Osiem lat drobiazgów
Telefon zadzwonił o wpół do ósmej rano, gdy Anna stała przy kuchence, obserwując, jak woda zaczyna wrzeć w małym rondelku. Stara, gazowa kuchenka z żeliwnymi rusztami, pokrytymi cudzym tłuszczem, którego nie dało się doczyścić do końca. Każdego ranka ten tłuszcz przypominał jej, iż to mieszkanie nie jest jej własne, iż żyli tu wcześniej inni ludzie, z własnymi przyzwyczajeniami, swoim barszczem i swoim życiem.
Spojrzała na ekran telefonu. Zosia.
Anna odebrała.
Znowu nie odpisałaś na jego wiadomość powiedziała córka zamiast dzień dobry.
Dzień dobry, Zosiu.
Mamo, mówię poważnie. Pisał do mnie wczoraj wieczorem, twierdzi, iż go ignorujesz.
Woda już się gotowała. Anna wyłączyła gaz i wrzuciła do rondelka torebkę herbaty. Tania, gruzińska, w papierowych torebkach, czterdzieści sztuk za niecałe dziesięć złotych. Kiedyś piła tylko liściastą cejlońską, którą Michał zamawiał w jednym sklepie na Nowym Świecie.
Niech tak mówi odparła Anna.
Mamo, rozumiesz, co robisz? Mieszkasz w jakiejś norze na Pradze, masz tam pewnie karaluchy, jesteś sama, za parę lat sześćdziesiątka
Mam pięćdziesiąt osiem.
To prawie sześćdziesiąt! Odeszłaś od porządnego człowieka, zrezygnowałaś z mieszkania w centrum, ze stabilnego życia. Po co?
Anna spojrzała przez okno. Za szybą było szare, listopadowe niebo, bezlistna topola i kawałek sąsiedniego bloku z żółtą, odpadającą farbą. Z dołu przemknął tramwaj. Tory tu stare, tramwaj huczał tak, iż przez pierwsze dwie noce nie mogła spać.
Potem się przyzwyczaiła.
Zosiu, spóźnię się do pracy.
Ty nigdy nie chcesz rozmawiać poważnie!
Chcę. Ale nie teraz i nie w ten sposób. Przyjedź w sobotę, ugotuję zupę.
Do twojej nory nie przyjadę.
Nora. Czyli już i do Zosi to słowo dotarło. Pewnie od Haliny.
W porządku powiedziała spokojnie Anna. Porozmawiamy później.
Mamo
Zosiu, kocham cię. Pa.
Odłożyła telefon na stół. Wzięła rondel, przelała herbatę do szklanki z grubego szkła, którą znalazła w szafce z cudzymi garnkami. Ta szklanka była prawdziwa, PRL-owska, ciężka, z charakterystycznymi krawędziami. Takich nie widziała ze trzydzieści lat. Wypiła łyk. Herbata była gorąca, trochę gorzka, z papierowym posmakiem od torebki.
Wypiła herbatę na stojąco, patrząc na topolę za oknem.
Potem się ubrała i wyszła na ulicę.
***
Klatka pachniała wilgocią i kotami. Gdzieś na trzecim piętrze mieszkał kot, którego nigdy nie widziała, ale słyszała nocami. Windy nie było. Cztery piętra w dół, obok skrzynek pocztowych z pourywanymi drzwiczkami, obok czyichś sanek stojących w rogu od zeszłej zimy.
Na zewnątrz było może pięć stopni. Anna zapięła płaszcz i ruszyła w stronę metra. Pragi jeszcze nie zdążyła dobrze poznać: pół roku tu mieszkała, a dalej czasem myliła uliczki. Targowa, Jagiellońska, Brzeska. Te ulice były inne niż w centrum. Ciszej, szerzej, z drzewami. Ludzie szli szybko, bez spojrzeń, jak w całej Warszawie, ale tutaj nie było tego wiecznego pośpiechu, który zawsze ją irytował w Śródmieściu.
