Stała przy poręczy z rękami skrzyżowanymi na piersi i patrzyła, jakbym ją właśnie uderzyła. Bez słowa. Usiadłyśmy do jej srebrnej mazdy i jechałyśmy przez pół Krakowa w milczeniu tak gęstym, iż słyszałam tylko, jak jej paznokcie stukają o kierownicę. Dopiero przy moim bloku na Bronowicach odezwała się:
— Mamo, ty naprawdę nie rozumiesz, co robisz. Ale się jeszcze przekonasz.
Wysiadłam. Drzwi trzasnęły, samochód odjechał. Stałam z torebką przyciśniętą do siebie i liczyłam: siedemdziesiąt cztery lata. Czterdzieści dziewięć lat małżeństwa ze Stanisławem, z czego ostatnie cztery sama, bo Stanisław odeszedł w marcu dwa tysiące dwudziestego drugiego. A teraz muszę zdawać sprawę własnej córce, komu zostawiam mieszkanie na Kwiatowej, komodę po babci i domek letniskowy w Zabierzowie.
Nazywam się Krystyna Wardzała. U notariusza byłam pół godziny wcześniej — aktualizowałam testament. Marta, moja córka, przerywała mi po każdym zdaniu: "mama się myli, mama nie pamięta dat". Notariusz, młody, w okularach w cienkiej oprawce, odłożył wtedy pióro i powiedział spokojnym, urzędowym tonem: "Klientką jest pani matka. Proszę wyjść na korytarz". Dyktowałam bez podsuwania, punkt po punkcie. Na odchodne podał mi rękę: "Rzadko widzę tak uporządkowane dyspozycje, proszę pani".
Ale ta historia nie zaczęła się w kancelarii notarialnej. Zaczęła się w styczniu, przy szarlotce z rabarbaru z zamrażarki — bo świeżego w tym czasie nie ma, a ja lubię, żeby w domu pachniało wiosną choćby w środku zimy. Akurat piekłam, kiedy zadzwonił Tomasz, mój syn. Mieszka we Wrocławiu, pracuje jako technik w fabryce. Dzwoni regularnie, we wtorki i w niedziele, krótko, po męsku. "Mamo, jak zdrowie? Byłaś na badaniach?"
Tamtego dnia nie pytał o badania.
— Mamo, dzwoniła do mnie Marta. Mówi, iż chce z tobą pogadać o mieszkaniu.
— O moim mieszkaniu?
— No. Mówi, iż za duże dla ciebie samej. Może sprzedać, a ty przeprowadziłabyś się do niej, do pokoju po Kacprze, odkąd wyjechał na studia do Wrocławia.
Odłożyłam telefon na blat, obok miski, gdzie pod ściereczką w groszki wyrastało ciasto. Trzy pokoje, kuchnia, balkon z widokiem na kasztanowiec pod oknem. Stanisław malował te ściany własnoręcznie, trzykrotnie — bo raz wybrałam zbyt jasny beż, raz zbyt ciemną zieleń, a trzeci raz powiedział: "Krysiu, teraz jest idealnie, więcej nie maluję, choćbyś płakała". Ja miałabym się stąd wyprowadzić? Do pokoju po wnuku, w domu Marty, gdzie jej mąż Rafał ogląda mecze Wisły do pierwszej w nocy, a kolację jedzą wtedy, kiedy Marcie wygodnie?
— Tomek — powiedziałam, nie podnosząc głosu — nikt nie sprzedaje mojego mieszkania. Żyję, mieszkanie jest moje, będę w nim, póki sama sobie otworzę drzwi.
— Wiem, mamo. Mówię tylko, żebyś wiedziała.
Wiedziałam. adekwatnie zaczęłam się domyślać. Marta zmieniła się po pogrzebie Stanisława. Nie umiem powiedzieć dokładnie, kiedy — może jeszcze na stypie, kiedy szeptała z Rafałem w kuchni, a ja wyszłam po termos z herbatą i oboje umilkli. Może tydzień później, kiedy spytała, czy tata zostawił "jakieś papiery, polisy". Może na Wigilii dwa tysiące dwudziestego trzeciego — pierwszej bez mnie przy stole, bo wtedy wyjechałam do siostry — kiedy przez telefon powiedziała, iż "mama musi pomyśleć o przyszłości, bo samej w tym mieszkaniu jest już niebezpiecznie".
Marta zawsze była praktyczna. Jako dziewczynka liczyła grosze w słoiku po ogórkach, zapisywała w zeszycie w kratkę, kto jej ile jest winien za pożyczone kredki. Skończyła rachunkowość, pracuje w dziale finansowym dużej firmy transportowej, ma reputację rzetelnej. Nie powiem, iż jest złym człowiekiem. Ale gdzieś po drodze zaczęła traktować ludzi jak wiersze w tabeli. A ja byłam wierszem niewygodnym. Stara matka, sama, w trzypokojowym mieszkaniu, z rentą po mężu — konduktorze PKP — i oszczędnościami, o których Marta wiedziała tyle, ile jej powiedziałam. Czyli niewiele.
