Olga właśnie zamykała słoiki z leczo, gdy z pracy wrócił jej mąż. – Już jestem, kochanie! – zawołał Sergiusz, wszedł do kuchni i nagle zamarł.

polregion.pl 1 tydzień temu

Kiedy Ola kończyła wekować leczo, do domu wszedł jej partner. Już jestem! zawołał Marek, zaglądając do kuchni. Zamarł widząc cały rozgardiasz. Co się tu dzieje?

Przecież sama mówiłaś, żebym zrobiła leczo! Ola uśmiechnęła się zdziwiona. O to pytasz? Robię leczo, tak jak chciałeś.

Ale nie o to mi chodzi! Marek machnął ręką na cały bałagan. Możesz mi wyjaśnić, o co tu chodzi?

Ola spojrzała na niego nie rozumiejąc, o co konkretnie mu chodzi. W kuchni i jadalni…

***

Ola, wróciłaś? Naprawdę się cieszę, iż cię widzę! powiedział Marek z nadzieją, gdy jego partnerka pojawiła się pod drzwiami.

Nie, tylko przyszłam zabrać resztę rzeczy, które tu zostawiłam. Przecież mówiłam ci, iż to już koniec.

Ale dlaczego? Kocham cię! Nie chcę się rozstawać. Tak bardzo tęskniłem przez te dni…

Tydzień wcześniej wydarzyło się między nimi coś, co nie powinno się zdarzyć między partnerami. Ostro się pokłócili, a Marek stracił panowanie.

Kłótnia zaczęła się, gdy Marek wrócił z pracy i zobaczył w kuchni kompletny chaos, jak jemu się wydawało.

Ola właśnie wekowała leczo. Wszędzie stały miski, talerze, słoiki, na kuchence pyrkał duży gar z pomidorami, na blacie pełno warzyw, czosnek, papryka, przyprawy. Wyglądało jakby bomba wybuchła.

Ola spokojnie kroiła paprykę, starając się nie przejmować zamieszaniem.

Wprowadzili się do siebie cztery miesiące temu. Do tego czasu Marek długo mieszkał sam i dobrze mu z tym było. Zdecydował się jednak spróbować jeszcze raz, bo przy Oli poczuł, iż chce stworzyć dom.

Oboje mieli po czterdziestce. Ola miała dorosłą córkę, niezależną już kobietę. Marek miał dziesięcioletniego syna z pierwszego małżeństwa chłopca widywał rzadko, bo jego matka mieszkała w innym mieście.

Byli dla siebie ostatnią szansą na bliskość i ciepło.

Ola miała nadzieję, iż Marek to ten facet. Zrezygnowała z wynajmowanego mieszkania i przeprowadziła się do niego.

Z całych sił starała się być dobrą partnerką. Miała nadzieję na wspólne szczęście, może choćby na razem przeżywaną starość.

Pierwsze miesiące były jak z bajki. Latała z radości, gotowała pyszności czasami resztkami sił. Sama się dziwiła, iż tak jej się chce.

To musiała być miłość!

Mijały tygodnie, a Marek zaczął się zmieniać. Po pracy często wracał podenerwowany, marudził niemal codziennie. Raz nie domyta filiżanka, raz nieumyta podłoga, niewłaściwie pościelone łóżko.

Niby to błahe… A przecież w domu było czysto, zawsze czekał obiad, i ona kochająca osoba.

Ola również pracowała. Wróciła godzinę wcześniej, ale i tak ogarniała dom i przygotowywała kolację.

Na początku ignorowała Marekowe niezadowolenie, myślała: przejdzie mu, zmęczony jest. Ale powoli zaczęła się złościć.

Nic nie mówiła. Miała nadzieję, iż to minie, iż jeszcze im się ułoży. Wytrzymywała i wytrzymywała.

Zimą zawsze robiła zapasy, ale starała się zorganizować to pod jego nieobecność Marek często w weekendy naprawiał samochód u szwagra albo był u siostry.

Tego dnia też miał gdzieś wychodzić, ale nieoczekiwanie wrócił wcześniej i zobaczył rozgardiasz, który miał się za chwilę zamienić w rząd ślicznych słoików z leczo zawiniętych w koc.

Ola nie rozumiała, czemu Marek się piekli.

Marek, zaraz wszystko posprzątam!

Tak, na pewno! Znowu zostawisz i pójdzie to na mieszkanie, znam już te historie! rzucił ironicznie.

Widziałeś kiedyś, żebym zostawiła bałagan po gotowaniu? Skąd tyle niezadowolenia?

Bo w domu duchota, a wszędzie cuchnie pomidorami!

To idź do pokoju. Włącz telewizor, nie musisz siedzieć w kuchni.

Co mogę zjeść? Jest coś do zjedzenia?

Zaraz odgrzeję i przyniosę, spokojnie Ola zachowała chłodny ton.

Znowu te same makarony i kotlety? Ile razy mam to jeść!

