Oszczędni znajomi zaprosili mnie na urodziny – wróciłam do domu głodna jak wilk, bo “bogaty stół” był na plasterki

newsempire24.com 6 godzin temu

Dawno temu, kiedy w Polsce ludzie żyli nieco skromniej, miałam grupę znajomych, których z uśmiechem nazywałam gospodarni. Oszczędzali dosłownie na wszystkim począwszy od jedzenia, przez ubrania, aż po drobiazgi codziennego życia. Wcale nie byli biedni. Wręcz przeciwnie, mieszkali w ładnym mieszkaniu w Poznaniu, zawsze mieli odłożone złotówki na koncie i mogli sobie pozwolić na niejedną przyjemność.

Z reguły odwiedzałam ich tylko z okazji świąt albo większych jubileuszy. Na co dzień kontaktowaliśmy się telefonicznie. Prosto miesiąc temu zaprosili mnie na urodziny. Krystyna zadzwoniła, zapraszając na skromne przyjęcie ku czci swojego święta. Zgodziłam się chętnie, bo lubiłam ich towarzystwo, ale tego dnia wróciłam do domu głodna jak wilk.

Rano, zanim poszłam do pracy, zapakowałam starannie wybrany prezent do torby i w myślach układałam sobie plan dnia. Krystyna i Witold wyznaczyli godzinę szesnastą na rozpoczęcie świętowania. W pracy, około trzynastej, wypiłam tylko kawę i zjadłam dwa ciasteczka, przekonana, iż wieczorem będzie uczta. Specjalnie się nie najadałam, bo przecież czekała mnie uczta urodzinowa.

Na miejsce dotarłam punktualnie. Wręczyłam Krystynie prezent, złożyłam tradycyjne życzenia, dorzucając żartobliwie, iż jestem głodna jak wilk, bo nie jadłam obiadu. Wszyscy się uśmiechnęli, Witold zapewnił, iż wszystko jest przygotowane.

W salonie było nas sześć osób plus gospodarze. Zdziwiłam się nie widząc dużego stołu zamiast tego dostrzegłam niedużą, okrągłą ławę, bez porządnych krzeseł. Przy ścianie stała tylko zgrabna sofa, i osiem osób musiało się na niej jakoś pomieścić. Pomyślałam sobie, iż bufet to pewnie taka moda, chociaż marzyłam raczej o domowym obiedzie, a nie o ściskaniu się na kanapie po długim dniu pracy.

Krystyna przygotowała stół na śnieżnobiałym obrusie rozłożyła osiem niewielkich talerzyków. Na każdym: plasterek kiełbasy myśliwskiej (której jestem wielką fanką), cienko krojony plasterek pieczonej szynki, kawałek żółtego sera, świeży pomidor, ogórek wszystko starannie policzone, po osiem sztuk każdego smakołyku. Oprócz tego dwie maleńkie miseczki z sałatką jarzynową i owocami, również wymierzonymi pod liczbę gości. Całość uzupełniała jedna butelka czerwonego wina z Lubusza. Siedzieliśmy tak, wznosząc toasty, przeżuwając cienki plasterek kiełbasy z serem, a ja czułam narastający głód.

W pewnym momencie Witold powiedział, iż zaraz poda coś na gorąco. Pomyślałam: Wreszcie coś konkretnego!. Po kilku minutach Krystyna wniosła półmisek z pieczonymi ziemniakami i podudzami z kurczaka równo po jednym na osobę. Rozbawiło mnie to, bo przecież na przyjęciu w domu zawsze spodziewałam się czegoś więcej. Za to tort, tradycyjny mazurek z orzechami, był już normalnej wielkości.

Śmialiśmy się, rozmawialiśmy, ale po niespełna dwóch godzinach postanowiłam wracać do domu. Po drodze zatrzymałam się jeszcze w sklepie spożywczym na rogu ul. Święty Marcin i kupiłam paczkę pierogów ruskich, trochę chleba i twarogu na kolację. W domu przygotowałam sobie solidny posiłek, ciesząc się prawdziwym obiadem.

Z perspektywy czasu myślę, iż moi gospodarni znajomi po prostu oszczędzali choćby na gościach. Zastanawiam się, po co zapraszać bliskich na urodziny, skoro nie chce się ich adekwatnie ugościć przecież w Polsce zwykle serwuje się pełne, sycące posiłki, choćby jeżeli to tylko domowe przyjęcie. Taki to był dziwny wieczór, z którego do dziś się śmieję z przyjaciółkami.

Idź do oryginalnego materiału