Ostatnie życzenie Marcina spod numeru 14

twojacena.pl 5 dni temu

Marcin zmarł we wtorek, dwudziestego trzeciego lutego, o szóstej rano, kiedy za oknem szpitala na Banacha wciąż paliły się lampy uliczne. Miałam wtedy trzydzieści jeden lat i osiem miesięcy ciąży. Poznaliśmy się cztery lata wcześniej na targach budowlanych w Poznaniu — on sprzedawał systemy solarne, ja robiłam zdjęcia dla katalogu. Pobraliśmy się rok później w urzędzie stanu cywilnego przy placu Wolności, a potem urządziliśmy przyjęcie na tarasie znajomych, bo na salę nie było nas jeszcze stać.

Kiedy w końcu zaszłam w ciążę, po dwóch latach starań i jednej nieudanej próbie in vitro, Marcin przez pół roku był innym człowiekiem — spokojniejszym, jakby wreszcie przestał się spieszyć. Kupił fotelik samochodowy trzy miesiące przed terminem, mimo iż się z niego śmiałam. Mówił, iż lubi mieć rzeczy załatwione wcześniej.

Potem zaczął się kaszleć krwią.

Diagnoza brzmiała: rak trzustki z przerzutami. Lekarz z onkologii, doktor Wieczorek, powiedział to wprost, bez owijania w bawełnę — może trzy miesiące, może mniej. Siedzieliśmy tego wieczoru na balkonie naszego mieszkania przy Grunwaldzkiej, on trzymał dłoń na moim brzuchu, a córka kopnęła dokładnie pod jego palcami.

— Jak coś ze mnie jeszcze będzie się nadawać, kiedy przyjdzie na to czas — powiedział cicho — chcę, żeby to oddać.

Odwróciłam się do niego gwałtownie.

— Przestań gadać o umieraniu, kiedy ona akurat kopie.

— No właśnie dlatego muszę o tym teraz mówić. — Popatrzył w dół, na mój brzuch. — Jak nie będzie mnie, żeby zobaczyć, jak dorasta… to może dam komuś innemu więcej czasu z jego bliskimi.

Chciałam się kłócić. Chciałam powiedzieć, iż nie jesteśmy gotowi rozmawiać o tym, co będzie po. Ale w środku wiedziałam, iż Marcin już zdecydował. I wiedziałam, iż to uszanuję.

Choroba postępowała szybciej, niż się spodziewaliśmy. W ósmym miesiącu ciąży to ja zapinałam mu guziki koszuli, bo ręce mu drżały. Czasem zatrzymywał się w połowie korytarza naszego bloku, żeby złapać oddech, opierając się o framugę drzwi do łazienki, tej z odpadającą fugą, którą wciąż mieliśmy naprawić.

Próbowałam nie pokazywać po sobie strachu. On próbował nie pokazywać, jak bardzo osłabł.

Trzy tygodnie przed śmiercią zaczął prosić o rozmowy na osobności z doktorem Wieczorkiem. Za pierwszym razem nie zwróciłam na to uwagi. Za drugim zrobiło mi się ciekawie. Za trzecim w końcu spytałam wprost, siedząc przy jego łóżku z kubkiem herbaty z melisą, która stygła mi w dłoniach.

— O czym wy rozmawiacie?

Ścisnął moją rękę.

— Muszę coś załatwić.

— Beze mnie?

— Tak.

Spojrzałam na niego uważnie. Nigdy nic przed sobą nie ukrywaliśmy. Zwłaszcza wtedy.

— Co takiego załatwiasz?

Uśmiechnął się słabo.

— Zaufaj mi, Kasiu. Proszę.

Zmarł jedenaście dni później. Pochowaliśmy go na cmentarzu przy Bluszczowej, w deszczu tak drobnym, iż nikt nie otworzył parasola. Córka, Zosia, urodziła się dwa tygodnie po pogrzebie — pięć dni po terminie, jakby sama chciała dać ojcu ostatnią szansę, choć go już nie było.

Przeżyłam pierwszy miesiąc jak we mgle: karmienie co trzy godziny, papiery ze szpitala, telefon od zakładu pogrzebowego w sprawie faktury. O donacji organów prawie zapomniałam — dowiedziałam się tylko od pielęgniarki, iż serce i rogówki Marcina rzeczywiście trafiły do biorców, zgodnie z jego wolą wpisaną do rejestru.

