Dziennik, 31 grudnia
Cały dzisiejszy dzień spędziłam przy kuchence. Kiedy odezwał się dzwonek do drzwi, już wiedziałam, kto przyjechał rodzina Tomka. Jeden po drugim usiedli przy stole. A gdzie jest mięso? spytała ciotka Halina. Przecież jest faszerowana gęś odpowiedziałam uprzejmie. Ciotka demonstracyjnie wstała od stołu: Czegoś takiego to ja jeść nie będę! Wracamy do domu. Tomek podniósł się za nią: No, tak Radź sobie sama, jak nie umiesz gotować! I zaczął pakować rzeczy do torby.
***
Halo, Geniu? zadzwoniłam do przyjaciółki. To ja, Elżbieta. Tak, Elżbieta mówię Okropny ten zasięg. Czemu dzwonię? Geniu, w tym roku do was nie przyjadę na święta. Tak, nie przyjadę. Po co mam jechać? Ty z Witkiem będziecie, córka z rodziną A ja? Najem się sałatki i potem wezmę taksówkę z nocną stawką? Wiesz, iż nie lubię nocować w cudzych domach. Co będę robić? Położę się spać i już przerywało na linii, ale starałam się przekrzyczeć szum.
Ostatnie lata Nowy Rok i inne święta spędzałam u Geni odkąd się rozwiodłam.
Co? Sama chciałaś zadzwonić? Wyjeżdżacie? Gdzie? Do Krakowa, do cioci Witka? Szerokiej drogi i udanego wyjazdu! Jaki problem? Kto przyjeżdża? Sandra? Jaka Sandra? Bratanica? Halo? Co tu się dzieje z tym zasięgiem Mam ją przyjąć na kilka dni? Wiesz, iż nie lubię obcych w domu. Ale dobrze, pomogę ci, niech przyjeżdża. O, znowu przerwało rozłączyłam się z irytacją.
Usiadłam i zaczęłam rozmyślać. Może to i dobrze, iż nie będę całkiem sama w święta. Trzeba chociaż jakąś sałatkę zrobić. Sama to bym zjadła tosty i wystarczyło, ale gościa wypada poczęstować. Zaczęłam gotować warzywa, posiekałam zieleninę i zamyśliłam się.
Kiedy byłam jeszcze żoną Tomka, nigdy nie siedziałam tak spokojnie. Już trzydziestego cała jego rodzina zjeżdżała się do nas z Podlasia. Kuchni nie było można poznać: para, zamglenie, okno otwarte nie pomagało. Gulasze, pierogi, kotlety. Wszystko tłuste. Ja biegałam tylko z talerzami: bigos na balkon, warzywa do sałatki kroiłam. Nigdy nie pozwalano mi gotować niczego swojego, szczególnie po mojej słynnej sałatce z awokado.
Co za obrzydlistwo rzuciła wtedy ciotka Halina, a cała rodzina przytaknęła.
A przecież ich jedzenie to dopiero masakra wszystko w majonezie, aż ściekało z łyżki. Mężczyźni prawie od razu zasiadali do stołu, degustując nalewki. Do Sylwestra docierali ledwie przy życiu.
Drugiego stycznia wszyscy znikali, dopijając i dojadając resztki. Ja zostawałam sama z tym wszystkim, tydzień sprzątałam i zmywałam, a Tomek świętował dalej na wsi. Wracał ponury, nieogolony i zły. Nasłuchał się od rodziny, iż żona mu się trafiła, co choćby gotować nie umie. Zaczynała się lawina pretensji. Ciągle wspominał Wiolettę, iż to przeze mnie od niej odszedł. Znosiłam jego wyrzuty, wmawiałam sobie, iż to prawda. No bo żadnych tłustych polskich specjałów nie umiałam zrobić. Co najwyżej jakieś lekkie dania.
Pozostawało mi tylko narzekać Geni. Aż w końcu ona powiedziała dosyć, ułożysz swoich warunków rodzinie: w tym roku to ty przygotowujesz menu. Rodzinka ma być na Nowy Rok. Cały dzień z Genią robiłyśmy przekąski sycące, ale lekkie. Rodzina przyszła, zajęła miejsca.
Gdzie mięso? spytała rozczarowana ciotka.
Przecież jest faszerowana gęś odpowiedziałam.
A co z puree? nie dawała spokoju.
Ciotka wstała: Nagotowałaś jakiegoś krowiego żarcia! Fedek, zbieraj się, wracamy do domu.
Wszyscy poderwali się naraz, ubrali i trzasnęli drzwiami.
No, to masz westchnął Tomek, zbierając się na odwagę.
Poczekajcie, idę z wami! krzyknął do rodziny.
Weź rzeczy dorzuciłam i podałam mu torbę.
Żyj sobie sama, marudo. Ja sam nie zostanę, a ty? rzucił do torby ubrania i wyszedł.
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk kipiącego garnka oraz dzwonek do drzwi. To pewnie Sandra pomyślałam i otworzyłam. Ale na progu stał mężczyzna, około czterdziestki, z uśmiechem.
