On nienawidził swojej żony. Nienawidził… Przeżyli razem 15 lat – każdego ranka widział ją obok siebie, ale dopiero w ostatnim roku zaczęły go drażnić jej nawyki. Zwłaszcza jeden: wyciągała ręce, jeszcze w łóżku, i mówiła: „Dzień dobry, słoneczko! Dziś będzie piękny dzień”. Kiedyś zachwycał się jej ciałem i wolnością, dziś jej widok napawał go złością. Od lat miał romans, a ona wiedziała o tej kobiecie – i o chorobie, która miesiąc po miesiącu zabierała jej siły. Zamiast żalić się, nauczyła się żyć powoli, odnajdując spokój w wiejskiej bibliotece i książkach o tajemnicach życia i śmierci. On – pewien swej decyzji – szukał w domu dokumentów do rozwodu i odkrył jej medyczną tajemnicę: zostało jej od 6 do 18 miesięcy życia. Gdy uświadomił sobie bolesną prawdę, poczuł przeszywający ból, jakiego nigdy nie znał. Przez ostatnie tygodnie otoczył ją czułością, był z nią całą dobę, odkrywając utraconą miłość – i żałując wszystkiego, czego nie docenił. Ona zmarła dwa miesiące później, a on odprowadził ją na cmentarz wśród tysięcy kwiatów, płacząc jak dziecko. W domu pod poduszką znalazł jej noworoczne życzenie: „Być szczęśliwą z Nim aż do końca”. Jego życzenie brzmiało: „Być wolnym”. Każdy z nich dostał to, o czym – wydawało się – marzył…

newsempire24.com 3 tygodni temu

Nienawidził swojej żony. Nienawidził…

Przeżyli razem piętnaście lat. Całe piętnaście lat oglądał ją każdego ranka, ale dopiero w ostatnim roku jej nawyki zaczęły go nie do zniesienia drażnić. Szczególnie jeden: leżąc jeszcze w łóżku, wyciągała ręce w górę i mówiła zaspanym głosem: Dzień dobry, słoneczko! Dziś będzie piękny dzień. Z pozoru zwykłe słowa, ale jej chude ramiona, zaspana twarz wzbudzały w nim niechęć.

Wstawała, przechodziła wzdłuż okna i przez kilka chwil patrzyła gdzieś w dal. Potem zdejmowała nocną koszulę i szła do łazienki. Kiedyś, na początku ich małżeństwa, zachwycał się jej ciałem, tą swobodą, czasem ocierającą się o rozwiązłość. Mimo iż ciało wciąż zachowało formę, widok jej nagości budził w nim gniew. Raz choćby miał ochotę popchnąć ją, by szybciej budziła się do życia, ale powstrzymał się i rzucił tylko ostro:

No pośpiesz się, mam już tego dość!

Ona nigdy się nie śpieszyła. Wiedziała o jego romansie choćby znała tę młodą kobietę, z którą mąż spotykał się od trzech lat. Ale czas zabliźnił rany dumy, zostawiając już tylko żal po własnej zbędności. Wybaczała mu wybuchy gniewu, obojętność, pogoń za straconą młodością. Ale nie pozwalała mu burzyć swojego uporządkowanego rytmu, świadomie przeżywając każdą minutę.

Tak postanowiła żyć od chwili, gdy dowiedziała się, iż jest chora. Choroba powoli ograniała jej ciało miesiąc po miesiącu. Pierwszym impulsem była potrzeba wygadania się wszystkim rozdać kawałki straszliwej prawdy komu tylko się da, żeby ulżyć samemu sobie. Ale najtrudniejsze godziny spędziła sama z tą śmiercią pod powiekami, a drugiego dnia podjęła decyzję: nikomu nie mówić. Jej życie wymykało się powoli, a z każdym dniem rodziła się w niej mądrość osoby, która docenia ciszę i spokój.

Odnajdowała ukojenie w małej wiejskiej bibliotece, do której szła półtorej godziny piechotą. Codziennie zasiadała w wąskim korytarzu między regałami podpisanymi delikatnie przez starego bibliotekarza Tajemnice życia i śmierci, i sięgała po książki, w których, jak sądziła, odnajdzie odpowiedzi na wszystkie pytania.

On przychodził do mieszkania kochanki. Tu wszystko było jasne, ciepłe, bliskie, swoje. Ich romans trwał już trzy lata, a on kochał ją nieprzytomnie. Był zazdrosny, poniżał ją i siebie, a życie bez jej młodego ciała wydawało mu się niemożliwe.

Tego dnia postanowił: rozwód. Po co ranić troje ludzi? Nie kocha swojej żony wręcz przeciwnie, nienawidzi jej. Tu zacznie nowe, szczęśliwe życie. Próbował jeszcze przypomnieć sobie dawne uczucia do żony, ale nie potrafił. Wydawało mu się, iż irytowała go już od pierwszego dnia znajomości. Wyciągnął z portfela jej zdjęcie i na znak zdecydowania podarł je na drobne kawałki.

