Helena cały dzień spędza przy kuchence, krzątając się po kuchni. Rozlega się dzwonek do drzwi. To rodzina Toli przyjechała i już rozsiada się przy stole.
A gdzie mięso? pyta ciotka.
Tam stoi faszerowana gęś odpowiada uprzejmie Helena.
Ciotka teatralnie wstaje od stołu:
Tego nie da się jeść. Wracamy do domu.
Tola wstaje zaraz za ciotką:
No to żyj sobie sama, skoro nie potrafisz gotować!
Nagle zaczyna pakować swoje rzeczy do torby.
Halo, Halina? To ja, Helena. Co? Mówię, iż to ja, Helena. Połączenie fatalne Czemu dzwonię? Halino, w tym roku do was nie przyjadę. Mówię, iż nie przyjadę na święta. Dlaczego? A na co mi to? Ty będziesz z Wiktorem, córka z mężem i dziećmi. A ja co? Naszarpu się sałat, a potem taksówką na podwójną stawkę do domu? Przecież ja nie mogę nocować u kogoś obcego, sama doskonale wiesz. Co będę robić? Nic, położę się spać i już przez trzaski i szumy Helena rozmawia z przyjaciółką, u której od pięciu lat, po rozwodzie, spędzała Sylwestra i inne święta.
Co? Ty sama chciałaś zadzwonić? Jedziecie? Dokąd? Do Lwowa, do ciotki Wiktora. Szerokiej drogi i dobrego humoru. Problem? Jaki? Kto przyjeżdża? Saszka? Ale jaka Saszka? Siostrzenica? Halo? Co oni tam robią z zasięgiem? Przyjąć na kilka dni? Sama wiesz, iż nie lubię obcych pod dachem. No dobrze, niech przyjeżdża, pomogę. Co za pech powiedziała z irytacją i odłożyła słuchawkę.
Posiedziała chwilę zamyślona. Może to choćby lepiej, iż nie będzie całkiem sama w święta. Zdała sobie sprawę, iż wypadałoby choć jakąś sałatkę ugotować. Sama zjadłaby kanapkę i miałaby dość. Ale skoro ma być gość, trzeba coś przygotować. Postawiła na gaz garnki z warzywami, obrane już leżą na desce, a myśli kłębią się w jej głowie.
Kiedy jeszcze była żoną Toli, nigdy tak nie siedziała. Już trzydziestego cała rodzina jakoś zjeżdżała się do nich z okolicznych wiosek. I zaczynało się: kuchnia, para, skwierczenie, tłuszcz wszędzie choćby otwarte okno nie pomagało. Warzyła się galaretka z nóżek, piekły się paszteciki, smażyły się kotlety. Wszystko tłuste. Helena biegała tylko z półmiskami: raz galaretka na balkon, raz warzywa do sałatki wyczyścić. Do gotowania nie dopuszczali jej po tym, jak przyrządziła sałatkę z awokado.
Co za paskudztwo stwierdziła ciotka Toli, a cała rodzina oczywiście jej przytaknęła.
A tam, u nich, nie paskudztwo, tylko wszystko tonie w majonezie, aż z łyżki kapie, myślała w duchu Helena. Do tego mężczyźni zaraz zasiadali do stołu, próbując domowej nalewki. Do północy trzydziestego pierwszego wytrzymywali ledwie.
Po drugim wszyscy zmykali, wszystko do cna dojedzone, dopite. A Helenie zostawał cały bałagan. Cały tydzień potem szorowała kuchnię, sprzątała. W tym czasie Tola, w rodzinnych stronach, świętował dalej. Wrócił ponury, nieogolony, naburmuszony. Nasłuchał się od swojej rodziny, iż żonę ma, co gotować nie umie. I zaczynała się awantura. Wciąż wspominał Wierę, której Helena podobno go „odebrała”. Znosiła wtedy te uwagi, myśląc, iż mają rację przecież nie umiała gotować tych potraw, które on znał z domu. Tłuste, wszystko z boczkiem albo smalcem.
Mogła co najwyżej pożalić się Halinie, przyjaciółce z dzieciństwa. Ta była konkretna i kiedy miała już dość narzekań, wymyśliła plan: Zmusiła ją, by obdzwoniła rodzinę i postawiła warunek, iż święta robi ona. A ich zaprosi dopiero na Sylwestra. Razem z Haliną cały dzień szykowały syte, a jednocześnie lekkie przekąski. Przyjechała rodzina, zasiedli przy stole.
