Dwieście dwadzieścia osób czekało w ogrodzie pałacyku pod Wrocławiem, gdy deszcz zaczął padać na biały dywan.
Marek Zieliński stał pod łukiem z białych róż i poprawiał mankiet marynarki po raz trzeci. Trzydzieści osiem lat, wdowiec od czternastu miesięcy, ojciec dwóch dziewczynek. Hania miała osiem lat, Zosia sześć. Obie siedziały w pierwszym rzędzie u cioci Basi, w sukienkach koloru écru, które szyła im babcia na Boże Narodzenie.
Panna młoda szła przez trawnik w sukni za dwadzieścia dwa tysiące złotych, uszytej na miarę u krawca z Poznania. Agata Kowalczyk, trzydzieści trzy lata, kierowniczka salonu kosmetycznego przy Świdnickiej. Poznali się na stypie po żonie Marka — przyszła jako koleżanka z pracy nieżyjącej Doroty, została na dłużej.
Ksiądz zaczął czytać formułę przysięgi. I wtedy od strony altany, tej drewnianej, pomalowanej na biało, z której przez cały dzień dochodził jakiś szum, wyszły dwie małe postacie.
Ubłocone po kolana. Włosy przylepione do czoła od deszczu. Hania ciągnęła za rękę młodszą siostrę, obie boso, bo buciki zostały gdzieś w trawie przy płocie.
— Tato! — krzyknęła Hania, głosem, który przeciął muzykę jak nożem.
Skrzypaczka opuściła instrument. Nikt nie wstał. Marek odwrócił się i na chwilę zapomniał, jak się dyszy.
— Co powiedziała? — zapytał, patrząc na Agatę.
Agata zacisnęła palce na bukiecie piwonii, aż łodygi zazgrzytały.
— To dzieci. Są zdezorientowane. Ktoś je tu przywiózł, żeby zepsuć nam wszystko.
Starsza dziewczynka krzyczała przez łzy, stojąc w kałuży po kolana.
— Powiedziałaś, iż tata nie chce nas już widzieć!
Twarz Marka się rozpadła. Rzucił welon kwiatów, który trzymał w ręku dla Agaty, na mokrą trawę i pobiegł przez przejście między krzesłami. Obie córki wpadły w jego ramiona, brudząc smokingiem wypożyczonym od Grabowskiego z ulicy Krupniczej, trzymając się go tak, jakby wstrzymywały oddech od trzech dni.
— Jestem tu — powtarzał, klęcząc w błocie. — Jestem tu. Nie wiedziałem.
Zosia schowała twarz w jego koszuli.
— Powiedziała, iż jak przyjdziemy na ślub, to nas odeślesz.
Marek całował ich mokre od deszczu głowy, trzęsąc się. Wtedy zobaczył, iż Hania ściska w ręku zalaminowaną kopertę, nasiąkniętą wodą, złożoną na pół i wciśniętą pod gumkę od spódniczki.
— Babcia schowała to dla ciebie. Powiedziała, iż mamy to przynieść, jak nikt nie będzie patrzył.
Marek otworzył kopertę drżącymi rękami. Pismo Doroty — tej samej Doroty, która zginęła w wypadku na obwodnicy w lutym zeszłego roku, wracając z pracy w aptece na Krzyckiej.
„Jeśli mnie nie będzie, chroń nasze córki przed Agatą. Grozi mi od miesięcy, iż jeżeli coś mi się stanie, zajmie moje miejsce, mój dom i wymaże moje dzieci. Nie ufam jej. Nigdy nie zostawiaj dziewczynek samych z nią na dłużej niż godzinę."
Agata zrobiła krok do tyłu, depcząc tren własnej sukni.
— To nieprawda. To ona to wymyśliła, zanim umarła, bo była chora z zazdrości.
Marek podniósł oczy, pełne łez.
— Moja żona napisała to pięć miesięcy przed wypadkiem. Oddała to swojej matce do przechowania. — Zwrócił się do Hani: — Kto was tu przywiózł?
— Nikt — powiedziała dziewczynka. — Przyjechałyśmy same, autobusem z Oleśnicy, od babci. Potem szłyśmy pieszo od przystanku. Agata nas tu zamknęła, jak przyjechałyśmy rano. Powiedziała, iż jak wyjdziemy, to ty się na nas wściekniesz za zepsucie wesela.
