Dziś jest 22 grudnia. Siedzę w piżamie na kanapie, mimo iż już trzecia po południu, i wyjadam płatki śniadaniowe prosto z pudełka. Kiedy usłyszałem przekręcający się klucz w zamku, prawie podskoczyłem.
Boże święty. Basia ciągle ma klucz.
Ale to nie była Basia. To była Zosia z dwoma wielkimi walizkami i swoją studencką torbą na ramię.
Cześć, tato.
Pudełko wysmyknęło mi się z rąk.
Zosiu? Co ty?
Wprowadzam się do ciebie. Walizki opadły z solidnym hukiem. No chyba iż masz coś przeciwko. jeżeli tak, to trudno, bo już tu jestem i nie dam rady ich odnieść.
Podniosłem się z taką szybkością, iż aż zakręciło mi się w głowie.
Wprowadzasz się? A twoja mama o tym wie?
Pewnie. Mieliśmy rozmowę. Pokazała palcami cudzysłów. Powiedziałam jej, iż chcę mieszkać tutaj. Że to zawsze był mój dom. Basia się popłakała, ja się popłakałam totalny dramat. Ale chyba zrozumiała.
Ale
Tato, spojrzała na mnie tym swoim poważnym wzrokiem, który zawsze miał siłę zatrzymać świat. Mama ma już swoje nowe życie, minimalistyczne mieszkanie, gdzie wszystko jest białe i wg niej nie można choćby kubka na stole postawić. Ty masz tutaj dom, w którym mogę zostawić kubek z kawą na parapecie i nikt nie dostaje przez to ataku serca.
Przesadzasz, ja przecież sprzątam.
Naprawdę? To dlaczego w salonie są trzy kubki?
Trafiła w punkt. W kuchni miałem jeszcze sześć.
Poza tym, ktoś musi pilnować, żebyś się nie żywił wyłącznie zupkami instant i smutkiem.
Roześmiałem się, choć gula w gardle nie chciała odpuścić.
Umiem jeść pałeczkami. To chyba coś znaczy.
To oznacza tylko tyle, iż walczysz o przetrwanie, a nie o dobre życie.
Zosia pobiegła do kuchni, zaczęła robić inspekcję.
O nie, jest gorzej niż się spodziewałam. Otworzyła lodówkę. Sos sojowy, trzy piwa i jogurt przeterminowany miesiąc temu? Tato, tragedia.
Minął tylko tydzień!
Masz napisane marzec.
Marzec był dwa miesiące temu No dobrze, poddaje się.
Odwróciła się do mnie z rękami na biodrach tak samo, jak robiła w dzieciństwie, gdy domagała się, żebym poprawił jej warkocze.
Jutro idziemy na zakupy. Dziś zamawiamy pizzę jak kulturalni ludzie. Masz jeszcze ten numer do tej pizzerii z podwójnym serem?
Mam na szybkim wybieraniu.
Oczywiście, iż masz.
Czekając na pizzę, łaziła po domu jak agentka nieruchomości.
Twój pokój to koszmar, mój został taki sam zaśmiała się, wchodząc do swojego starego pokoju. choćby zostawiłeś moje obrzydliwe plakaty z liceum.
Sama je powiesiłaś, nie miałem serca brać ich ze ściany.
Zamilkła na chwilę, rozglądając się po ścianach, zdjęciach, biurku z dawno nieczytanymi książkami.
Wiesz, co jest zabawne? Basia mi zaproponowała, iż wszystko urządzi w nowym mieszkaniu tak, jak chcę. Ale usiadła na łóżku tutajs wszystko już jest takie, jak lubię. To moje miejsce.
Przysiadłem obok niej.
Zosiu, nie musisz tu zostawać z litości. Jakoś sobie radzę.
To nie litość, głuptasie. Pchnęła mnie żartobliwie w ramię. To dlatego, iż gdy nauczyłam się chodzić, czekałeś na mnie z rozłożonymi ramionami. Gdy miałam koszmary, mogłam spać z tobą. Na studniówce płakałeś bardziej niż ja.
Wcale nie tak bardzo.
Tato, zużyłeś trzy chusteczki.
Miałem alergię
Na emocje chyba.
Uśmiechnęła się i oparła głowę na moim ramieniu.
Jesteś moim ojcem, nie tym, który dał mi geny, ale który dał mi wszystko inne. A teraz, gdy masz ten wielki dom tylko dla siebie i wcinasz płatki w piżamie, serio sądzisz, iż cię tak zostawię? Nie licz na to.
Głos mi się załamał.
Kocham cię, maleńka.
Ja ciebie, staruszku. Ale od jutra sprzątamy. Serio, śmierdzi tu dziwnie.
Wigilia nadeszła, i Zosia zrobiła to, co zapowiedziała zapakowała mnie do samochodu i pojechaliśmy do sklepu.
Zróbmy porządną kolację. Żadnych chińskich zupek.
Ale przecież taka tradycja
Nowa tradycja to normalne jedzenie. Do roboty.
Nakupiliśmy co tylko się dało. Zosia wrzucała do wózka produkty z takim zapałem, iż aż się przestraszyłem.
My wiemy, jak się to gotuje? spytałem.
Jasne, iż nie. Ale jest YouTube i odwaga. Starczy.
Nie starczyło.
Indyk był surowy w środku i przypalony na zewnątrz. Puree jak klej, warzywa zwęglone.
Patrzyliśmy zrezygnowani na porażkę kulinarną.
Wiesz co powiedziała Zosia. Zawsze możemy
Zamówić chińszczyznę?
Jasne, zamawiamy.
Jedliśmy z pudełek, śmialiśmy się z tego, co wyszło z kolacji i to była najfajniejsza Wigilia od miesięcy.
Wiesz co? zagadnąłem. To chyba nasza nowa tradycja.
Próba wystawnej kolacji, totalna klapa i kończymy z chińskim żarciem.
Brzmi idealnie.
Po kolacji wręczyła mi małe pudełko.
Twój prezent.
W środku był klucz z breloczkiem z napisem Dom z modeliny.
Kopia mojego klucza. Oficjalnie tu mieszkam. Uśmiechnęła się. Trochę krzywy, ale własnej roboty.
Uściskałem ją mocno.
Jest doskonały.
Tato, zaraz mnie udusisz.
Daj mi chwilę, proszę.
Zaśmiała się i przytuliła mnie jeszcze mocniej.
Dziękuję za wszystko, tato. Za te osiemnaście lat. Za to, iż zawsze byłeś. Za to, iż jesteś sobą.
Dziękuję, iż wybrałaś zostać.
Zawsze.
Tej nocy długo nie mogłem zasnąć, głaszcząc nowy klucz w dłoni.
Basia odeszła i to bolało.
Ale Zosia została.
I to to jest wszystko.














