Zabrałem go w czwartek, wcześnie rano, zanim miasto się obudziło. Bagażnik otworzyłem tak jak zawsze, on wskoczył sam, chociaż tylne łapy już go nie słuchały tak jak kiedyś. Koc w kratkę, ten sam, w którym jeździł od dwunastu lat, rozłożyłem na siedzeniu obok. Dwie godziny do Jeziora Solińskiego, trasa, którą znaliśmy na pamięć.
Mam na imię Tomasz, mam pięćdziesiąt trzy lata, mieszkam w Rzeszowie, jestem stolarzem. Bruno, owczarek niemiecki, trafił do mnie jako szczeniak, gdy córka wyprowadziła się z domu i zostało po niej puste miejsce przy stole. Zajął to miejsce od razu, kładł łeb na kolanach, kiedy jadłem obiad, i patrzył, aż mu coś podałem.
W piątek wieczorem lekarz weterynarii, pan Kowalczyk z przychodni na Lwowskiej, powiedział mi wprost: nerki się kończą, wątroba nie radzi sobie z toksynami, ból można jeszcze trochę stłumić, ale to kwestia dni, może tygodnia. Zapytałem, ile to będzie kosztować, żeby przeciągnąć jeszcze miesiąc. Powiedział, iż pieniądze tu nic nie zmienią, zmienią tylko to, ile Bruno będzie cierpiał, zanim i tak nadejdzie ten sam koniec.
Całą noc z wtorku na środę słuchałem, jak skomle w korytarzu, próbując znaleźć pozycję, w której przestanie boleć. Wstawałem co godzinę, przekładałem go, głaskałem po brzuchu, mówiłem, iż wszystko dobrze. Nie było dobrze. O czwartej nad ranem usiadłem na podłodze obok niego i zrozumiałem, iż trzymam go przy sobie już nie dla niego, tylko dla siebie, bo boję się dnia, w którym go zabraknie.
Rano zadzwoniłem do przychodni i umówiłem wizytę na czwartek, na dziesiątą.
Ale najpierw była wycieczka. Kupiłem po drodze bułkę z serwelatką z piekarni na rogu, taką samą, jaką dawałem mu zawsze, kiedy jechaliśmy nad wodę. Zjadł połowę, resztę zostawił, czego wcześniej nigdy nie robił. Nad zaporą stanęliśmy tam, gdzie zawsze, przy tym samym drzewie z wyrytym sercem, które wyrzeźbił jakiś turysta lata temu. Woda była szara, mgła jeszcze nie zeszła z gór. Bruno powąchał trawę, poszedł kilka kroków w stronę brzegu i usiadł, patrząc na wodę, tak jak siadał zawsze, kiedy był zmęczony, ale zadowolony.
Ktoś przepływał łódką w oddali, silnik terkotał głucho, echo odbijało się od zbocza. Kucnąłem obok niego, oparłem rękę na jego karku i poczułem, jak drży, mimo iż nie było zimno. Powiedziałem mu, iż był najlepszym psem, jakiego znałem, iż dał mi więcej niż niejeden człowiek, i iż teraz moja kolej, żeby zrobić dla niego to jedno, ostatnie, trudne.
W drodze powrotnej zasnął na koc, głowę oparł o moje udo, bo siedziałem z tyłu, a żona prowadziła. Radio grało cicho jakąś starą piosenkę Budki Suflera, żona ściszyła ją jeszcze bardziej, żeby nie zagłuszała jego oddechu.
W przychodni pani doktor Zielińska zaproponowała, żebyśmy zostali w gabinecie sami, bez asysty, żeby Bruno nie czuł obcych rąk. Usiadłem na podłodze, on położył łeb na moim kolanie, tak jak tysiąc razy wcześniej. Zastrzyk był szybki. Poczułem, jak ciężar jego ciała zmienia się, jak mięśnie przestają trzymać napięcie, którego przez ostatni tydzień było w nim tyle. Trwało to niecałą minutę.
Potem było papierowanie. Podpisałem zgodę na kremację indywidualną, sto osiemdziesiąt złotych, prochy miały być gotowe za tydzień w metalowej urnie z grawerem jego imienia. Zapłaciłem kartą, wziąłem obrożę, tę czerwoną, wytartą na sprzączce, i wsadziłem ją do kieszeni kurtki, zamiast zostawić w gabinecie razem z resztą rzeczy, które przychodnia zwykle utylizuje.
W domu było inaczej, niż się spodziewałem. Nie płakałem od razu. Postawiłem miskę na wodę, którą zawsze napełniałem rano, na parapecie, tam gdzie stała codziennie, i patrzyłem na nią przez chwilę, zanim zrozumiałem, iż nie muszę jej już napełniać. Wylałem wodę do zlewu, umyłem miskę, wysuszyłem ją ręcznikiem i schowałem do szafki pod zlewem, obok drugiej, rezerwowej, której nigdy nie użyliśmy.
Legowisko zostawiłem na tydzień, dopóki nie przyjechały prochy. Kiedy urna stanęła na półce w salonie, obok zdjęcia córki ze studniówki, zdjąłem legowisko, wytrzepałem je na balkonie i zaniosłem do fundacji na Podpromiu, tej samej, skąd kiedyś wziąłem Bruna. Pani, która przyjmowała dary, zapytała, czy chcę zostawić też smycz i miskę. Smycz oddałem. Miskę zatrzymałem, bo w niej przez cały czas czuć było jego sierść, kiedy się pochyliłem i powąchałem dno, zanim ją umyłem po raz drugi, tym razem dokładnie.
Obrożę noszę teraz w kieszeni kurtki, tej samej, w której jeżdżę do pracy. Nie po to, żeby przypominać sobie, iż go nie ma. Po to, żeby przypominać sobie, iż przez dwanaście lat ktoś czekał przy drzwiach, kiedy wracałem, i iż ostatnią rzeczą, jaką dla niego zrobiłem, było to, żeby przestał czekać na coś, co już nie mogło nadejść.
