W osiedlowym sklepie kupiła kefir i pół bochenka chleba. Kasjerka, młoda dziewczyna z zielonymi cieniami, choćby nie spojrzała. Anna wyliczyła resztę, spakowała zakupy i wyszła.
W metrze było ciepło i głośno. Jechała, trzymając się poręczy, myśląc o projekcie. Wczoraj skończyli z Piotrem pierwszy blok pomiarów, dziś trzeba było zająć się stropem w piwnicy, który, sądząc po stanie, trzymał się na słowo honoru albo na jakimś budowlanym cudzie sprzed stu pięćdziesięciu lat.
Uczestniczyli w remoncie dworku na Grochowie. Niewielki, koniec XVIII wieku, główny dom, dwa skrzydła i coś w rodzaju stajni przekształconej kilka razy, do niepoznaki. Właściciele się zmieniali, PRL zrobił z tego magazyn, potem opuszczono. Budynek stał pusty ze dwadzieścia lat. W końcu znalazły się pieniądze, znalazła się grupa chcąca z tego zrobić centrum kultury. Anna była głównym architektem-konserwatorem. Piotr, jej kolega, odpowiadał za konstrukcje.
Ta praca była prawdziwa. Nie jak ostatnie lata przy Michale, kiedy brała drobne zlecenia na przebudowy mieszkań, tylko żeby nie siedzieć bezczynnie tu miała do czynienia z czymś większym, ważniejszym, pełnym historii.
***
Piotr był już na miejscu, kiedy dotarła. Stał pośrodku dużej sali na parterze w swojej nieodłącznej szarej kurtce, z miarką w ręce, patrząc w sufit.
Dzień dobry powiedziała Anna, wchodząc.
Spójrz tu pokazał na kąt, gdzie tynk odpadł wielką płachtą, odkrywając cegły. Chyba wiem, czemu tu strop opadł. Tam na górze belka pękła na całej długości. To raczej wymiana niż konserwacja.
Pękła, czy rozeszła się po słojach?
Chodź, pokażę.
Weszli na drugie piętro po schodach, które już częściowo wzmocnili, ale wciąż skrzypiały. Anna trzymała się poręczy, czując zapach starych desek, suchy, lekko słodkawy z nutą kurzu i czegoś nieopisywalnego. Zapach czasu. Zapach cudzych żyć rozpuszczonych w ścianach.
Lubiła ten zapach. Zawsze lubiła.
Piotr wskazał belkę. Anna przykucnęła, wyjęła latarkę, prześwieciła pęknięcie.
Nie rozeszła się po słojach powiedziała. Widzisz linię? To uszkodzenie mechaniczne. Coś ciężkiego tu stało.
Też myślę. Może maszyna.
Albo kilka maszyn. Tu był magazyn.
Piotr przykucnął przy niej. Oboje patrzyli na belkę. Przez okno, w którym nie było szkła, szeleścił wiatr.
Czyli wymieniamy stwierdził.
Tak. Ale zgodnie z dawną technologią. Wczoraj czytałam dokumenty z archiwum, mam szczegółową listę drewna. To była miejscowa sosna, ale porządnie sezonowana.
Teraz takiej poszukać
Znam dostawcę na Mazurach, pracowałam już z nimi przy renowacji na Woli. Zadzwonię.
Piotr skinął głową. Wstał, otrzepał kolana. Wysoki, lekko przygarbiony, zwykł słuchać z głową zwieszoną jak człowiek, który myśli o swoim świecie ale to było tylko złudzenie. Był skupiony, odpowiadał celnie, nigdy nie przerywał. Przez cztery miesiące wspólnej pracy Anna przywykła do tego i to ceniła.
Napijesz się herbaty? zaproponował. Mam w termosie.
Chętnie.
Wyszli do korytarza, gdzie Piotr zostawił torbę. Wyjął termos, dwa plastikowe kubki. Nalał.
Dziś jesteś jakaś… nie dokończył, tylko spojrzał na nią.