Z pierwszego rzędu podniosła się kobieta w szarym kostiumie — ciotka Basia, ta sama, u której dziewczynki miały dziś siedzieć.
— Przepraszam! One miały być ze mną! Zapytałam o nie przed ceremonią, Agata powiedziała, iż pobiegły się bawić na podwórko za pałacem! Myślałam, iż to tylko dzieci bawiące się w deszczu!
Agata stała pośrodku trawnika, otoczona spojrzeniami dwustu dwudziestu gości, krewnych Marka z Ząbkowic, koleżanek z salonu, sąsiadów z ulicy Spokojnej.
— Zrobiłam to dla nas — powiedziała, i głos jej się złamał. — Nigdy nie ruszysz dalej, póki one tu są. Codziennie patrzą na mnie jak na kogoś, kto zabrał im matkę.
Marek wstał powoli, z jedną córką na każdej ręce, mimo iż Zosia miała już sześć lat i ważyła swoje.
— One nie są czymś, co trzeba przetrwać. To moje dzieci.
Agata zrobiła krok w jego stronę, bukiet białych piwonii wysunął się jej z ręki i upadł na mokry dywan.
— Proszę. Kocham cię.
Marek popatrzył na błoto na policzkach swoich córek. Na ich drżące ręce. Na strach, który jeszcze nie zdążył z nich zejść. Zdjął obrączkę — tę samą, którą kupili razem trzy tygodnie temu w sklepie przy placu Solnym — i upuścił ją na mokry beton alejki. Metal uderzył o kamień z cichym dźwiękiem, którego nikt się nie spodziewał usłyszeć w tej chwili.
— Ślub się nie odbędzie.
Zosia dotknęła jego policzka ubłoconym paluszkiem.
— Tato, wracamy do domu?
Przytulił obie córki mocniej, łzy ściekały mu po twarzy razem z deszczem.
— Tak. I nikt już nigdy was przede mną nie zamknie.
Następnego ranka Marek siedział w kancelarii adwokackiej na ulicy Kościuszki, naprzeciwko adwokat Wiśniewskiej, i kładł na jej biurku zalaminowaną kopertę, teraz już wysuszoną, w przezroczystej teczce. Rozwód — nieważne małżeństwo, bo i tak do niczego nie doszło przy ołtarzu — nie był potrzebny. Potrzebny był inny dokument: wniosek o zakaz kontaktu, bo Agata przez dwa dni wysyłała wiadomości, iż jeszcze wróci, iż to wszystko się da wyjaśnić.
Adwokatka przeczytała list Doroty dwa razy.
— To wystarczy na zabezpieczenie. Zmieniamy zamki w domu na Spokojnej, zmieniamy numer alarmowy do przedszkola i szkoły, gdzie ona figurowała jako osoba upoważniona do odbioru dziewczynek. To był błąd z pierwszych miesięcy znajomości, który trzeba teraz odkręcić.
Marek podpisał dokument wycofujący upoważnienie Agaty z kart w szkole Hani i w zerówce Zosi — jednym podpisem, w ciągu minuty, pismo zostało zeskanowane i wysłane do sekretariatu tego samego dnia.
Wieczorem zadzwonił do matki Doroty, do Oleśnicy.
— Dziewczynki są u mnie, bezpieczne, śpią — powiedziała teściowa. — To ja dałam im ten list. Dorota zostawiła mi go w zaklejonej kopercie, jeszcze w grudniu, i powiedziała: oddasz to tylko wtedy, gdyby Marek się z nią ożenił. Nie chciałam, synku. Ale nie miałam innego sposobu, żeby cię uprzedzić, zanim będzie za późno.
Marek pojechał po córki tego samego wieczoru, mijając po drodze stację benzynową, na której zawsze kupowali wafelki w drodze do babci. Kupił im po jednym, jak dawniej. W samochodzie Hania zapytała, czy teraz będą spać w swoich łóżkach, w swoim domu, z zasłonkami w gwiazdki, które babcia uszyła, kiedy jeszcze żyła mama.
— Tak — powiedział Marek. — Ten dom jest wasz. Nikt go wam nie zabierze.














