Ostatni promień słońca

polregion.pl 6 dni temu

OSTATNI PROMIEŃ

Na kierowniczkę oddziału internistycznego zwracał uwagę każdy: mężczyźni patrzyli z wyraźnym zainteresowaniem, kobiety z nieukrywaną zazdrością. Smukłej, ciemnookiej Zofii Stanisławownie Bereszyńskiej biały fartuch wyjątkowo pasował. Włosy zawsze miała upięte w elegancki kok, a mocno wykrochmalona czepka na głowie dodawała jej wzrostu i dystynkcji. Albo obcasy w jej butach były jak należy, albo jej chód taki miękki i cichy, iż stukot butów nigdy nikogo nie drażnił. Na oko miała czterdzieści pięć lat, ale nikt w szpitalu nie wiedział, ile naprawdę liczyła sobie wiosen. Oszczędna w słowach i bezkompromisowa Zofia budziła respekt zarówno wśród pacjentów, jak i podwładnych.

Co rusz jakiś pan, czy to z personelu, czy pacjent, próbował jej zaimponować, zapraszał na kawę, kusił czekoladkami i kwiatami. Jednak jedno jej chłodne spojrzenie i śmiałek natychmiast milkł, zamierając jak posąg. O niej krążyły liczne plotki. Niby to przeżyła wielką zawiedzioną miłość; podobno mąż zginął gdzieś w Kaukazie, albo podczas połowu na Bałtyku. Albo iż dziecko straciła… Tyle, iż nikt nie potrafił oddzielić prawdy od złośliwych wymysłów.

Jedyne, co było powszechnie wiadome mieszkała sama. Nikogo nie dopuszczała zbyt blisko, z nikim się nie przyjaźniła. Przy tym trudno było nazwać ją złą czy jędzowatą.

W młodości szaleńczo zakochała się w przystojnym studencie Andrzeju Bereszyńskim. Nie mogła bez niego oddychać, żyła tylko dla niego. Jednak Andrzeja, chadzającego z kwiatka na kwiatek, gwałtownie zaczęła nużyć jej cicha, oddana miłość. Odszedł wybierając inną. Od tego czasu Zofia zamknęła serce na cztery spusty. Może wciąż kochała tamtego Andrzeja, a może po prostu obawiała się jeszcze jednej zdrady?

Zatrzymała się przy dyżurce pielęgniarek.

Weronika, podaj mi proszę kartę Zawadzkiego z piątki. Muszę przygotować wypis na jutro. Przygarnąwszy kartę do piersi, wróciła do swego gabinetu.

No cóż, mężczyzna wraca do zdrowia. Teraz wszystko zależy tylko od jego woli, od sił organizmu i od tego, czy będziemy musieli się tu znów spotkać, myślała, drukując kolejne rubryki wypisu: badania, wykonane zalecenia, wyniki laboratoryjne…

Zostało jej pół godziny pracy.

Zofia zamknęła komputer, przekręciła klucz w drzwiach i… zamarła. Na końcu korytarza kobieta szeptała do telefonu, oparłszy się o okno. Zosia mimowolnie wyłapała strzępy rozmowy.

Nie, nie zmarł. Jeszcze żyje, i to jak! Nie złość się. Powiedziałam mu… Wiesz przecież, on się domyślał. Dobra, porozmawiamy wieczorem kobieta schowała telefon i ruszyła w stronę schodów, nie rozglądając się wkoło.

Zofia weszła do piątki. zwykle przy pustych łóżkach wspomniałaby coś o szkodliwości palenia, ale tym razem zauważyła jedynie sylwetkę mężczyzny, który siedział do okna.

Panie Janie, jutro… zaczęła, ale gdy tylko odwrócił się do niej twarzą, pełną bólu, urwała.

Co się stało? Zofia przysiadła na brzegu łóżka, żeby nie górować nad nim. Coś boli? Źle się pan czuje?

A może mogłaby mnie pani nie wypisywać? Ja… Nie mam dokąd… z trudem wyszeptał, szarpiąc się z własnymi emocjami.

Miejsce już zajęte. Żona przyprowadziła innego. Finita la komedia powiedziała. Powiedziała, iż od dzisiaj jest dla kogoś innego i to na zawsze. Z Janka za przeproszeniem pozbyli się kopniakiem wtrącił starowinek z kąta.

