraz co?

Sama nie wiem już nic, dziecko. Nigdy bym nie pomyślała, iż tak postąpi. Taki był zawsze serdeczny, matkę kochał… Jak to się zmienia w ludziach?

A czemu nazywasz go łepetyna?

A to historia z dzieciństwa. Między innymi dlatego nie wierzyłam, iż tak się zmieni…

Opowiedz!

Co tu gadać? Chłopiec był z niego mały, z sześć-siedem lat. Wtedy wszystkie dzieciaki zbierały papierki po cukierkach. Całe kolekcje. Ale zdobyć je niełatwo, ciężkie czasy, cukierki tylko na święta. A już czekoladowych prawie nie było. Dzieci doceniały, jak złoto. Jak już się papierkiem dzielili, to było coś. A Klara wtedy miała kury, nie byle jakie! Białe, z koroną z piór, piękne, iż hej! Klara je kochała. Nie wiem, gdzie mąż jej je zdobył, ale dbała o nie jak o oczy w głowie. Marzyła, żeby takie rozmnożyć. I nieszczęście najlepszy kolega Edka miał psa, zawadiakę, rasowy podobno, ojciec z miasta przywiózł. Ale po wsi puszczać psa nie można było, bo rzucał się na każdą żywinę. Edek zaprosił chłopaka do siebie, a ten psa przyprowadził. I po podwórku Klary białe piórka poleciały

Babciu, naprawdę…

Tak, Kasiu, zagryzł obie kury. Klara płakała jak bóbr. Nie zbeształa syna, milczała przez kilka dni. A wiesz, co zrobił Edek?

Co?

Oddał wszystkie swoje papierki innemu chłopakowi. Ojciec tamtego jeździł do miasta, Edek uprosił, żeby go zabrano ze sobą. Wysypał skarbonkę, gdzie oszczędzał na nowy rower i przywiózł matce taką samą kurę.

Świetnie!

Klara była szczęśliwa, nie dlatego, iż kura, tylko, iż syn się zachował jak człowiek. Teraz co? Gdzie to w ludziach znika, Kasiu? Stasia jęknęła, ale wnuczki już nie chciała słuchać.

Co to za syn, co matka chora, a on nie przyjedzie?

Straciła mowę, gdy tydzień po przywiezieniu Klary z powrotem do domu Edek jednak przyjechał.

Tymczasem Kasia nauczyła się już radzić z dwoma chorymi. Najpierw matka, potem do Klary. Dla niej to już jedno chora czy dwie, roboty tyle samo. Babcia narzeka, iż za dużo na głowie, ale jak zostawić człowieka? Tym bardziej, iż nie obca to, matka Edka…

Kasia szorowała podłogi u Klary, gdy drzwi się otworzyły i do izby wbiegł mały chłopczyk, zostawiając brudne ślady, spojrzał w oczy Kasi i zapytał:

Ty jesteś moją mamą?

Pytanie zadane tak prosto, iż Kasia znieruchomiała z szmatą w ręku.

Sąsiadka Edek złapał za rękę córkę i przywitał się z Kasią. Wybacz, iż tak późno przyjechałem. Winny jestem. Maks leżał w szpitalu, nie mogłem go samego zostawić. A Milenkę nie było komu oddać.

A Lucyna? wymknęło się Kasi i od razu pożałowała.

Co jej po rodzinnych problemach Edka?

Nie ma Lucyny. Zostawiła nas. Wyjechała z nowym mężem. Zostałem sam.

Jak to sam? A dzieci? Kasia nagle się ośmieliła, westchnęła. Już się nie wstydziła tego wysokiego, szerokiego chłopa, który trzymał za rękę śliczną dziewczynkę podobną do niego.

Masz rację. Co to ja mówię? Tak się pogubiłem, Kasiu. Śpi? spojrzał na łóżko, Edek przykucnął, ściągnął córce kalosze.

Śpi. Zmęczona. Lekarze mówią, iż tak lepiej. Chociaż, moim zdaniem, Klara zawsze była ruchliwa. Siedzieć nie umiała. Teraz tylko leży.

Już wszystkie boki sobie odleżała! rzuciła Klara, a Kasia gwałtownie się zbierała. Edek tu, a ona już do domu.

Szybko domyła podłogę, postawiła na stole garnek z domowym makaronem i mleko, i uciekła, choćby nie żegnając się z Edkiem. Nie miała już siły na rozmowy.