Trudno, dziś po prostu nie miałam siły. Leczo samo się nie zrobi, przecież ty o nie prosiłeś! Sama musiałam dwa razy biegać do sklepu z siatami. Sama jestem padnięta, a jeszcze ty się czepiasz!

Ty się czepiasz mnie! odburknął Marek.

To ty się czepiasz. Ja tylko próbuję cię uspokoić. Wystarczy już!

Mam tego dość!

Tu Ola też wybuchła.

Czego dokładnie masz dość? Że dostajesz codziennie ciepły obiad? Czy iż śpisz w czystej pościeli? Że zawsze czekam na ciebie z uśmiechem? Może masz dość mnie? To powiedz wprost!

Tak, mam cię dość! I twoich obiadów nie chcę, i tych twoich słoików!

To wiesz co? Ja też mam cię dość! Ciągle marudzisz na wszystko, czego bym nie zrobiła. Ty sam nie robisz nic, tylko się czepiasz, a o porządku to już choćby nie wspomnę. Pisałam, żebyś zawiózł mnie na warzywniak, ale wolałeś pomóc Sławkowi! To ty mnie masz dość? Ja ciebie też! Ola niemal krzyknęła.

Marek najwyraźniej nie znosił krytyki. Albo zabolał go jej ton. Wyszło jak wyszło Ola się nie spodziewała…

Chciała jeszcze powiedzieć coś więcej, ale w końcu zamilkła. Poczuła, iż nie chce już tego dalej ciągnąć.

To koniec między nami! rzuciła i wybiegła z kuchni.

Ręce jej się trzęsły z nerwów, pakowała co się dało do dwóch walizek, gwałtownie narzuciła dżinsy i wyszła z mieszkania.

Marek patrzył jak wychodzi, nie zatrzymał jej, nie przeprosił.

Noc spędziła u przyjaciółki. Następnego dnia wynajęła kawalerkę, wydała sporo złotych na depozyt, opłatę dla agencji i najpotrzebniejsze rzeczy do nowego mieszkania.

Nawet nie miała w planie wracać do Marka przynajmniej przez pierwsze dni. Potem jednak coś ją ścisnęło w środku. Przypomniała sobie kłótnię, co mówili do siebie. Żal było obojga.

Nie, nie powinna wybaczać. Ale i tak bolało.

Marek nie dzwonił, nie szukał jej. Tylko tego dnia wysłał wiadomość: I co mam zrobić z tym twoim leczo?

Z leczo rób co chcesz. Mam to gdzieś odpisała w złości.

Szkoda jej było tego leczo. Tyle czasu i pieniędzy na nie poszło. Jeszcze pół godziny i wszystkie słoiki byłyby gotowe…

Gdzieś głęboko Ola łapała się na tym, iż czekała na Marka, iż przyjdzie, przeprosi, powie cokolwiek. Ale on się nie odezwał.

Minął tydzień. Powoli przyzwyczajała się do myśli, iż znów jest sama. Uznała, iż czas zabrać swoje rzeczy od Marka. Zdecydowała się pójść, kiedy Marek był w domu napisała do niego pół godziny wcześniej.

Otworzył jej drzwi, wyglądał na przybitego, ale to niczego w niej nie zmieniło.

Mówił, iż kocha, iż żałuje. Ale jakby naprawdę kochał, nie milczałby przez cały tydzień, prawda?

Ola próbowała uciszyć żal. Nie mogła mu wierzyć. Jak skrzywdził raz, zrobi to znowu.

Marek, skończmy z tymi bajkami. Gdybyś naprawdę mnie kochał, zrobiłbyś cokolwiek. Ty nic.

Wybacz mi… nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło. Marek patrzył na nią błagalnie.

To sobie z tym żyj. Ja przyszłam po swoje rzeczy!

Ola weszła do środka, zaczęła zbierać kosmetyki z łazienki, ulubioną herbatę, różowy kubek od córki, szary koc, który dostała od siostry w prezencie. Po kolei wynosiła torby do przedpokoju.

Marek krążył za nią z miną psa, ale ona już nie potrzebowała przeprosin. Cisza przez tydzień wystarczyła, żeby zrozumieć wszystko.

Gdy skończyła, zadzwoniła po taksówkę. Marek próbował ją powstrzymać: Proszę cię, nie odchodź, bez ciebie sobie nie poradzę!

A ja z tobą! odpowiedziała stanowczo, przeszła obok niego, odblokowała drzwi.

Wyszła z mieszkania, a on został zdezorientowany, nie rozumiejąc, co tak naprawdę zrobił źle. I już nigdy więcej się nie spotkali, choć kiedyś szeptali sobie czułe słowa.

Ola w taksówce patrzyła przez okno jesień rozgościła się na dobre, a w duszy też była jesień. I nagle przypomniała sobie, iż to przecież jej ulubiona pora roku, a za dwa tygodnie ma urodziny.

Dam radę szepnęła do siebie z lekkim uśmiechem. Będzie dobrze. Wszystko się ułoży.

Idź do oryginalnego materiału