Renata Kowalik miała sześćdziesiąt trzy lata i zeszyt w kratkę, w którym co wieczór zapisywała wydatki. Trzy złote dwadzieścia za bilet autobusowy, dwanaście złotych za bułki, czterdzieści za wizytę u fryzjerki. Mieszkała sama na Ursynowie, w bloku z wielkiej płyty, na czwartym piętrze bez windy, i tego wieczoru, gdy wszystko się zaczęło, akurat gotowała rosół — bo we wtorki zawsze gotowała rosół, taki zwyczaj zostawiła jej matka.
Telefon zadzwonił o dziewiętnastej trzydzieści. Dzwoniła córka, Kasia, z Krakowa.
— Mamo, widziałaś zdjęcia z wesela Doroty?
Dorota to była córka sąsiadki z parteru, pani Basi, z którą Renata piła kawę co drugi dzień od piętnastu lat. Wesele odbyło się w sobotę w pałacyku pod Wieliczką — Renata wiedziała, bo Basia opowiadała o tym przez trzy tygodnie, o sukni za jedenaście tysięcy, o orkiestrze sprowadzonej aż z Poznania.
— Nie widziałam, nie mam Facebooka, wiesz przecież.
— To dobrze, iż nie masz. — Kasia zawiesiła głos. — Bo tam jest zdjęcie całej rodziny przy stole prezydialnym. I ciebie na nim nie ma, mamo. Basia cię nie zaprosiła.
Renata odłożyła łyżkę na brzeg garnka. Popłynęła para, zapach kopru i marchewki wypełnił kuchnię, ale ona już go nie czuła.
— To pewnie pomyłka. Może po prostu zapomniała mi powiedzieć dokładny termin.
— Mamo. Ja widziałam listę gości, którą Ania wrzuciła w komentarzu. Nie ma cię tam. W ogóle.
Renata nic nie odpowiedziała. Wyłączyła gaz pod garnkiem, chociaż rosół jeszcze się nie gotował, i usiadła przy stole, na którym leżała nietknięta od rana gazeta.
Przez dwa dni nie wychodziła z mieszkania. Nie dlatego, iż była chora — po prostu nie chciała spotkać Basi na klatce, przy skrzynkach na listy, tam gdzie zwykle się mijały i gadały po dziesięć minut o niczym. W środę rano usłyszała jednak znajome pukanie — trzy razy, potem cisza, potem jeszcze raz. Basia.
Otworzyła drzwi tylko na łańcuchu.
— Renatko, co się dzieje? Dzwonię, nie odbierasz.
— Wszystko dobrze, tylko trochę zajęta.
— Przyniosłam ci ciasto z wesela, zostało mnóstwo, myślałam, że…
— Nie trzeba, Baśka, dziękuję.
Zamknęła drzwi. Przez wizjer widziała, jak sąsiadka stoi jeszcze chwilę z pudełkiem w rękach, a potem odchodzi w stronę schodów.
Tego samego dnia zadzwoniła jeszcze raz Kasia, tym razem z propozycją.
— Mamo, przyjedź do nas na weekend. Wywietrzysz głowę, pobawisz się z Antosiem, nie będziesz siedziała sama w tej kuchni i myślała o zdjęciu.
— Nie chodzi o zdjęcie, Kasiu.
— A o co?
Renata długo milczała, zanim odpowiedziała.
— O to, iż piętnaście lat gotowałam jej rosół, kiedy chorowała po operacji kolana. Że pilnowałam Doroty, kiedy była mała, a Basia pracowała na dwie zmiany w szpitalu. A ona choćby nie zadzwoniła, żeby powiedzieć, iż mnie nie ma na liście. Po prostu mnie wykreśliła. Jakbym nigdy nie istniała.
