Trzymałam w rękach plik wypisów ze szpitala imienia Jana Pawła II w Krakowie, kiedy doktor Wojciechowski zastąpił mi drogę na korytarzu. Miał na sobie ten sam zielony fartuch co zawsze, tylko teraz był w nim mniej pewny siebie niż podczas każdej z tamtych rozmów o rokowaniach.
— Pani Agnieszko, proszę chwilę zaczekać.
Za oknem korytarza padał marcowy deszcz ze śniegiem, a w telewizorze wiszącym pod sufitem poczekalni bezgłośnie leciały wiadomości sportowe. Pielęgniarka pchała wózek z lekami, koła piszczały o linoleum. Nikt poza mną tego nie zauważał — ja zapamiętam ten dźwięk już do końca życia.
Mieliśmy z Mateuszem dopiero trzy lata małżeństwa, kiedy w końcu zobaczyłam dwie kreski na teście. Mieszkaliśmy wtedy w kawalerce na Podgórzu, nad piekarnią, więc rano zawsze budził nas zapach świeżych bułek. Mateusz pracował jako mechanik w warsztacie przy ulicy Wielickiej, ja uczyłam w podstawówce plastyki. Kiedy powiedziałam mu o ciąży, usiadł na podłodze w kuchni, bo nogi mu się ugięły — tak to zapamiętałam, a nie żadne łzy, tylko to, iż nagle znalazł się na kafelkach, śmiejąc się jak dzieciak.
W szóstym miesiącu wszystko się zawaliło. Bóle brzucha, które Mateusz zwalał na zmęczenie w pracy, okazały się czymś, czego lekarze nie chcieli choćby od razu nazwać po imieniu. Nowotwór trzustki, przerzuty, w gabinecie na Kopernika padło słowo „trzy miesiące" tak zwyczajnie, jakby ktoś podawał termin wymiany oleju.
Naszą córkę mieliśmy urodzić najpewniej już bez niego.
Tamtego wieczoru siedzieliśmy na balkonie, otuleni jednym kocem, bo grudniowe powietrze gryzło w twarz. Mateusz położył dłoń na moim brzuchu — czułam, jak drży, mocniej niż kiedykolwiek wcześniej.
— jeżeli w tym momencie moje organy będą jeszcze na tyle zdrowe — powiedział cicho — chcę je oddać.
— Przestań mówić o śmierci, kiedy ona jeszcze żyje — błagałam, ledwo wykrztuszając słowa.
— Właśnie dlatego muszę. — Popatrzył na mój brzuch. — jeżeli nie zdążę zobaczyć, jak dorasta, może dzięki mnie inny ojciec zdąży zobaczyć swoje dziecko.
Nie odezwałam się. W kuchni sąsiadów zza ściany ktoś odkręcił radio, leciała jakaś stara piosenka Budki Suflera, i to było jedyne, co słyszałam przez następne pół godziny.
Stan Mateusza pogarszał się szybciej, niż mówili lekarze. W ósmym miesiącu ciąży sama zapinałam mu guziki koszuli, bo palce mu się trzęsły. Czasem musiał przystawać w połowie drogi do łazienki, opierając się o framugę, żeby złapać oddech. Chowałam swój strach, bo wiedziałam, iż on niesie już wystarczająco dużo strachu za nas dwoje.
Na kilka tygodni przed śmiercią zaczął prosić o rozmowy na osobności z doktorem Wojciechowskim. Za każdym razem, gdy pytałam, o czym rozmawiali, brał mnie za rękę i mówił tylko:
— Muszę coś załatwić. Zaufaj mi.
Nie rozumiałam. Ale ufałam mu bezgranicznie.
Mateusz zmarł w szpitalu, trzymając mnie za rękę, w środę, dwudziestego stycznia. Kiedy lekarze przynieśli mi dokumenty zgody na pobranie narządów, litery rozmywały mi się przed oczami od łez. Coś we mnie krzyczało, żeby go nie puszczać. Ale wiedziałam, czego chciał Mateusz. Ze złamanym sercem podpisałam wszystkie papiery.
Myślałam, iż najgorsze już za mną. Myliłam się.
Kiedy szłam korytarzem w stronę wyjścia, mijając automat z kawą i tablicę ogłoszeń z ulotkami o szczepieniach, doktor Wojciechowski dogonił mnie, trzymając coś za plecami. Twarz miał bladą.
— Pani Agnieszko, proszę zaczekać.
Odwróciłam się. Wciągnął powietrze, jakby zbierał się na coś od dawna odkładanego.
— Mateusz przekazał mi to trzy tygodnie temu — powiedział, patrząc mi prosto w oczy. — Kazał mi obiecać, iż dam to pani dopiero po jego śmierci.