Jaka?
Nie wiem. Bardzo skupiona.
Anna uśmiechnęła się.
To pewnie rano dzwoniła albo córka, albo siostra.
Nie zapytał o więcej. Po prostu podał jej kubek.
Wzięła go. Herbata była normalna, nie z torebki.
***
Halina przyszła w niedzielę. Siostra zjawiła się bez uprzedzenia, zadzwoniła z dołu: Otwieraj, mam placek. Anna otworzyła.
Halina była trzy lata starsza, mieszkała z mężem Ryszardem przy Ochocie, pracowała jako księgowa w firmie budowlanej. Jej poglądy cechowała ta specyficzna stabilność, którą trudno naruszyć jakimikolwiek argumentami. Weszła do mieszkania, rozejrzała się, a na jej twarzy pojawiła się mina znana Annie od dzieciństwa mieszanina litości i triumfu.
Boże, to łazienka czy schowek?
Łazienka.
Płytki popękane.
Halina, daj spokój, masz ciasto.
Mam. Weszła do kuchni, postawiła placek, znów się rozejrzała. Aniu, wyjaśnij mi to. Zostawiłaś mieszkanie w centrum, trzy pokoje, parkiet, wysokości, człowiek zaradny. Bił cię?
Nie.
Zdradzał?
Nie wiem. Może. Już mnie to nie obchodziło.
To o co chodzi? Zwariowałaś na stare lata?
Anna postawiła talerze.
Halina, proszę cię, bez tego.
Bez czego? Ja jestem twoją siostrą! Mam milczeć? Zosia dzwoni, płacze, on dzwoni, pyta, czy wiem, co u ciebie. Dobry facet, swoją drogą.
Tak, dobry. Ale nie dla mnie. Kroisz ciasto?
Ty zawsze tak. Kroisz ciasto. Rozmawiać nie chcesz.
Rozmawiam, wszystko ci już tłumaczyłam.
Nic nie wyjaśniłaś! Źle mi było. Każdemu bywa źle. Myślisz, iż mi z Ryśkiem zawsze dobrze? Ale nie uciekam na starość do ciasnej kawalerki.
To nie kawalerka, jestem tu sama.
Sama! Halina wzniosła ręce. Pięćdziesiąt osiem lat, sama w tej dziurze, zarabiasz grosze i jeszcze twierdzisz, iż ci dobrze?
Anna popatrzyła na siostrę dużą, ciepłą, w jej nieśmiertelnym beżowym swetrze; na twarzy miała szczere niezrozumienie. Naprawdę nie rozumiała. I nie dało się na nią za to złościć.
Halinka powiedziała cicho Anna.
Samotna zginiesz, głupia podsumowała Halina.
Anna pokręciła głową: Zginę, ale na własnych warunkach.
Halina popatrzyła zdumiona.
Co ty gadasz?
Nic, żartuję. Anna zaczęła kroić placek. Z czym jest?
Z kapustą. Halina patrzyła podejrzliwie. Aniu, dobrze się czujesz? Do psychologa chodzisz chociaż?
Chodzę.
I co mówi?
Że podejmuję dobre decyzje.
Pewnie, bo im się za to płaci.
Piły herbatę z kapuśniakiem. Halina opowiadała o Ryszardzie, o jego bólu pleców, o sąsiadach, którzy kupili psa szczeka całe dnie. Anna słuchała. Za oknem powoli ciemniało, niebo nad topolą robiło się fioletowe.
Przed wyjściem Halina zatrzymała się w drzwiach.
Mogłabyś mu chociaż napisać. Człowiek się martwi.
Dobrze skłamała Anna.
Wiedziała, iż nie napisze.
***
Z Michałem byli razem osiem lat. Nie byli małżeństwem, bo Michał był przeciwny formalnościom, co już wtedy o czymś mówiło, ale zrozumiała to za późno.
