Nazywam się Marta, mam trzydzieści osiem lat i jestem nauczycielką angielskiego w liceum przy ulicy Głogowskiej w Poznaniu. Wychowuję sama dziesięcioletniego Kubę, bo z jego ojcem rozwiodłam się trzy lata temu. Może dlatego, kiedy mama w środę powiedziała mi przez telefon, iż wyniki biopsji „będą może w przyszłym tygodniu", coś we mnie się nie zgadzało. Znam ten ton. Tak mówiła, kiedy miałam czternaście lat i zataiła przede mną, iż babcia jest w szpitalu, żebym się nie stresowała przed sprawdzianem z fizyki.
W sobotę byłam u niej, jak zawsze, z siatką z Biedronki – jogurty naturalne, które lubi, i ciastka owsiane, które podobno nie lubi, ale zawsze zjada do ostatniego. Piła kawę, ja zmywałam, i wtedy zobaczyłam jej torebkę otwartą na krześle w przedpokoju, a w niej brzeg dowodu osobistego wystający z portfela jak zaproszenie. Nie planowałam tego. Ale wzięłam. Schowałam do kieszeni kurtki i przez cały czwartek nosiłam ten dowód jak kamień, aż w końcu po lekcjach pojechałam do przychodni na Świt, wypisałam upoważnienie, podałam się za osobę działającą w jej imieniu i odebrałam kopertę.
W samochodzie, na parkingu, siedziałam z tą kopertą dwadzieścia minut i nie mogłam jej otworzyć. W końcu otworzyłam. Przeczytałam. Wynik był zły – nie najgorszy z możliwych, ale zły na tyle, iż ręce mi drżały, kiedy składałam kartkę z powrotem. Powinnam była wtedy zadzwonić. Zamiast tego pojechałam po Kubę na trening piłki nożnej, ugotowałam obiad, odrobiłam z nim lekcje z przyrody i dopiero wieczorem, kiedy syn już spał, usiadłam z tą kopertą na kolanach i próbowałam wymyślić, jak jej to powiedzieć, żeby nie zwariowała ze strachu.
W piątek rano zadzwonił telefon. Odebrałam po pierwszym sygnale, bo czekałam. Nie na to, iż zadzwoni z pytaniem, tylko na to, iż w końcu będę mogła to z siebie wyrzucić.
– Marta. – Głos mamy był płaski, jakby mówiła przez rurkę. – Byłaś w przychodni.
– Mamo, posłuchaj…
– Miałaś mój dowód.
– Wzięłam, bo się bałam, iż znowu będziesz zwlekać. Że wynik przyjdzie, a ty go schowasz do szuflady na tydzień, tak jak schowałaś USG, zanim mi w ogóle powiedziałaś, iż coś jest nie tak.
– To był mój dowód. Moje wyniki. Moje ciało, Marto.
Milczałam. Bo to była prawda i nie miałam na to odpowiedzi, która by nie zabrzmiała jak wymówka.
– Wiem, co jest w tej kopercie – powiedziała w końcu mama, cicho, jakby mówiła do siebie. – Powiedz mi teraz. Przez telefon. Skoro już to zrobiłaś, to dokończ.
I powiedziałam. Nowotwór złośliwy, drugi stopień, węzły chłonne prawdopodobnie czyste, ale trzeba dalszej diagnostyki. Usłyszałam, jak po drugiej stronie coś stuknęło – chyba filiżanka o blat – i długą ciszę.
– Przyjadę – powiedziałam.
– Nie przyjeżdżaj.
Ale przyjechałam. Pół godziny później stałam pod jej drzwiami na Piątkowie z kluczem, którego tego dnia bałam się użyć pierwszy raz w życiu. Zadzwoniłam dzwonkiem zamiast otworzyć sama. Otworzyła w szlafroku, z twarzą spuchniętą od płaczu, którego się przede mną nigdy nie wstydziła aż tak bardzo.
– Wejdź – powiedziała. – I oddaj mi dowód.
Weszłam. Dowód leżał już na stoliku w przedpokoju, wyjęty z mojej kurtki, zanim jeszcze zdjęłam buty – musiała przeszukać kieszeń, gdy tylko otworzyła drzwi. Położyłam go przy jej kluczach.
– Mamo, ja wiem, iż przekroczyłam granicę. Ale nie mogłam już czekać, aż ty zdecydujesz się cokolwiek zrobić. Tata by wiedział, jak z tobą rozmawiać. Ja nie wiem. Ja tylko wiem, iż jak się boję, to działam, zamiast pytać.
Usiadła przy stole, tym samym, przy którym całe dzieciństwo odrabiałam lekcje pod jej nadzorem, z linijką sprawdzającą marginesy. Wyjęła z szuflady – tej samej, gdzie trzyma dowód osobno, kartę NFZ osobno – teczkę z dokumentami po tacie. Otworzyła ją i wyciągnęła kartkę: pełnomocnictwo notarialne sprzed dwóch lat, które dawało mi prawo załatwiania w jej imieniu spraw urzędowych i medycznych, na wypadek gdyby kiedyś nie mogła sama. Nigdy mi o nim nie powiedziała.
– Miałam ci to dać, jak przyjdzie czas – powiedziała. – Nie teraz. Nie tak, żebyś je sobie wzięła sama, bez pytania.
Podarła je na moich oczach, powoli, na cztery kawałki, i położyła strzępy na stole między nami jak dowód rzeczowy.
– Napiszemy nowe. U notariusza, razem, kiedy ja zdecyduję, iż jestem gotowa. Nie kiedy ty zdecydujesz za mnie, iż jesteś gotowa mnie ratować.
Trzy dni później pojechałyśmy razem do onkologa – ja prowadziłam samochód, ona siedziała obok z teczką dokumentów na kolanach, którą sama spakowała, sama posegregowała, sama podała lekarzowi. Umówiła operację na osiemnasty listopada. Kosztorys prywatnej rekonstrukcji po mastektomii, którą zdecydowała się dołożyć z własnej emerytury i oszczędności, wyniósł osiemdziesiąt tysięcy złotych – te pieniądze leżały na koncie od śmierci taty, odłożone „na czarną godzinę", a ona sama, bez pytania mnie o zdanie, zdecydowała, iż czarna godzina właśnie nadeszła i iż to jej prawo, jak je wydać.
W poczekalni u chirurga, tydzień przed zabiegiem, mama wyjęła z torebki nowy komplet kluczy do mieszkania i podała mi jeden egzemplarz.
– Weźmiesz Kubę na te dwa dni, jak będę w szpitalu. I przyjedziesz w niedzielę odebrać mnie z oddziału. Ale dowodu więcej mi z torebki nie wyjmujesz. choćby jak będę spać.
Wzięłam klucz. Nic nie powiedziałam, bo wiedziałam, iż to nie jest pytanie, tylko warunek – i iż po raz pierwszy od śmierci taty to ona sama, a nie ja za nią, zdecydowała, co się dzieje z jej ciałem, jej pieniędzmi i jej dokumentami.