To ja, Aleksander Igorowicz Makowski, siostrzeniec Witka. Przyjechałem w gości, niespodzianka, ale oni pojechali do Krakowa. A pani Elżbieta, prawda?
Przytaknęłam oszołomiona: A Gienia mówiła o bratanicy
Aleksander uśmiechnął się szeroko: Może się nie zrozumiałyście?
Poczułam, iż to możliwe, w końcu ten zasięg. Proszę wejść.
Nie będę długo przeszkadzał, tylko do 1 stycznia wieczorem mam bilet. Wcześniej nie było miejsc wyjaśnił. Poszłam dokończyć przygotowania w kuchni.
Chce pani jednym salacikiem świętować nowy rok? zagadnął Aleksander lekko żartobliwie.
Nieco ostro odpowiedziałam: A trzeba całą ucztę? Z mięchem i miską jarzynowej?
Zaśmiał się: Wolę ryby niż mięso.
Ryby nie mam, bo choćby umiem dobrze ich nie gotować wzruszyłam ramionami.
Zaraz się tym zajmę powiedział z entuzjazmem i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zamknął za sobą drzwi.
Teraz już nie mogłam powstrzymać śmiechu. Spodziewałam się nieznajomej kobiety, a tu taki obrotny gość.
Aleksander nie wracał godzinę, potem półtorej. Zaczęłam się już martwić w końcu to obcy w mieście. Wreszcie odezwał się dzwonek. Otworzyłam drzwi tym razem pojawiła się pachnąca choinka i on cały zapakowany w torby.
Po co tyle zakupów? spytałam zdumiona.
No bo jak Nowy Rok bez choinki! odpowiedział z uśmiechem.
Od razu przepełnił kuchnię zapach igliwia. Parsknęłam śmiechem: Tylko mandarynek i szampana brakuje!
Mam i jedno, i drugie! rozbawił się jeszcze bardziej. Proszę, przynieśmy zakupy do kuchni, przygotujemy wszystko razem!
I tak, żartując i śmiejąc się, ubieraliśmy choinkę, gotowaliśmy pstrąga, obieraliśmy krewetki. Patrzyłam, jak Aleksander fachowo przyprawia rybę i to był naprawdę miły czas.
Do dwunastej mieliśmy wszystko gotowe. Otworzyliśmy prosecco piana w kieliszkach musowała. Punkt dwunasta: W Nowy Rok, z nowym szczęściem! stuknęliśmy się kieliszkami i wypiliśmy do dna. A potem rozmawialiśmy długo.
Wie pan, Tomek kiedyś był inny. Był miły, zwyczajny A przynajmniej tak mi się wydawało, bo jak człowiek zakochany, to niczego nie widzi. Potem już tylko złość i pretensje ach, dość już o mnie. Proszę mówić o sobie. Żonaty?
Aleksander wzruszył ramionami: Już nie. Banał ona z innym, ja na trasie. Po powrocie składam papiery rozwodowe. Ale dlaczego mówimy o smutkach i na pan? Przejdźmy na ty, powspominajmy lepiej dzieciństwo.
Kiedyś się założyłam, iż wejdę na wysoką sosnę. I nie umiałam zejść. Płakałam, aż wujek Staś z trzeciego piętra mnie ściągnął. Cały wieczór za karę w kącie stałam przypomniałam sobie rozbawiona.
A ja w podstawówce przykleiłem krzesło dyrektorowi w gabinecie. Ojciec wtedy dał mi popalić zaśmiał się Aleksander.
Do rana śmialiśmy się, wymieniając zabawne historie.
W końcu ziewnęłam. Położyłabym się, ale trzeba jeszcze posprzątać.
Ja wszystko ogarnę zdecydował Aleksander.
Oddałam mu ster, a sama jak dziecko zasnęłam w sekundę.
Obudził mnie rano: Ela, wstawaj. Muszę już wychodzić, zamknij za mną drzwi.
Już wieczór? zaskoczona wyprostowałam się. Czemu wcześniej nie obudziłeś?
Odwinął moje włosy i uśmiechnął się ciepło: Tak słodko spałaś Ale naprawdę czas już mi lecieć, pociąg nie poczeka.
Odprowadziłam go do przedpokoju: Dziękuję za wieczór, naprawdę szepnęłam, trochę smutna.
Aleksander zawahał się, a potem zdecydowanie zapytał: A mogę kiedyś przyjechać? Jak tylko będę wolny?
Ucieszyłam się: Przyjeżdżaj, będę
Nie dokończyłam, bo pocałował mnie nagle w usta i szepnął: Do zobaczenia!
Jeszcze długo stałam przy drzwiach, dotykając warg i uśmiechając się sama do siebie. Tak to już jest znasz kogoś całe życie, a on zawodzi; poznasz na chwilę i czujesz, jakby całą wieczność był obok.
Naprawdę, cuda w Sylwestra się zdarzają: zbieg okoliczności i nagle nowe uczucie, a z nim nowa nadzieja.