Dwa pierwsze lata były inne. Albo jej się tak wydawało. Był czuły, zabierał do restauracji, do teatrów, wyjeżdżali do Włoch i do Pragi. Mówił, iż jest inteligentna, iż ma dobry gust. A potem zaczęło się zmieniać powoli, niepostrzeżenie, jak pęknięcie w tynku.
Od drobiazgów. Raz poszła z nim na firmowe spotkanie w zielonej sukience, którą bardzo lubiła. Spojrzał na nią w przedpokoju i powiedział: Jesteś pewna? Nic więcej. Po prostu jesteś pewna. Przebrała się. Założyła czarną.
Potem pojawiły się uwagi do jej gotowania. Do tego, jak rozmawia z jego znajomymi. Że za dużo czasu spędza przy pracy, a efekty małe. Ta ostatnia krytyka pojawiała się łagodnym tonem, jakby robił jej przysługę, wskazując na oczywistości.
Aniu, przecież wiesz, iż konserwacja to ślepa uliczka. Niczego tu się nie osiągnie. To dla ludzi bez ambicji.
Mam ambicje.
Ależ no uśmiechał się. Jesteś dobrym fachowcem. Po prostu przeciętnym. To nie wada. Nie każdy musi być wybitny.
Wtedy nie wiedziała, co powiedzieć. Zamilkła. Poszła do drugiego pokoju i godzinę gapiła się w ścianę, nie mogąc zrozumieć, czemu boli ją coś powiedzenie przez człowieka z tak życzliwością.
Nie krzyczał. Nie bił. Robił coś innego: powoli i metodycznie wmawiał jej, iż bez niego nie jest nic warta. Jej zawód był nieważny, jej przyjaciółki nudne, gusta prowincjonalne. Że powinna mu dziękować za to, iż w ogóle z nią jest.
Gotowała barszcz, zastanawiając się, czy odpowiednio doprawiła. Rozmawiała z koleżankami, zastanawiając się, czy nie robi tego za często. Szła na spotkanie zawodowe i myślała, czy nie wygląda na zbyt pewną siebie. Ten wewnętrzny głos wątpliwości mówił już od dawna głosem Michała.
A potem tamten wieczór.
Byli u jego przyjaciół, Marka i Małgosi, w dobrym mieszkaniu na Powiślu. Rozmawiali o jakimś nowym bloku mieszkalnym, Anna powiedziała coś o projekcie, iż elewacja jest nieudana, iż deweloper poskąpił na architekcie. Spokojnie, rzeczowo.
Michał spojrzał przez stół i uśmiechnął się tą swoją uśmiechniętą miną.
Anna jest specjalistką powiedział Markowi. Tylko wiesz, są praktycy i są teoretycy. Anna to bardziej teoretyk, dawno nic większego nie robiła.
Zapadła cisza. Małgosia spojrzała na Annę. Marek wziął kieliszek.
Anna się uśmiechnęła.
Dokończyła obiad. Wypiła wino. Utrzymywała rozmowę. Zamówiła taksówkę. Podczas jazdy Michał zadowolony opowiadał o interesach Marka. Patrzyła przez okno na nocną Warszawę i myślała jedno: nie mogę już dłużej.
Nie on jest zły, nie jestem nieszczęśliwa. Po prostu: nie mogę dalej. Jak ściana, do której doszła i już nie było przejścia.
Odeszła po trzech miesiącach. Szukała mieszkania, znalazła to na Pradze. Przewiozła rzeczy na dwa kursy. Michał był wtedy w delegacji. Zostawiła klucze i krótki list jedno słowo: Przepraszam.
Potem długo myślała, po co napisała właśnie to. Nie wiedziała. Tak napisała.
***
Listopad na Pradze miał swoją specyfikę. Park był tuż obok i wracając wieczorami z pracy, czasem szła przez niego okrężną drogą, między starymi drzewami. Liście już wszystkie spadły, ścieżki były śliskie, pod nogami chlupało ale było cicho. To powietrze z zapachem mokrych liści i kory wdychała zawsze jak coś niezbędnego do życia.