W lutym przyjechała z teczką. Dosłownie — czarna teczka z wydrukami. Domy opieki dla seniorów, prywatne, z cenami w złotych, jeden w Skawinie, drugi pod Krakowem, w Zielonkach. "Mamo, nie mówię, iż teraz. Ale popatrz, jakie są opcje. A mieszkanie można by wynajmować, żeby pokryć koszty pobytu".
Przejrzałam te papiery, odłożyłam na stół nakryty obrusem w kratkę i spytałam bez owijania w bawełnę:
— Marta, powiedz wprost — chcesz mnie odstawić do domu starców?
Zarumieniła się, powiedziała, iż to nieprawda, iż "dba o przyszłość". Wtedy jeszcze wierzyłam, iż to strach o mnie, niezgrabnie przebrany w liczby. Myliłam się.
Bo w marcu, gdy byłam u siostry w Tarnowie trzy tygodnie, sąsiadka z dołu, pani Zofia, zadzwoniła: "Krysiu, był u ciebie ktoś. Widziałam Martę z jakimś mężczyzną, mieli teczkę, coś mierzyli miarką w salonie". Wróciłam wcześniej, bez uprzedzenia. Na kuchennym stole leżała wizytówka agenta nieruchomości. Wycena mieszkania — na kartce, jej pismem, dopisane w kącie: "do sprzedaży po uzyskaniu zgody sądu (ubezwłasnowolnienie?)".
Trzymałam tę kartkę długo. Nie płakałam. Poszłam do lekarza rodzinnego, poprosiłam o pełne badania i zaświadczenie o stanie zdrowia psychicznego — na wszelki wypadek, żeby mieć czarno na białym, iż rozumiem, co podpisuję. Potem zapisałam się do notariusza.
I tak znowu znalazłyśmy się na chodniku przed kancelarią, gdzie Marta stała z rękami skrzyżowanymi na piersi. Po tej ciszy w samochodzie nie dzwoniła dwa tygodnie. Odezwała się tylko wtedy, gdy Tomasz — po tym, jak opowiedziałam mu o wycenie i wizytówce agenta — sam do niej zadzwonił i powiedział rzeczy, których ja nigdy bym tak ostro nie powiedziała.
Spotkałyśmy się na Rynku, przy stoliku kawiarni z widokiem na kościół Mariacki. Zamówiła kawę i choćby jej nie dotknęła.
— Chciałam cię zabezpieczyć — powiedziała.
— Siebie chciałaś zabezpieczyć przed tym, iż coś mi się stanie, zanim to mieszkanie będzie twoje — odpowiedziałam. — Widziałam tę kartkę, Marta. Widziałam słowo "ubezwłasnowolnienie", napisane twoją ręką.
Milczała długo. Za oknem przejechał tramwaj, na przejściu zadzwoniła sygnalizacja dla pieszych.
— Bałam się, iż jeżeli nagle umrzesz, zostanę z niczym, bo Tomek zawsze był twoim ulubieńcem — powiedziała w końcu, cicho, ale bez emocji, rzeczowo, jakby zamykała bilans.
To zdanie wyjaśniło mi więcej niż ta teczka z cenami.
Nie krzyczałam. Powiedziałam tylko, iż w testamencie, który dyktowałam bez podsuwania, mieszkanie na Kwiatowej rozpisałam w równych częściach — Tomkowi i Marcie, po połowie, tak jak zawsze planowałam. A domek letniskowy w Zabierzowie, ten z altaną, którą Stanisław budował trzy lata, i konto oszczędnościowe z czterdziestoma dwoma tysiącami złotych zapisałam fundacji hospicyjnej, tej, która opiekowała się Stanisławem ostatnie osiem miesięcy jego choroby.
— To niesprawiedliwe — powiedziała Marta.
— To jest sprawiedliwe w takiej samej mierze, w jakiej sprawiedliwa była wizytówka agenta na moim kuchennym stole.
Wstałam, zostawiłam na stoliku dwadzieścia złotych za obie kawy i wyszłam, nie czekając na odpowiedź. Żadnymi drzwiami nie trzasnęłam — po prostu wyszłam w słońce, przeszłam obok kościoła i doszłam pieszo do przystanku, bo dzień był piękny, a czasu miałam dość.
W domu, w szufladzie komody po babci, leży teraz teczka z kopią testamentu, zaświadczeniem lekarskim i tą wizytówką agenta, którą zachowałam jako dowód. Marta dzwoni raz w miesiącu, krótko, formalnie. Nie proszę jej o więcej. Nie potrzebuję tego. Klucze od mieszkania mam przy sobie, testament leży u notariusza, a szarlotkę z rabarbaru piekę teraz częściej — bo w końcu nie mam już komu niczego wyjaśniać przy własnym stole.
















