Oszczędni znajomi zaprosili mnie na urodziny – wróciłam do domu głodna i musiałam ratować się obiade…

polregion.pl 5 godzin temu

Oszczędni znajomi z Krakowa zaprosili mnie na swoje urodzinowe przyjęcie. Sen był mglisty, jakby cała sytuacja działa się pod wodą, w pobliskim Wiśle. Wróciłam do domu jeszcze bardziej głodna niż przed wyjściem, a wokół mnie unosiły się duszki kiełbas i chlebów.

Moich znajomych zawsze nazywałam ci, co liczą każdy grosz. Oszczędzają na wszystkimna obrusie, na pierogach z mięsem, choćby na słowach. Nie były to jednak osoby biedne, o nie! Wręcz przeciwnie, w kieszeniach szeleszczą banknoty pięćset złotych, w mieszkaniu dywany miękkie jak świeży twaróg. Grupa zamożnych miłośników cichego oszczędzania.

Przeważnie łączą nas rozmowy telefoniczne, bo po co się spotykać bez powodu? Ale tym razem, miesiąc temu, dostałam zaproszenie na imieniny Magdaleny. Postanowiłam pójść, choć nie miałam pojęcia, iż wrócę do domu z burczącym brzuchem.

W dniu imprezy włożyłam do torby prezent: zestaw ręczników w polskie kwiaty i poszłam do pracy. O czwartej po południu zostaliśmy zaproszeni do bloku na Kazimierzu. Zjadłam na lunch tylko dwie rurki z kremem i popiłam to kawą z ekspresu. Chciałam zostawić głód na wieczór, bo przecież polskie przyjęcia to bigos, schabowy i sernik.

Przeszłam przez podwórko pełne gołębi, z prezentem w ręku i głową pełną marzeń o barszczu czerwonym. Szorstkimi słowami: Magdo, jestem głodna jak wilk z Tatr! zażartowałam przy wręczaniu ręczników. Magda pokiwała głową: Wszystko gotowe, jak w raju!

W salonie było nas razem ośmioro, włącznie z gospodarzami. Na ścianach wisiały dziwaczne obrazy Krakowa w deszczu, a na środku tylko mały, okrągły stolik, pokryty ciemnym obrusem w kwiaty, talerze jak z bajki. Krzeseł nie było, tylko jedna miniaturowa sofa, ciasna jak przedział w pociągu relacji Warszawa-Gdynia. No nic, może taki jest nowy styl: stołów nie mieć.

Na stole wszystko jakoś podzielone magicznie: po osiem plasterków kiełbasy myśliwskiej, osiem cieniutkich plastrów pieczonego boczku, osiem plastrów sera typu królewski. Pomidory i ogórki również poporcjowane: osiem plastrów każdego, jakby od linijki. Sałatki dwie, w pucharkach tak małych, iż musiałam się upewnić, czy to nie ozdoby. Winogrona po jednym kiściu na osobę, a wszystko zalane jednym kieliszkiem czerwonego wina z Piwnicy pod Baranami.

Żując kawałek kiełbasy z serem, patrzyłam na resztę gości, którym rosły cienie nad głową. Pragnienie nie wracało, bałam się jeść bez przekąski, bo i po co? Nagle Maciek, gospodarz, rzucił: Zaraz przyniosę coś gorącego, może rosół ze snu? Wyobraziłam sobie wielki garnek na środku salonu, z którego wyłania się kopytko. Ale z rzeczywistości wypadły tylko maleńkie ziemniaczki pieczone i jedno udko z kurczaka, dokładnie jedno na głowę. Smakowało jak opowieść babci o czasach PRL-u.

Jedynie tort był rozmiarów godnych Wawelu, kremowy, słodki, gwałtownie podzielony na części, które znikały błyskawicznie. ale po godzinie i trzydziestu minutach, z uczuciem ssącym w brzuchu, wróciłam do domu przez rozświetlone Planty Krakowskie.

Po drodze zawędrowałam do nocnego sklepukupując pajdę chleba, pół metra kiełbasy, herbatę z cytryną i paczkę pierogów ruskich. W domu, gdzie zegar na ścianie chodził od tyłu, zjadłam porządny posiłek, a moje sny stały się znów syte.

Tak więc moi krakowscy przyjaciele znów zaoszczędzili na gościach. I śniło mi się, iż sama serwuję im górę placków ziemniaczanych. Może w następnym śnie oni będą głodni, a ja syta?

Po co zapraszać na imieniny, jeżeli nie potrafi się zrobić uczty, tak jak polska dusza nakazuje?

Idź do oryginalnego materiału