W domu było zimno. W starym budownictwie ogrzewanie działało jak chciało, a żeliwne kaloryfery w jej mieszkaniu albo grzały do niemożliwości, albo były lodowate. Kran w kuchni kapał. Kilka razy dzwoniła właścicielowi, obiecał przysłać hydraulika. Hydraulik nie przychodził.
Anna kupiła w Castoramie gumową uszczelkę i sama ją wymieniła. Trwało to czterdzieści minut, dwa złamane paznokcie i jedno przekleństwo, gdy klucz zsunął się i uderzyła się w łokieć. Potem wstała, wytarła ręce, odkręciła kran woda leciała równo.
Poczuła coś jak dumę. Śmieszne, ale prawdziwe.
Wieczorami pracowała przy kuchennym stole. Rozkładała rysunki, włączała lampkę, którą przywiozła jeszcze ze starego mieszkania, zielony abażur z lat 90., kupiony na targu staroci. Michał nie cierpiał tej lampki, mówił, iż psuje wystrój. W centrum stała w schowku. Tu była na stole.
Praca nad dworem toczyła się powoli, jak zawsze przy dużych obiektach. Najpierw pomiary, potem archiwa, potem analiza zniszczeń, potem koncepcja. Anna ceniła ten proces za spokój i za to, iż nie da się tu niczego oszukać. Budynek albo stoi, albo nie. Cegła albo żywa, albo martwa. Historia jest albo ktoś ją wymyślił.
W archiwum znalazła kilka dokumentów o dworku. Okazało się, iż w XIX wieku należał do rodziny Borkowskich, potem przejął go syn, który otworzył tam coś w stylu szkoły domowej. Potem wojna, potem magazyn. Synowa miała na imię Zofia. Na jednym odnalezionym zdjęciu była kobieta koło pięćdziesiątki, z prostymi plecami i takim wyrazem twarzy, jakby wiedziała coś, czego fotograf nie wiedział.
Anna długo patrzyła na to zdjęcie.
Potem wróciła do rysunków.
***
Piotr kiedyś zapytał, skąd wzięła się u niej pasja do renowacji.
Siedzieli w jego samochodzie, dogrzewając silnik przed wyjazdem do archiwum. Za oknem pierwszy śnieg, drobny i nieśmiały.
W latach dziewięćdziesiątych zajmowałam się nowym budownictwem tłumaczyła Anna. Projektowałam bloki, biurowce. Płacili dobrze, pracy było dużo. Potem przypadkowo trafiłam na renowację małego kościółka pod Warszawą. Pojechałam z koleżanką obejrzeć i już.
I co już?
Zrozumiałam, iż właśnie to chcę robić. To ważniejsze.
Piotr milczał chwilę.
To rzadkość ocenił. Rzadko kto wie, co dla niego ważne.
Ty też wiedziałeś?
Nie od razu. Długo robiłem to, co należało. Potem się zatrzymałem.
Anna spojrzała na niego. Patrzył przez szybę, za którą śnieg już lepił się do wycieraczek.
I co potem?
Potem to właśnie skinął w stronę niewidocznego dworku. I dobrze mi z tym.
W aucie pachniało tapicerką i delikatnie kawą, którą zawsze pił rano z małego termosu.
Pojechali do archiwum.
***
Michał zjawił się w środę.
Nie spodziewała się go. Zadzwonił do drzwi o ósmej wieczorem, gdy Anna siedziała przy stole nad rysunkami i jadła jogurt grecki prosto z kubeczka. Dzwonek zwykły, długodźwięczny, PRL-owski, jak u wszystkich sąsiadów.
Otworzyła, przekonana, iż to właściciel albo ktoś z bloku.
Michał stał na klatce w swoim kaszmirowym płaszczu, z jakimś bukiecikiem. Chryzantemy. Nie lubiła chryzantem. Przez osiem lat nie zapamiętał.
Cześć powiedział.