Zadzwonił do mnie dopiero w kwietniu. Doktor Wieczorek, głosem, który brzmiał, jakby szukał mnie od dawna.

— Pani Kasiu, muszę się z panią spotkać. Osobiście. To ważne.

Umówiliśmy się w kawiarni przy Świętym Marcinie, bo do gabinetu nie chciałam wracać — za dużo tam było zapachu środków dezynfekujących, który kojarzył mi się już tylko z ostatnimi tygodniami. Przyszedł z teczką, w cywilnym ubraniu, co samo w sobie było dziwne, bo znałam go dotąd wyłącznie w fartuchu.

— Mark kazał mi to pani przekazać dopiero teraz — powiedział, kładąc teczkę na stoliku między filiżankami. — Nie wcześniej. Obiecałem mu.

Otworzyłam ją drżącymi rękami. W środku był list, napisany jego charakterem pisma, tym pochylonym w prawo, którym podpisywał kartki urodzinowe. I dokument — akt notarialny.

Marcin, zanim jeszcze zaczął tracić siły, poszedł do notariusza przy Święty Marcin razem z doktorem Wieczorkiem jako świadkiem i przepisał na Zosię swój udział w firmie — te dwadzieścia pięć procent w spółce instalującej panele słoneczne, które prowadził z bratem, Tomkiem. Udział wart sto osiemdziesiąt tysięcy złotych. Zrobił to potajemnie, bo wiedział, iż Tomek — który od lat powtarzał, iż "kobietom biznes nie w głowie" — spróbuje mnie przekonać do sprzedania udziałów za grosze, zanim jeszcze zdążę się zorientować, ile są warte.

List kończył się jednym zdaniem: "Nie pozwól, żeby ktokolwiek decydował za ciebie, co jest twoje. Kocham was obie. M."

Trzy dni później zjawił się Tomek — bez zapowiedzi, z aktem współwłasności w reklamówce z Biedronki, jakby to było zwykłe zakupy. Usiadł przy moim stole kuchennym, tym samym, przy którym Marcin uczył się nazw komponentów instalacji, i zaczął tłumaczyć, iż "dla dobra dziecka" najlepiej będzie, jeżeli sprzeda mu udziały za sześćdziesiąt tysięcy — bo firma podobno ma problemy z płynnością, bo "papierowa wartość to nie to samo co gotówka", bo ja "przecież nie znam się na tej branży".

Nie podniosłam głosu. Wyjęłam z szuflady teczkę od doktora Wieczorka i położyłam ją obok jego reklamówki.

— Umowa jest już podpisana notarialnie na Zosię. Sprawdziłam wycenę u niezależnego rzeczoznawcy w zeszłym tygodniu — firma jest warta więcej, niż mówisz, bo kontrakt z gminą na instalacje w budynkach komunalnych właśnie wszedł w życie. Wiem to, bo mam dostęp do ksiąg jako opiekun prawny udziałów Zosi.

Spojrzał na dokument, potem na mnie, jakby dopiero teraz zauważył, iż siedzi po drugiej stronie stołu, a nie po tej, po której zawsze siedział.

— Kasiu, to nie tak miało być…

— Miało być tak, jak chciał Marcin. — Zamknęłam teczkę. — Zosia dostanie sprawozdania finansowe co kwartał. Do jej osiemnastych urodzin udziałem zarządza kurator wyznaczony przez sąd rodzinny, nie ty i nie ja. Możesz się z nim skontaktować przez kancelarię przy Kościuszki, adres masz w piśmie, które dostaniesz pocztą w tym tygodniu.

Wstał, nie dopił kawy, którą sama mu wcześniej nalała, i wyszedł, zostawiając na stole reklamówkę z niepodpisaną umową.

Zosia ma teraz cztery miesiące. Wieczorami, kiedy karmię ją przy oknie wychodzącym na Grunwaldzką, czasem słyszę, jak sąsiadka piętro niżej odtwarza stare płyty Anny German — Marcin nienawidził tej muzyki, ale teraz mi to nie przeszkadza. Na parapecie stoi zdjęcie z naszego ślubu i obok niego kopia aktu notarialnego, w ramce, którą sama kupiłam w sklepie przy Półwiejskiej.

Nie mam mu nic do wybaczenia. On po prostu zadbał, żeby nikt nie zdążył zadbać o to za mnie.

Idź do oryginalnego materiału