Do Krakowa nie pojechała — zamiast tego, w czwartek, poszła do notariusza przy ulicy Puławskiej, tego samego, u którego dziesięć lat wcześniej spisywała testament po śmierci męża. W testamencie tym, jeszcze z dwa tysiące szesnastego roku, Renata zapisała Basi — jako najbliższej sąsiadce i przyjaciółce — swój stary telewizor Grundig, komplet porcelany po babci oraz osiemdziesiąt tysięcy złotych z lokaty, którą razem z mężem odkładali latami na tak zwaną czarną godzinę.
— Chcę zmienić testament — powiedziała notariuszowi, siadając na twardym krześle po drugiej stronie biurka. — Chcę wykreślić panią Barbarę Nowicką ze wszystkich zapisów.
Notariusz, mężczyzna po pięćdziesiątce z okularami na czubku nosa, spojrzał znad dokumentów.
— Rozumiem. A komu w takim razie mam zapisać tę kwotę oraz przedmioty?
Renata otworzyła torebkę i wyjęła zeszyt w kratkę — ten sam, w którym zapisywała wydatki. Na ostatniej stronie miała już przygotowaną listę: hospicjum na Służewcu, gdzie umierał jej mąż i gdzie personel traktował go jak człowieka, a nie numer łóżka. Reszta — dla Kasi i dla Antosia, na studia.
— Dla hospicjum. I dla wnuka.
Podpisała dokument o czternastej dwadzieścia. Notariusz pieczętował go powoli, jedna pieczątka, potem druga, a Renata patrzyła przez okno na ulicę, gdzie akurat przejeżdżał tramwaj linii dziewiętnaście — ten sam, którym jeździła do pracy przez trzydzieści dwa lata, zanim przeszła na emeryturę.
Basia dowiedziała się o wszystkim dopiero pół roku później, kiedy Renata trafiła do szpitala z zapaleniem płuc i musiała podpisać w recepcji, kto ma dostęp do jej dokumentacji medycznej. Wpisała tam Kasię. Basia, która przyszła odwiedzić ją z winogronami, usłyszała od pielęgniarki, iż nie jest osobą upoważnioną, i musiała zostawić torbę z owocami na stoliku przy dyżurce.
Zadzwoniła tego samego wieczoru.
— Renatko, dlaczego mnie nie wpuścili? Co się między nami stało, powiedz mi wprost, bo ja naprawdę nie rozumiem.
— A ty pomyśl, Baśka, kogo zapraszasz na wesela, a kogo zapominasz zaprosić.
Po drugiej stronie zapadła cisza tak długa, iż Renata pomyślała, iż połączenie się urwało.
— To było przez to zdjęcie? Renatko, tam po prostu zabrakło miejsca przy stole, to nie było nic osobistego, ja nie…
— Właśnie iż osobiste. Bo gdyby nie było, tobyś zadzwoniła i powiedziała mi to sama, zamiast żebym się dowiedziała od własnej córki, iż mnie skreśliłaś.
Renata odłożyła telefon na kołdrę i spojrzała na kroplówkę kapiącą powoli do żyły. Za oknem szpitalnym palił się neon apteki po drugiej stronie ulicy — czerwony krzyż migał w rytm, który znała już na pamięć z poprzednich nocy. Nie czuła ulgi ani triumfu. Czuła tylko, iż wreszcie oddycha pełną piersią, tak jak nie oddychała od tamtego wtorkowego wieczoru z rosołem na gazie.
Basia jeszcze trzy razy próbowała zadzwonić w ciągu tego tygodnia. Renata nie odebrała żadnego z tych połączeń. Zamiast tego, kiedy wyszła ze szpitala, zamówiła sobie nowy zestaw filiżanek — sześć sztuk, w drobne fiołki, taki, jaki zawsze chciała mieć, a nigdy nie kupiła, bo przecież stary komplet po babci wystarczał. Postawiła je na najwyższej półce, tam gdzie widać je od razu po wejściu do kuchni, i codziennie rano piła z jednej z nich kawę, siedząc przy stole, na który już nikt jej nie zapraszał — bo sama zapraszała, kogo chciała.