Nie odpowiedziała od razu. Stała chwilę, patrząc na niego.
Skąd znasz adres?
Zosia powiedziała.
A więc Zosia. Anna zanotowała to sobie na potem.
Czego chcesz? spytała.
Porozmawiać. Uśmiechnął się lekko, tym swoim uśmiechem. Wpuścisz mnie?
Zamyśliła się przez sekundę. W końcu cofnęła się od drzwi.
Wszedł. Rozejrzał się. Zobaczyła, jak patrzy na maleńki przedpokój, popękane tapety, krzywy wieszak, jej buty pod ścianą.
Ty tu mieszkasz stwierdził, choćby nie pytając.
Mieszkam.
Aniu Ujął ją za rękę. Odsunęła się. Nie obraził się, tylko przełożył bukiet do drugiej ręki. Rozumiem, iż musiałaś pobyć sama. Ale minęło pół roku. Wystarczy.
Wystarczy czego?
Tego Bycia samej. Zrobienia sobie pauzy. Nie wiem, jak to nazwać. Wszedł do kuchni, obejrzał się. Spojrzał na rozłożone rysunki. Pracujesz tu?
Pracuję.
Nad czym?
Renowacja dworku na Grochowie.
Dobrze. Powiedział to z pobłażaniem, tym tonem, który znała. To dobrze. Dla ciebie.
Dla mnie i dla wszystkich. Dwór z końca XVIII wieku.
Postawił chryzantemy na stole, na rysunkach. Przełożyła je na bok.
Aniu zaczął rozumiesz, co robisz? Mieszkasz tu. Gest ręką. Tak.
Wiem, gdzie mieszkam.
Chcę, żebyś wróciła.
Spojrzała na niego. Michał był przystojny, to fakt. Sześćdziesiąt pięć lat, ale młodszy z wyglądu, zadbany, wysoki. Płaszcz leżał na nim świetnie.
Po co? zapytała.
Wyraźnie się zmieszał. O takiej reakcji nie pomyślał.
Co znaczy po co?
Mówisz, iż chcesz, żebym wróciła. Dlaczego?
Bo urwał. Brakuje mi ciebie.
Czego konkretnie?
Aniu, o czym ty mówisz.
Zwykła rozmowa. Twierdzisz, iż ci mnie brakuje. Pytam czego. O co dokładnie ci chodzi.
Patrzył na nią. Na jego twarzy pojawił się ten wyraz, który znała: lekkie podenerwowanie pod przykrywką cierpliwości.
Po prostu ciebie brakuje. Jako człowieka. Byliśmy razem osiem lat.
Pamiętam.
I tak po prostu odeszłaś?
To nie było tak po prostu. Anna założyła ręce. Miała na sobie stary sweter i dżinsy, nie była tą Anną, do jakiej był przyzwyczajony. Odchodziłam osiem lat, po kawałku. Po prostu nie widziałeś.
Nie rozumiem.
Wiem, iż nie rozumiesz.
Wyjaśnij mi.
Próbowałam. Powiedziała spokojnie. Sama dziwiła się własnemu spokojowi. Pół roku wcześniej już by płakała albo bełkotała, albo przepraszała. Pamiętasz tamten wieczór u Marka i Małgosi?
Jaki wieczór?
Gdy nazwałeś mnie teoretykiem, przy ich gościach.
Zamyślił się.
Żartowałem. Nie pamiętam dokładnie, ale pewnie żartowałem.
Możliwe. Anna skinęła głową. Ale to był jeden z wielu takich żartów. I pamiętam je wszystkie.
Jesteś przewrażliwiona.
Być może.
To nie było upokorzenie.
Może i nie. Ale mnie bolało.
O byle co.
O osiem lat takich byle co.
Zamilkł. Rozejrzał się po kuchni. Spojrzał na szklankę przy kuchence. Na starą lampkę z zielonym abażurem.
I tu ci dobrze? Na serio?
Anna pomyślała nie dla niego, ale dla siebie.