Wyciągnął zza pleców kopertę, grubą, zapieczętowaną, z moim imieniem napisanym charakterem pisma Mateusza — tym samym, jakim zapisywał listy zakupów i wystawiał faktury klientom w warsztacie.
— Co to jest? — spytałam, a głos mi się załamał.
— Nie wiem dokładnie wszystkiego, co w środku. Ale wiem, iż przygotowywał to razem z notariuszem, który przychodził do niego na oddział dwa razy. I wiem, iż bardzo mu zależało, żeby to trafiło do pani dopiero teraz, nie wcześniej.
Usiadłam na plastikowym krześle pod automatem z kawą, bo nogi odmówiły posłuszeństwa. Rozerwałam kopertę drżącymi palcami.
W środku był list, napisany jeszcze pewną ręką, sprzed choroby chyba, i dokument notarialny. List zaczynał się od słów: „Agnieszko, jeżeli to czytasz, to znaczy, iż już się nie boję o ciebie i o naszą córkę tak, jak bałem się przez ostatnie miesiące."
Pisał, iż trzy tygodnie przed śmiercią przepisał na mnie cały swój udział w warsztacie na Wielickiej — ten, który wspólnie z kolegą Tomaszem prowadzili od ośmiu lat. Nie chciał, żebym o tym wiedziała wcześniej, bo bał się, iż będę traktować to jak pożegnanie, a chciał, żebyśmy do końca żyli, jakby czasu było więcej. Do listu dołączony był też numer polisy na życie — sto dwadzieścia tysięcy złotych, o której nigdy mi nie wspomniał, bo wykupił ją potajemnie zaraz po diagnozie, płacąc składki z dodatkowych zleceń, które brał wieczorami, kiedy myślałam, iż został dłużej w warsztacie po prostu z przyzwyczajenia.
Na końcu było jedno zdanie, dopisane już inną, mniej pewną ręką, pewnie w ostatnich dniach: „Nie oddaję ci pieniędzy zamiast siebie. Oddaję ci czas, żebyś nie musiała się bać, tak jak ja się nie bałem, kiedy oddawałem to, co we mnie jeszcze zdrowe."
Nasza córka, Zosia, urodziła się jedenaście dni po jego śmierci, w lutym, kiedy za oknem porodówki na Prądniku leżał jeszcze brudny śnieg.
Tomasz, wspólnik Mateusza, zadzwonił do mnie miesiąc po pogrzebie, żeby zapytać, co zamierzam zrobić z udziałem w firmie. Powiedział to ostrożnie, jakby bał się, iż zrobię coś pochopnego z żalu.
Umówiłam się z nim w warsztacie, w sobotę, kiedy było zamknięte. Przyniosłam ze sobą teczkę z dokumentami od notariusza. Usiedliśmy przy biurku, na którym wciąż leżał kalendarz otwarty na styczniu, z odręcznymi notatkami Mateusza o terminach klientów, jakby miał tu jeszcze wrócić.
— Nie chcę prowadzić warsztatu — powiedziałam Tomaszowi. — Nie znam się na silnikach, a Zosia potrzebuje mnie w domu, nie na Wielickiej od siódmej rano.
Podałam mu umowę, którą przygotowałam z prawnikiem w tym samym tygodniu: odsprzedaję mu swój udział za cenę wycenioną niezależnie przez rzeczoznawcę — sześćdziesiąt pięć tysięcy złotych, płatne w ratach przez dwa lata, bez odsetek, żeby nie musiał zaciągać kredytu i zamykać biznesu, który budowali razem osiem lat.
Tomasz podpisał od razu, z ulgą i czymś, co wyglądało jak wstyd, iż w ogóle się bał, iż zabiorę mu to, co dla niego było całym życiem.
Pieniądze z polisy odłożyłam na fundusz dla Zosi, założony w banku przy Rynku Głównym, nietykalny do jej osiemnastych urodzin. Kalendarz z biurka zabrałam do domu.
Wieczorem, kiedy Zosia już spała w koszyku obok mojego łóżka, wyjęłam z torebki kopertę po liście, wygładziłam ją na kolanach i włożyłam do środka kalendarz Mateusza, złożony na pół, żeby zmieścił się razem z kartką notarialną. Zasunęłam szufladę komody powoli, tak żeby nie stuknęła i nie obudziła córki. Zosia poruszyła się przez sen, ściągnęła brwi w jedną kreskę, dokładnie tak samo jak on, kiedy liczył w głowie resztę dla klienta, i zaraz się rozprostowała.











