Pani dyrektor Zofia, mogę wejść? w drzwiach gabinetu stanął jeden z jej zastępców.
Proszę, Janie, wchodźcie skinęła głową Zofia Kwiatkowska, dyrektorka kombinatu, poprawiając okulary. No i co tam słychać u nas dziś?
Co słychać? Gdzie?
Na wydziale.
A, na wydziale… Na wydziale wszystko dobrze. Czemu pytacie?
Jak to czemu? Przecież przyszliście do mnie chyba nie bez powodu. Macie mi coś ważnego do powiedzenia?
No, muszę panią o coś prosić… westchnął ciężko Jan Nowak, marszcząc brwi. Dokładnie rzecz biorąc, o przysługę.
Przysługę? Zofia spojrzała uważnie na tego z pozoru spokojnego, poważnego mężczyznę i pokręciła głową. Ostatnio, Janie, zaczynam się o was martwić.
Ostatnio?
Tak. Chodzicie jakiś przygaszony. Jakby tragedia była w domu. Coś się stało w rodzinie?
Jakby pani to powiedzieć… westchnął zastępca. Jeszcze chwila, a będzie źle. jeżeli pani mi nie wyda jednego zaświadczenia.
Zaświadczenia? Zofia od razu się wyprostowała. Jeszcze dobrze nie rozumiem. O czym teraz mówicie?
Wiem, iż brzmi to dziwnie, ale… Jan zrobił poważną minę. Inaczej się nie da. Potrzebuję zaświadczenie dla mojej żony.
Czego? na twarzy Zofii malowało się totalne zaskoczenie. Zaświadczenie? Dla żony? O co niby chodzi?
O to, iż między nami nic nie było i nie ma. Nigdy.
Czego nie było?
Bliskich relacji… No takich… Jan zaczął się czerwienić na policzkach Jak kobiety z mężczyzną.
Zwariowaliście?! Zofia zbladła. Albo drwicie sobie ze mnie?
Niestety nie. Od tego papieru z pani podpisem i pieczątką zależy przyszłość mojej rodziny. Żona sobie uroiła, iż jesteśmy kochankami.
Zofia przez chwilę stała z otwartymi ustami, potem zapytała ostrożnie:
Wasza żona zgłupiała? Żądać od męża takiego zaświadczenia… choćby w serialach o czymś takim nie słyszałam.
Ja to wszystko wiem! jęknął żałośnie Jan. Ale niczego nie zrobię. Mamy dzieci… Żona postawiła sprawę jasno: jeżeli pani w zaświadczeniu nie potwierdzi, iż jesteśmy tylko dyrektorką i zastępcą, składa pozew o rozwód. Dzieci zabierze do matki, do Suwałk. A to przecież koniec świata. Dlatego błagam, proszę napisać ten głupi papier.
Posłuchajcie, Janie! Zofia nie mogła uwierzyć, iż prowadzi taką rozmowę. Skąd żona nagle wzięła, iż łączy nas coś więcej? Przecież nigdzie się choćby nie spotkałyśmy! Śladów mojej szminki na waszej koszuli by nie znalazła. Skąd jej się to wzięło?
Stąd… Jan sięgnął do marynarki, wyjął telefon, wyszukał zdjęcie i pokazał Zofii. Moja żona zobaczyła to i już jej nie przekonałem.
Co z tego? Zofia przyjrzała się zdjęciu, na którym cała administracja kombinatu stała razem. Przecież każde takie zdjęcie mamy. To po nagrodzie z Urzędu Miejskiego.
Tak… Jan uśmiechnął się krzywo. Ale stoimy obok siebie i trzymam panią za ramię.
Bo nas było tłoczno, a trzeba się było zmieścić w kadrze!
Owszem, tylko proszę popatrzeć, jak pani spuściła głowę. Renata twierdzi, iż tak głowę przekrzywiają tylko zakochane kobiety.
Co?! oczy Zofii zapłonęły gniewem. Jakie zakochane? Pana żona ślepa? Schyliłam się, bo bałam się, iż kwiaty, które trzymała Ewa Malinowska, zasłonią mi twarz!
Też tłumaczyłem Renacie, ale im bardziej się tłumaczyłem, tym bardziej podejrzewała… Bez pani zaświadczenia jest po mnie, słowo daję.
Toż to nie do wiary! wykrzyknęła znów Zofia. I wy się naprawdę boicie żony? Tak bardzo?
Tak, boję się, wyszeptał cicho Jan, ale tak, żeby usłyszała. Ze względu na dzieci. Bez nich nie wyobrażam sobie życia…
Co za czasy… mruknęła z dezaprobatą Zofia, wyciągając z pliku papier. No dobrze. Skoro już musi być zaświadczenie… Dyktujcie.
Tak, burknął Jan. Napiszcie: Ja, Zofia Kwiatkowska, oświadczam, iż swojego zastępcy Jana Nowaka nie mogę znieść.
Zofia spojrzała zdumiona, ale Jan uciszył ją gestem.
Tak, niech pani pisze. I dopisze: A choćby go nienawidzę.
Jak to… nienawidzę? Nie mogę pracować z kimś, kogo nienawidzę!
To proszę napisać: Nienawidzę jako mężczyzny. Nie zgodziłabym się z nim spać za żadne pieniądze. choćby za milion złotych. Tylko proszę podpisać i podbić pieczęcią.
Pieczęć jest w księgowości odpowiedziała mechanicznie Zofia, spojrzała raz jeszcze na to, co napisała i aż ją zmroziło.
Przecież to absurd! Tak się nie robi! zdecydowanie powiedziała, po czym złożyła kartkę na pół, nagle podarła ją, potem jeszcze raz i jeszcze.
Co pani robi?! przestraszył się Jan. Przecież to dokument! Potrzebuję go!
Wiecie co, Janie… uśmiechnęła się nagle dziwnym uśmiechem Zofia. Rozwiedźcie się z Renatą, będzie spokojniej.
Słucham?! Przecież nie mogę! Dzieci mi zabierze, wywiezie na pewno.
Nie wywiezie zapewniła, nie tracąc uśmiechu Zofia. Mam znajomego bardzo dobrego adwokata, który pomoże wam, żeby dzieci zostały z wami.
Ale ja…
A jakby co przerwała mu Zofia sama pomogę w wychowaniu dzieci.
Pani? Sama? Pomoże mi?
Oczywiście. Bardzo cenię pana jako zastępcę i znajdę panu wyśmienitą nianię. Będzie pan zadowolony.
A Renata?
Renata niech sobie jedzie do Suwałk do mamy. Albo niech przyjdzie do mnie, pogadamy w cztery oczy, od serca. To chyba lepsze, niż głupie zaświadczenia z pieczątką.