Bywa różnie powiedziała uczciwie. Czasem ciężko. Czasem samotnie. Kaloryfery słabo grzeją. Ale lepiej mi tu niż tam.
To iluzja.
Może. Ale moja.
Wziął płaszcz, który rzucił na krzesło. Spojrzał jeszcze raz. Coś w nim drgnęło. Coś prawdziwego, nie interesownego ani pobłażliwego.
Aniu, nie jestem ci obcy.
Nie odparła. Ale też już nie swój. Michał, idź do domu.
Jeszcze chwilę patrzył, potem poszedł do przedpokoju. Ubrał się. Otworzył drzwi.
Jeszcze pożałujesz powiedział.
Nie jak groźbę. Raczej ze smutkiem.
Być może przyznała.
Drzwi się zamknęły. Anna postała chwilę, patrząc na obitą derma-doorem wejściowym z wizjerem. Wróciła do kuchni. Chryzantemy włożyła do pustego słoika, nalała wody. W końcu kwiaty; szkoda wyrzucać.
Wróciła do rysunków.
Za oknem stuknął tramwaj. Raz, drugi, potem zamilkł.
Zorientowała się, iż już nie przeszkadza jej jego huk.
***
Prezentacja koncepcji była umówiona na drugą połowę grudnia. To był pierwszy etap: inwestor chciał zobaczyć ogólnie co się zachowuje, co odbudowuje, co robi od nowa i dlaczego. Anna przygotowywała się solidnie. Piotr równolegle. Wieczorami dzwonili do siebie, ustalali szczegóły, czasem się sprzeczali.
Raz pokłócili się o strop w piwnicy. Anna nie zgadzała się z jego pomysłami i spierali się dobre czterdzieści minut, w końcu zrozumieli, iż oboje mają rację ale każde patrzyło z innej perspektywy: Anna na wygląd, Piotr na wytrzymałość.
Jesteś twarda rzucił bez urazy.
W pracy.
W pracy to dobrze.
I tyle. Ani grama sentymentalizmu.
Odłożyła słuchawkę i złapała się na tym, iż się uśmiecha.
***
Na trzy dni przed prezentacją zadzwoniła Zosia. Nie rano, wieczorem.
Mamo odezwała się cichszym głosem, nie takim, jak ostatnio. Mogę wpaść?
Przyjeżdżaj.
Zosia przyszła z butelką wina i postawą człowieka, który coś postanowił, ale nie wie, jak to powiedzieć. Była do Anny podobna te same kości policzkowe, te same dłonie. Trzydzieści dwa lata, pracowała jako projektantka, mieszkała z narzeczonym na Powiślu.
Usiadły w kuchni. Anna nalała wino do zwykłych szklanek miał tylko jeden kieliszek, na specjalne okazje, ale Zosia powiedziała, iż ze szklanki też dobrze.
Zadzwonił do ciebie po wizycie? zapytała Zosia.
Nie. Czasem pisze SMS-y.
I co?
Różne rzeczy. Często nie odpisuję.
Zosia obracała szklankę w dłoniach.
Dałam mu twój adres. Nie złościsz się?
Nie.
Myślałam sama nie wiem, co myślałam. Że pogadacie, może coś się zmieni
Pogadaliśmy.
I?
I nic. Wyszedł.
Zosia milczała. W końcu spojrzała w szklankę i szepnęła:
Byłam cały czas po jego stronie. Rozumiesz?
Rozumiem.
Tłumaczyłam sobie, iż przesadzasz, iż potrzebujesz wrócić do normalności. Żal mi go było, wydawał mi się taki samotny, zagubiony
Umie taki być.
Tak. Zosia popatrzyła jej w oczy. Niedawno zrozumiałam. Zadzwonił do mnie po wizycie i powiedział Powiedział, iż zawsze byłaś nie z tego świata. Że cię znosił. Że w zasadzie zrobił ci łaskę przez te osiem lat.
Anna kiwnęła głową.
To w jego stylu.