To prawda? cicho zapytała Zofia.

To o nim rozmawiała tamta przy oknie. Liczyła, iż mąż umrze, a nie doczekawszy się, po prostu ogłosiła, iż zwolniła miejsce jeszcze gdy leżał w szpitalu, domyśliła się Zofia.

Jan Zawadzki, mężczyzna po pięćdziesiątce, z krótkimi szpakowatymi włosami i smutnymi oczami, patrzył w okno, zagryzając wargi.

Zofia spojrzała również za okno. Panował koniec kwietnia. Na gołych gałęziach szpitalnego parku pęczniały pąki, gotowe wystrzelić w świeżą zieleń. Ale surowe niebo obiecywało śnieżne płatki; słońca nie było dziś ani przez chwilę.

Zupełnie nie ma pan gdzie pójść? Przyjaciele? Dzieci? zapytała z troską.

Dzieci mają swoje życia. Na dzień, góra dwa mógłbym się zatrzymać, ale potem? W moim wieku snuć się po cudzych kątach to wstyd. Wiedziałem, iż żona ma innego… Myślałem, iż przejdzie jej…

Panie Janie, kilka dni pobytu więcej nic pan nie zmieni, a łóżko potrzebne jest innym Zofia zawahała się. Wie pan co? Mam dom na wsi, osiemdziesiąt kilometrów od Wrocławia. Droga dobra, dom solidny ale dawno nikt w nim nie mieszkał. Będzie trzeba zakasać rękawy i trochę popracować. Jutro rano przyniosę klucze, powiem jak dojechać wstała i zdecydowanym krokiem wyszła na korytarz.

No nie wierzę! jęknął sąsiad z kąta. Surowa, a jednak… człowiek prawdziwy. choćby nie próbuj odmawiać, Janek. Ta twoja była kotka nie jest warta choćby jej paznokcia.

Czeremcha już przekwitła i wiatr przyniósł w końcu ciepłe, słoneczne dni. W niedzielę rano Zofia wsiadła do swojej „Toyoty” i ruszyła odwiedzić podopiecznego.

Miło ją zaskoczył widok odnowionego domu. Okiennice pomalowane żywym błękitem, dach naprawiony, na ganku nowy stopień. Wjechała na podwórko, wyłączyła silnik. Na ganek wyszedł Jan Zawadzki w podkoszulku i dżinsach, boso. Nie zostało w nim już śladu tamtego bladego, zgaszonego człowieka. Szerokie ramiona, opalone policzki, silne dłonie. Wyglądał na wypoczętego i pogodnego.

Dzień dobry, przyjechałam zobaczyć, jak się pan trzyma. Nie dokucza tu panu nikt? Zofia przytuliła się do drzwi auta.

Komu by miało? Trzy staruszki ucieszyły się, iż ktoś nowy w wiosce. Letnicy mają swoje sprawy odparł Jan, jeszcze zaskoczony jej nagłą obecnością.

Widzę, iż wiejskie powietrze dobrze na pana działa. A praca? nie ruszała się sprzed auta, a on chyba nie wiedział, czy ma ją zaprosić do środka.

Moja praca… To były żarty. Po wojsku okazało się, iż tylko potrafię ustawiać ludzi na placu. Byłem ochroniarzem. Nie ma czego żałować. Emeryturka dobra.

No to pokaż, jak się pan urządził w końcu zatrzasnęła drzwi i podeszła na ganek.

Ale ze mnie głupiec Jan uderzył się dłonią w czoło z rozbawieniem. Z wrażenia zapomniałem o gościnności, przepraszam. Wszedł pierwszy, szeroko otwierając drzwi przed Zofią.

Zatrzymała się w progu. Na czystej podłodze leżały utkane przez babcię chodniczki, słońce bawiło się cieniami na nich przez tiul. Na parapecie doniczki z pelargonią. Stare zegary tykały przytulnie.

To od pani Walerii, tej z końca wsi. Z nimi przytulniej, nieprawdaż? tłumaczył się Jan, widząc jej spojrzenie.

A czym tu tak pachnie? Zofia rozejrzała się po kuchni.

Kapuśniak gotowałem w piecu, i ziemniaki. Pani się poczęstuje? ożywił się Jan, bo po raz pierwszy ujrzał uśmiech na twarzy Zofii. Na początku nie umiałem choćby gotować. W życiu na wsi nie mieszkałem. Sąsiadki pomogły. Raz surowe, raz spalone na węgiel śmiał się już zza pieca.