Umówili się w restauracji tej samej, w której pół roku wcześniej świętowali piętnastolecie małżeństwa. Ona przyjechała pierwsza. On przed spotkaniem podjechał do domu, długo szukał w szafie dokumentów potrzebnych do pozwu rozwodowego. Był podenerwowany i rozrzucał papiery po całej podłodze.

W jednej z szuflad znalazł ciemnogranatową zaklejoną teczkę. Nigdy jej wcześniej nie widział. Przykucnął, rozerwał taśmę jednym ruchem. Spodziewał się zobaczyć tam wszystko, choćby kompromitujące zdjęcia ale znalazł badań, wyniki, wypisy, zaświadczenia z przychodni. Na wszystkich była jej polska nazwisko i inicjały.

Zimny dreszcz przeszył mu kręgosłup. Chora! Wpisał nazwę choroby w wyszukiwarkę i na ekranie pojawił się przerażający wyrok: Od 6 do 18 miesięcy. Popatrzył na daty: minęło pół roku od diagnozy. Co działo się dalej, pamięta jak przez mgłę. W głowie dźwięczało mu jedno: 6-18 miesięcy.

Ona czekała na niego czterdzieści minut. Telefon milczał. Zapłaciła rachunek sto dwadzieścia złotych i wyszła na ulicę. Pogoda była piękna: złota polska jesień, słońce nie grzało ale dawało ciepło duszy. Jak cudownie jest żyć, jak dobrze być na świecie, blisko słońca i lasu.

Po raz pierwszy, od kiedy znała prawdę o chorobie, ogarnęło ją współczucie wobec samej siebie. Miała siłę, by ukrywać swój sekret przed mężem, rodzicami, przyjaciółkami. Starała się oszczędzać im wszystkim cierpienia choćby kosztem własnego zdrowia i życia. I tak, z tego życia za chwilę zostaną już tylko wspomnienia.

Szła ulicą i widziała, jak ludzie cieszą się z tego, iż wszystko jeszcze przed nimi: nadejdzie zima, a po niej znów wiosna. Ona nigdy już tego nie poczuje. Żal w niej rósł i przerodził się w lawinę łez

On miotał się po pokoju. Pierwszy raz w życiu aż tak wyraźnie i boleśnie poczuł, jak kruche jest życie. Przypominał sobie żonę młodą, jak na siebie patrzyli, gdy się poznali, jacy byli pełni nadziei. Tak, wtedy ją kochał. Nagle poczuł, jakby tych piętnastu lat nie było, iż wszystko jeszcze przed nimi: szczęście, młodość, życie…

W tych ostatnich dniach otoczył ją troską, był przy niej każdą chwilę i sam odkrywał nieznaną dotąd euforia bycia razem. Bał się jej straty. Mógłby oddać własne życie, byle ją ocalić. Gdyby ktoś mu przypomniał, iż miesiąc wcześniej jej nienawidził i marzył o rozwodzie, odpowiedziałby: To nie byłem ja.

Widząc jej łzy nocami, gdy myślała, iż śpi, czuł, iż nie ma gorszej męki niż wiedzieć, ile czasu zostało. Patrzył, jak walczyła choćby o szaloną, nikłą nadzieję.

Odeszła dwa miesiące później. Obsypał kwiatami całą drogę od domu aż po grób. Płakał jak dziecko, kiedy spuszczano trumnę. Zestarzał się o tysiąc lat…

W domu, pod jej poduszką, znalazł karteczkę, życzenie, które pisała w sylwestra: Być szczęśliwą z Nim do końca moich dni. Podobno życzenia sylwestrowe zawsze się spełniają. Może to prawda bo w tym roku on napisał: Być wolnym.

Każde z nich dostało dokładnie to, o czym jak się wydawało marzyliAle tej nocy, kiedy ogarnęła go cisza większa niż śmierć, długo siedział przy stole z dwoma filiżankami herbaty. Jedną jej ulubioną postawił naprzeciwko siebie. Patrzył na parę wirującą nad porcelaną, próbując uwierzyć, iż jeszcze gdzieś tutaj pachnie jej zapach. To nie była już wolność, o której kiedyś marzył. Była to samotność, chłód i świadomość, iż cała miłość i nienawiść, zgoda i gniew są tak kruche jak herbata, która stygnie.

Kiedy świtało, wstał, wziął kartkę z jej słowami i schował ją do kieszeni. Wyszedł na zroszoną jeszcze trawę, na poranne słońce wracające nad świat. Po raz pierwszy od lat spojrzał ku niebu tak, jak ona powoli, z ufnością, którą dawała tylko nadzieja bez przyszłości.

Dzień dobry, słoneczko. Dziś będzie piękny dzień szepnął, zamykając oczy. I poczuł, iż w tej samej chwili nie jest już sam.

Idź do oryginalnego materiału