Mamo Zosia pierwszy raz od miesięcy spojrzała na nią bez złości, bez pobłażania. Było ci źle?
Bardzo.
Czemu mi nie mówiłaś?
Anna zamyśliła się.
Może dlatego, iż sama nie umiałam tego nazwać. Jak cię nie biją, nie zdradzają, nie wyrzucają wyjaśnić, czemu jest źle, trudno. Szczególnie córce, która go widziała tylko okazjonalnie, zawsze od najlepszej strony.
Zosia wstała, obeszła stół i przytuliła ją. Niespodziewanie, mocno. Anna nie wiedziała, co zrobić, dopiero po chwili objęła siłą zwrotną. Głowa Zosi była ciepła, pachniała gruszkowym szamponem, tym samym co od lat nastoletnich.
Nie jesteś głupia powiedziała cicho. Ciocia Halina się myli.
Anna się uśmiechnęła. Słabo.
Dobrze wiedzieć.
Dopiły wino. Zosia oglądała rysunki i wypytywała o dworek. Anna tłumaczyła, pokazywała zdjęcie Zofii Borkowskiej. Zosia stwierdziła: Podobna jesteś. Anna popatrzyła jeszcze raz. Może.
Zosia wyszła przed północą, obiecując przyjść w następną sobotę.
Anna umyła szklanki. Schowała rysunki. Ustawiła się przy oknie.
Tramwaje już nie kursowały, było późno. Podwórko błękitniało od latarni. W sąsiednim bloku świeciło się jedno okno, przechodziła tam jakaś postać.
Pomyślała, iż powinna zadzwonić do Piotra i zapytać o szczegół dotyczący stropu w piwnicy. Ale było późno odłożyła na rano.
***
Prezentacja odbyła się w sali konferencyjnej biura projektowego. Inwestor poważny, z zespołem prawników i doradcą ds. dziedzictwa, który zadawał precyzyjne i trudne pytania. Anna odpowiadała. Piotr uzupełniał szczegóły konstrukcyjne. Kiedy inwestor zapytał o termin wymiany belek na drugim piętrze, Anna odparła szczerze: jeżeli dostaną adekwatne drewno na czas, zmieszczą się w grafiku; jeżeli nie, będą opóźnienie trzy tygodnie. Doradca się skrzywił. Anna dodała: Wolę powiedzieć od razu prawdę niż później tłumaczyć się ze zwłoki.
Doradca pokiwał głową. To jak się potem okazało spodobało się najbardziej.
Po wszystkim stali na korytarzu. Piotr trzymał w rękach teczkę z wydrukami.
Myślę, iż przyjmą powiedział.
Też myślę.
Spojrzał na nią. W korytarzu tłumy ludzi z papierami.
Idziesz coś zjeść? zapytał. Jest fajne miejsce obok. Uczcić.
Popatrzyła na niego.
Z chęcią.
Szli przez grudniową Warszawę, przez Grochów, gdzie na wieczór zapalały się latarnie, a śnieg pokrywał parapety starych kamienic. Piotr szedł obok niej, lekko pochylony jak zwykle. Rozmawiali o drzewie na belki, o doradcy, o tym, iż w grudniu za wcześnie robi się ciemno.
Kawiarnia była mała, spokojna, z ciężkimi zasłonami i drewnianymi stołami. Zamówili ciepły posiłek i po lampce czerwonego. Rozmawiali długo, nie tylko o pracy. O Warszawie, o tym jak się zmienia, o książkach. Anna zorientowała się, iż nie patrzy na zegarek.
Przy wyjściu Piotr przytrzymał jej płaszcz, gdy go zakładała. Gest prosty, codzienny. Nie przypisywała mu szczególnego znaczenia albo nie chciała jeszcze.
Na dworze powiedział:
Cieszę się, iż pracujemy razem.
Odpowiedziała:
Ja też.
Odeszli w przeciwnych kierunkach, każde do swojego metra.














