Pamiętam, iż przez osiem lat opiekowałam się jego ojcem. Nikt nie podziękował mi za tę trudną pracę.
Wszyscy wiedzą, jak ciężko jest troszczyć się o chorych. choćby gdy to bliski krewny, opieka pochłania siły i serce. A ja przez osiem lat dbałam o ojca mojej synowej, człowieka, którego adekwatnie nie znałam. Nie otrzymałam ani słowa uznania, a to wciąż rani mnie do dzisiaj.
Mam siedemdziesiąt dwa lata, a wspomnienie to sięga prawie piętnastu lat wstecz. Mój mąż już dawno odszedł. Mam syna Piotra, synową Jadwigę i wnuka Kacpra. Ojciec Jadwigi, Janusz Zieliński, był bardzo miłym człowiekiem, nauczycielem matematyki, dopóki nie zachorował poważnie.
Leczyliśmy go długimi miesiącami, wydając przy tym setki złotych na leki i badania. Pomagałam finansowo, ile tylko mogłam.
W końcu przywiązano go do łóżka i nie było już nikogo, kto by się nim zajmował. Piotr miał wiele obowiązków i częste podróże służbowe, Kacper jeszcze studiował, a Jadwiga pracowała w biurze. Jej starsza córka mieszkała w innym mieście i mogła jedynie dzwonić, wyrażając współczucie.
Jadwiga nie mogła zwolnić się z pracy. Szef rzucił jej: Albo pracujesz normalnie, albo zostaniesz zwolniona!. Oczywiście wybrała pracę, a ja zostałam opiekunką jej ojca.
Na początku Jadwiga poprosiła mnie, żebym przychodziła przynajmniej raz dziennie, gotowała i karmiła Jana. Zgodziłam się. Nie przewidywałam, iż będę to robić osiem lat.
Pierwsze wizyty trwały dwie godziny, po czym wracałam do domu. Z czasem Jadwiga przekazywała mi kolejne obowiązki, aż spędzałam przy nim cały dzień, wracając do domu dopiero wieczorem, a rano wracałam pieszo.
Mój syn współczuł mi, widząc, jak ciężko mi jest. Namawiał mnie, żebym zrezygnowała z tej opieki, ale nie mówił nic Jadwice, bo mieszkał w jej mieszkaniu.
Często dzwoniła do mnie starsza siostra Jadwigi, wydając rozkazy, co mam robić i jak mam dbać o jej ojca. Z tego powodu Jadwiga często była niezadowolona, zwłaszcza gdy nie miałam czasu w coś innego.
Mówiła nawet: Jak ci nie pasuje, weź swojego syna i odejdź! Sam sobie poradzę! Znajdę nianię!. Musiałam to słuchać przez osiem lat, aż w końcu Janusz odszedł. Żadna z córek nie podziękowała mi za lata troski, a najstarsza stwierdziła, iż nikt mnie nie zmuszał, a ja sama chciałam się nim zajmować.
Tak to wygląda: robimy coś dobrego dla innych, a oni są tak bezwzględni, iż nie potrafią choćby podziękować.








