Zorganizowaliśmy spokojną wycieczkę do Kwidzyna, okrężną drogą – wpierw zachodnią stroną Wisły, a powrót planowaliśmy już po jej wschodniej. Pogoda była przyjemna, ciepło. Ledwie jednak przejechaliśmy Wisłę przez most grudziądzki i skierowaliśmy się na północ, trafiliśmy na silny wiatr, adekwatnie wichurę, zwaną przez cyklistów „wmordewind”. To był najgorszy jej rodzaj – nie chwilowe uderzenie, ale ciągła, nieustająca, bardzo silna dmuchawica w twarz, skutecznie wysysająca siły z człowieka. Zamiast normalnych pogawędek i rozkoszowania się jazdą, cyklista skupiał się tylko na mocnym nacisku na pedały i ciężkim przedzieraniu przez przeciwną siłę wiatru. Do tego prędkość przelotowa gwałtownie się zmniejszała. Tym razem spadła nam aż o połowę, z dwudziestu do ledwie dziesięciu kilometrów i to kosztem bardzo dużego wysiłku. Do tego na tej trasie nie mogliśmy schować się w lesie.
– Ale duje. – Wiśniak z trudem wykrztusił. Zatchnął go wiatr. Wyraźnie tracił siły; od dłuższego czasu rzadko z nami jeździł i od razu odbiło się to na jego kondycji. – Może podjedźmy do Nowego, zróbmy przerwę.
– O ile Estera jest w domu, to wpadniemy do niej. – Bartek włączył telefona i przedzwonił. Usłyszeliśmy jej radosny głosik. – Okej, zaprasza na kawę. To odbijemy. Dzisiaj nie wybiera się na wesele.
Cała nasza gromadka wybuchnęła gromkim śmiechem. Wszyscy wiedzieli, o czym wspomniał Bartek. Kilka lat temu Wiśniak i grupka cyklistów nakręcali kilometry w tej okolicy, również w sobotnie popołudnie. Przejeżdżali szosą przez las, kiedy natknęli się na samotną kobietę idącą poboczem, wystrojoną jak na jakieś wesele. Zatrzymali się, przywitali, zapoznali. To była właśnie Estera i nie „wystroiła się jak na wesele”, tylko naprawdę na nie maszerowała. Per pedes!
– Co się śmiejecie?! – odpowiedziała im wtedy, trochę naburmuszona, ale gwałtownie też się roześmiała. – Ja tym moim dam!. Jechaliśmy na wesele busikiem, w kilkanaście osób. No i zatrzymaliśmy się w lesie na siku. Ja weszłam głębiej i nim wróciłam, zobaczyłam tylko znikający nasz wóz za zakrętem! Nie zauważyli, iż mnie nie ma! A ja torebkę z telefonem zostawiłam w środku. Pewnie goniło ich do rozpicia po małym dla kurażu przed tańcami. Coś tam im jeszcze zostało i wytrzymać nie mogli… No i co mam zrobić w lesie? Idę sobie…
– A daleko masz na to wesele? – Pierwszy ochłonął Matołek.
– Jeszcze będzie z dziesięć. – Wskazała głową w przeciwnym kierunku, niż jechali. – Ja im dam!
– Nie ma co, wsiadaj. Podwieziemy. – Wiśniak, jako jedyny, miał wtedy rower z poziomą ramą. – Inaczej zamiast się bawić, będziesz opatrywała pęcherze. – Wskazał na jej stopy w balowych pantofelkach na obcasiku.
Ponownie wszyscy się roześmieli. W pół godziny podwieźli na wesele, oddali zgubę zdumionym weselnikom i odjechali, wcześniej wymieniwszy się numerami telefonów. Jeszcze przez pewien czas słyszeli cienki, donośny głos Estery. Sądząc po intonacji i zabarwieniu, wyrażała się bardzo zdecydowanie, co sądzi o tych, którzy ją zostawili w lesie i co z nimi zrobi…
…Od tej pory Estera jeździła z nami na niektóre wycieczki rowerowe. Okazała się bardzo miłą i wesołą osóbką. Jej mieszkanie stało się czasem przystankiem dla naszych wypraw.
--------------------
*fragment z czegoś nowo pisanego
Statystyki: autor: Hardy — 13 lut 2026, 14:22
