Na ulicy Sobieskiego wszystko się trochę zwalnia. Tramwaj zwalnia, ludzie zwalniają, echo uderzających o bruk kroków też jakby wolniejsze. Wśród witryn z bielszymi niż życie zębami i szyldów z kawą „na wynos” wisi skromna tablica: Złotnik – Wiesław Wilk.
W środku cisza. Pachnie metalem, który pamięta dotyk ognia.
Za stołem siedzi on. Spokojny, skupiony, w białym fartuchu, z lupą na czole. Czasem podnosi wzrok i uśmiecha się ciepło – jak człowiek, który w życiu wiele widział i niczemu się już nie dziwi.
Od ucznia do mistrza
– Przypadek to był, a może przeznaczenie – mówi. – Pracowałem w zakładzie, przy kamieniach syntetycznych. Koledzy ściągnęli mnie do Krakowa, mieli spółdzielnię, chcieli szlifować, ale nikt nie wiedział jak. Nauczyłem ich, pokazałem.
Potem już byłem niepotrzebny. Aż prezes przyszedł i pyta, czy nie chciałbym zostać złotnikiem.
Wilk nie zastanawiał się długo.
– Fach kolejny, czemu nie. Posłał mnie do jednego z mistrzów na Wawrzyńca, tam zacząłem się uczyć. Najpierw egzamin wewnętrzny, potem czeladniczy, a po paru latach – mistrzowski.
Tak zaczęła się historia życia, która nigdy nie miała w sobie rozdziału „na chwilę”.
Własny warsztat
Początkowo pracował w niewielkim zakładzie na Starowiślnej.
– Potem wyjechałem do Stanów. W osiemdziesiątym dziewiątym. Kolega ściągnął – mówi. – Potrzebowali złotnika, co umie robić filigran. Od razu siadłem za stół i zacząłem.
Trzy lata później wrócił. Stanął do przetargu o lokal na Sobieskiego, wygrał.
– I już zostałem. To był dziewięćdziesiąty drugi rok. Od tamtej pory tu jestem.
Lokal, w którym się śmieją śrubokręty i iskrzy światło.
– Na początku mówili: „A kto tu przyjdzie do złotnika? Daj pan spokój”. Ale przyszedłem, otworzyłem. I przyszli.
Pan Wiesław o biżuterii
Wilk mówi o pracy z łagodnym dystansem człowieka, który wie, co to znaczy robić coś dobrze i nie na pokaz.
– Lubię, jak mogę się wykazać. Kiedy klient przychodzi i mówi: „ja wiem, iż pan mi coś ładnego zrobi”.
Wszystko musi mieć rękę i smak.
– Rzemiosło to nie błysk, to cierpliwość. Trzeba mieć wyczucie, oko do detalu, palce spokojne. Narzędzi można się nauczyć, ale smykałki nie.
Pierwszy pierścionek zrobił jeszcze zanim został złotnikiem.
– Ze srebra. Z takim emblematem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Żona do dziś ma. Wtedy jeszcze pracowałem w narzędziowni i z ciekawości podglądałem złotników. Czterdziestu ich tam siedziało, a mnie ciekawiło, jak oni te pierścionki robią. No i się nauczyłem.
Złota narta dla Małysza
Z rąk pana Wiesława wyszło już wszystko: wota, medaliki, sygnety, obrączki. I jedna narta – złota.
– Dla Małysza – mówi z lekkim uśmiechem. – Ze złota, z butem. Ważyła kilogram. Robiliśmy ją trzy miesiące. Wręczyli mu ją w Wiśle. Była wymagająca, bo musiałem zastosować techniki, których wcześniej nie znałem. Ale to było piękne wyzwanie.
Tak samo jak korony na obrazy, które potem się koronuje, czy stare kościelne relikwie.
– Bywa, iż otwierasz, a tam pieczęć papieska, kilkaset lat. Wtedy człowiek ma dreszcze. Czuje, iż dotyka historii.