Myślała, iż przez czas, kiedy nie widziała Edka, serce się wyciszyło a nie! I mimo strachu wiedziała już nie jest tą dziewczynką, co zawsze mu się czerwieniła. On nie tamten chłopak, co ją ciągnął za warkocz przez płot, i ona nie ta nastolatka. Bardziej dorośli. Mądrzejsi? Nie wiadomo. Ale inni.

Następnego dnia Klara powiedziała Stasi, iż chce poprosić syna, by zawiózł ją do domu opieki.

Stasia tak się rozgniewała, iż aż wyszła na ganek, zawołała Edka, splunęła mu pod nogi i poszła do siebie. Nie chciała go znać. choćby Kasi nie dała spytać.

Nie ma co go bronić! Dorosły chłop! To jaki to syn, co matkę jak na śmietnik Stasia się rozpłakała.

A Kasia w starym szlafroku, w galoszach, wybiegła na sąsiednie podwórko:

Edziu! Edziu! Gdzie jesteś? rozwarła drzwi i stanęła w progu, rozczochrana, wściekła i piękna jak wiosna. Co ty kombinujesz, ha? Klarę chcesz oddać? Nie oddam ci cioci Klary! Nie waż się! Wyjeżdżaj stąd! Dam sobie radę! Czy jedna chora, czy dwie wszystko jedno! Kolejne łóżko do mamy postawimy i po sprawie! A ja cię

Stanęła, patrząc, jak Klara śmieje się przez łzy, a Edek się uśmiecha.

Uspokój się, Kasiu! Klara otarła łzy. On nigdzie mnie nie odwozi! Sama tego chciałam. Powiedziałam Stasi, iż nie chcę mu zawadzać. Nie dosłuchała, obraziła się!

Zostaję tu, Kasiu. Gdzie miałbym matkę zostawić?

Tak? Kasia zgubiła się na moment, spojrzała na spakowaną torbę i zmarszczyła brwi. To co to za torba?

Muszę wrócić do domu. Sprawy w pracy załatwić, dostać rozliczenie, zabrać rzeczy. Nie wiem, ile mi to zajmie. Dzieci zostawię, już umówiłem się z naszym felczerem popilnuje mamy.

Wtedy Kasia pokazała charakter.

Podeszła do Edka, spojrzała mu w oczy i tylko oznajmiła:

Nie będziesz dzieci ganiał tam i z powrotem! Niech zostaną. Ja się nimi zajmę. I na ciebie poczekam. Rozumiesz?

Rozumiem Edek patrzył na nią, jakby pierwszy raz w życiu ją widział. Jak to możliwe, iż cię nie zauważyłem?

Okulary sobie spraw w mieście! Żebyś czegoś nowego nie przegapił Kasia wzięła dziewczynkę na ręce, a ta oplotła ją rączkami. Idziemy do babci Stasi? Zrobiła drożdżówki. Lubicie? No to cudnie!

A kilka lat później Edek wyprowadzi najpierw Klarę, a potem swoją teściową przed dom.

No chodźcie, mamusie! Spokojnie. Patrzcie, jakie wam z miasta leżaki przywiozłem!

Chcesz siedzisz, chcesz leżysz. Świeże powietrze. Pięknie!

Delikatnie, dostosowując się do wolnego kroku Klary, Edek pomoże się jej rozsiąść, potem nasłuchuje.

Obudzili się mali, a Kasi nie ma. Idę, zobaczę, czemu się drą.

A Kasia niedługo wróci?

Dzisiaj ostatni egzamin. Powiedziała, iż będzie w pierwszej piątce, by szybciej wrócić. To już niebawem będzie w domu.

Samochód zatrzyma się pod furtką, a dzieci, siedząc na wiśni, będą zbierały owoce na dżem z polecenia babci Stasi, aż zjadą z drzewa, krzycząc:

Mama! Mama przyjechała!

A Kasia, już nie ta nieśmiała dziewczynka, otworzy ramiona, łapiąc swoje szczęście i puści oczko do męża:

Piątka!

Kto by wątpił! Edek się uśmiechnie i wejdzie do domu.

Bliźniaki dzieci pojętne po matce, ale czekać nie lubią. To mają po ojcu, po Edku.

Też niezłe łepetyny.

Dziś rozumiem jedno życie różnie się toczy, ale prawdziwą wartość mają nie ci, co błyszczą z wierzchu, a ci, co w sercu naprawdę czują. I żadna samotność nie jest warta rezygnacji z drugiego człowieka.

Idź do oryginalnego materiału