Zofii chciało się przeciągnąć i wsłuchać w domową ciszę, jak za dawnych lat u babci. Nie była tu od śmierci mamy. Nie potrafiła. Ani sprzedać tego miejsca razem ze wspomnieniami. Dom przeszedł na nią po dziadkach, później mama na lato go odziedziczyła, jesienią wracając do miasta. Teraz nie ma już nikogo.

Przypomniało się jej, jak do samochodu pakowały słoiki z ogórkami, powidła, grzyby… a potem całą zimę, po kawałku, zjadały lato. Mama… jak to dawno było.

Pani Zofio, jak długo mogę się tu… zadomawiać? przerwał jej myśli głos Jana. Niech pani śmiało powie.

Mieszkać może pan, ile pan chce. Ja tu nie byłam od prawie dziesięciu lat. Nie mogłam. Ale przyjadę jeszcze, jeżeli pan nie będzie miał nic przeciwko. Jest tu ciepło i swojsko, jak dawniej. Nie nadaję się do prowadzenia domu i nie chcę. pochyliła wzrok, a Jan mądrze zamilkł.

Proszę, przywiozłam panu zakupy. Zupełnie zapomniałam! Zofia wybiegła.

Jan mógł wreszcie odetchnąć. Pierwszy raz widział ją bez fartucha i czepka. Zwiewna sukienka sprawiała, iż wydawała się młodsza. Kilka pasm wymknęło się z upięcia. Teraz była jakaś bliższa, bardziej prawdziwa. Spojrzał na swoje dłonie, poranione od pracy, i nagle poczuł ciężar lat.

Wyjechała dopiero, gdy zapadł zmrok. W chacie jeszcze długo trzymał się zapach jej perfum. Cokolwiek Jan brał do rąk, pachniało Zofią. Serce dawno tak mu nie przyspieszyło. I gdyby nie zdrada żony, nigdy by jej nie poznał. Był jej trochę wdzięczny. Noc spędził niespokojnie, walcząc z własną wyobraźnią.

Zofia znów przyjechała po dwóch miesiącach. Przywiozła zakupy, nową wędkę. On postawił z powrotem płot, z dumą opowiadał, iż choćby z drugiej wsi przychodzą do niego staruszki z prośbami o pomoc przy domu, odwdzięczają się mlekiem, śmietaną, jajkami…

Dom wyglądał na zadomowiony, dumnie rozparł się w słońcu ze swoimi odmalowanymi okiennicami. Teraz miał gospodarza, nie odstawał od innych.

Zimą będę pani częstował kiszonymi ogórkami chwalił się Jan, a Zofia ze wzruszeniem patrzyła, jaki wysportowany się zrobił, zniknął brzuch. Czuła zawstydzenie pod jego spojrzeniem.

Słońce chyliło się ku linii boru, kąpiąc świat w pomarańczowym blasku.

Zaraz wrócę Jan wybiegł z izby.

Zofia obeszła dom. Były w nim cudze rzeczy, nowe zapachy. Nie wracał długo. Wyszła na ganek, przeszła za dom, i ujrzała go siedzącego na ziemi, opartym o płot.

Janek! podbiegła, padając na kolana.

Zmierzyła puls, pobiegła do auta po apteczkę, po drodze zawróciła po szklankę wody. Biegała, a spódnica kręciła się wokół nóg. Gdybym mogła zrobić zastrzyk, pomyślała, wracała, wcisnęła mu tabletkę, podała wodę.

Po piętnastu minutach pomogła mu wstać i usadziła na łóżku.

Przegrzałem się na słońcu… Chciałem pani dać ogórków… Zostań… wyszeptał, przechodząc cicho na ty.

Zofia stała, niepewna. Janek oparł głowę o jej brzuch, westchnął głęboko.

Szczęście jest takie czekasz, wołasz, tropisz… Przyzwyczajasz się do samotności. Myślisz, iż już nigdy nie nadejdzie. A czasem los po prostu pozwala drogom się przeciąć. I wtedy wszystko się zmienia.

A miłość? Bywa różna. W młodości szalona, egoistyczna. Z czasem staje się spokojna, cicha jak ostatni promień zachodzącego słońca…

Idź do oryginalnego materiału