Świat złotników się zmienił
Świat złotników się zmienił.
– Teraz wiele robi się drukarkami 3D – opowiada. – Model wydrukują, odleją, wypolerują. Kiedyś człowiek siadał przy stole i robił wszystko rękami. Dziś takich może z kilku w Krakowie zostało.
Opowiada, jak w Stanach patrzyli na niego, gdy od razu robił pierścionek, bez modelu.
– Boss mówi, iż trzeba zrobić model. A ja, iż po co. Jak ma być jeden, to zrobię od razu. Nie wierzył. No i zrobiłem. Zbiegli się wszyscy oglądać. Jak to się robi bez formy.
To był dla nich cud. Dla niego – po prostu robota.
Ale i w Krakowie technologia zmienia wszystko.
– Są klienci, którym wystarczy, iż jest taniej. Ale są też tacy, co chcą mieć ręczną robotę. Bo mówią: „Odlewu nie chcę, chcę, żeby to pan zrobił.” I robię.
Zaufanie i smak
Zaufanie jest tu kluczem.
– Czasem ktoś przychodzi z pomysłem, a ja już widzę, iż to się nie uda. Ale jak powiedzieć człowiekowi, iż będzie brzydko? Trzeba delikatnie poprowadzić, inaczej. Żeby sam zobaczył.
Bywa, iż przynoszą złom – połamane łańcuszki, stare pierścionki.
– Topię, robię coś nowego. Czasem dla narzeczonej, czasem po babci. Biżuteria ma pamięć.
A klienci?
– Różni. Młodzi, starsi, eleganckie panie, panowie. Zdarza się, iż całe pokolenia – babcia, córka, wnuczka. Tyle iż raczej bez przyjaźni poza warsztatem. Zawodowo to zawodowo.
Sobieskiego – własny świat
Na Sobieskiego, mówi, wszyscy go znają.
– Lokatorzy traktują mnie jak swojego. Kłaniamy się, rozmawiamy. Ale różnie bywa. Nowi przychodzą, tacy z zewnątrz. Im często przeszkadza wszystko – iż zapach, iż hałas, iż coś. A my tu żyjemy po swojemu.
Kiedy mówi o kamienicy, brzmi jak człowiek, który zakorzenił się w miejscu. Jakby ta ulica też miała w nim swój adres.
Przemijanie i ciągłość
– Złotnictwo to zawód zanikający – przyznaje cicho. – Myślę, iż w Krakowie nie ma pięciu takich zakładów jak ten.
Ale zaraz potem mięknie mu głos.
– Mam wnuczkę. Magisterkę zrobiła, obroniła się, przyszła do dziadka i mówi, iż chce się nauczyć. Siedzi, uczy się, dłubie przy stole. Może zostanie.
Na chwilę przestaje mówić. Patrzy na swoje dłonie, potem się uśmiecha.
– Bo wie pani, to fach, którego nikt ci nie odbierze. Co masz w rękach, tego żadna maszyna nie zastąpi.
Powolne złoto
Patrzę, jak bierze w dłoń lupę i pochyla się nad pierścionkiem, maleńkim jak iskra. Z zewnątrz to tylko metal i kamień. Ale pod ręką pana Wiesława zamieniają się w małe światło. Takie, co się nie starzeje.
To jest właśnie biżuteria, o której mówi – rzemiosło z duszą.
Bez pośpiechu, bez ściemy.
Robiona dla ludzi, którzy jeszcze pamiętają, iż to, co cenne, nie błyszczy od razu.












Czytaj także:
- Ten sklep działa od 47 lat. “Tego się nie da włożyć do koszyka online”
- “Nie da się dobrej pizzy zrobić na tanich rzeczach”
- „Szpeje, czyli sztuka codziennego absurdu”
- Bure Wióry – rzeźbią drewno w ciszy
- Sprzęt kiedyś był trwały. Teraz to jednorazówki. Rowery z marketów to w większości katastrofa