A gdzie mięso? rozczarowana pyta ciotka.
Stoi przecież faszerowana gęś odpowiada Helena.
A gdzie puree? nie daje za wygraną ciotka.
Ciotka teatralnie zrywa się z miejsca: Toż to jakieś siano nam zrobiła! Felek, zabieraj mnie do domu.
Wszyscy wstają, ubierają się i trzasnęli drzwiami.
No ty westchnął Tola i podniósł rękę.
Czekajcie, idę z wami rzucił do nich.
Rzeczy nie zapomnij! rzuciła Helena i podała mu torbę.
Żyj sobie sama, zrzędo. Ja sam nie zostanę, interesujące jak ty sobie poradzisz Tola wrzucił swoje rzeczy do torby i wyszedł.
Gdy z garnka wykipiało, Helena opamiętała się. Odsunęła pokrywkę i znów usłyszała dzwonek do drzwi. Pewnie Saszka pomyślała i otworzyła.
A gdzie Sasza?
Przed nią stał mężczyzna około czterdziestki, uśmiechnięty.
To ja. Pozwoli pani, nazywam się Aleksander Igorowicz Mykytenko, siostrzeniec Wiktora. Wpadłem w odwiedziny, niespodziewanie, a oni się zwinęli do Lwowa. Pani prawdopodobnie Helena?
Ta pokiwała głową i plącząc się, rzuciła:
Ale Halina mówiła o siostrzenicy
Aleksander roześmiał się:
To może się pani nie dosłyszało?
Helena przypomniała sobie szumy na linii.
Możliwe. No dobrze, skoro już pan tu jest, proszę wejść.
Niech się pani nie martwi. Mam bilet pociągowy na pierwszego wieczór, wcześniej nie było miejsc. Nie zabawię długo.
Helena wróciła do kuchni, odlała warzywa i odstawiła, by ostygły.
Aleksander, z przekąsem: To jednym sałatką planuje pani świętować?
Nie wiedzieć czemu, Helena odparła ostro:
A czego by pan jeszcze oczekiwał? Stół zastawiony, mięsa pełno i wielka miska sałatki jarzynowej?
On zaśmiał się: Ależ skąd! Tego właśnie nie lubię. Wolę ryby.
Helena wzruszyła ramionami: Ryb nie mam. Zresztą i tak nie bardzo umiem je dobrze przyrządzić.
Aleksander, już zakładając kurtkę:
Nic się nie martwcie, zaraz wszystko będzie! zamknął drzwi za sobą, zanim Helena zdołała zaprotestować.
Rozbawiła ją absurdalność sytuacji czekała starszej siostry, a tu energiczny facet.
Aleksandra nie było półtorej godziny i Helena zaczęła się niepokoić. W końcu był z innego miasta, może się zgubił. Gdy zabrzmiał ponownie dzwonek, popędziła do drzwi.
Gdzie pan był? Już się martwiłam zaczęła i nagle umilkła. W progu pojawiła się pachnąca choinka, a zaraz za nią Aleksander z pełnymi siatkami.
Po co to wszystko? tylko tyle zdołała spytać.
Przecież bez choinki nie ma Nowego Roku! Aleksander ustawił choinkę pod ścianą i się uśmiechnął.
Helena wciągnęła w płuca niezbywalny zapach świerka i zaśmiała się:
Tylko mandarynek brak.
Ależ są! Mandarynki i szampan to podstawa! Proszę, pomagać mi, zanosimy wszystko do kuchni, zabieramy się do przygotowań!
Później, żartując i śmiejąc się, ubierali choinkę i pichcili razem kolację. Helena myła krewetki i ryby, instruowana przez Aleksandra, obserwując jak przyrządza pieczonego karpia.
Na północ wszystko było gotowe. Odświętny toast z szampanem bąbelki szumią w kieliszkach. Gdy zegar wybił dwunastą, stuknęli się i powiedzieli Szczęśliwego Nowego Roku, z nowym szczęściem! i wypili do dna.
A potem, rozmowa przy stole.
Wie pan, jak się pobraliśmy, Tola był inny. Czuły, dobry. Tak mi się przynajmniej zdawało Bo zakochani to niedoskonałości nie dostrzegają uśmiechnęła się smutno Helena. A potem tylko zgryzliwości, ciągła krytyka. Wszystko robię nie tak, wszystko gotuję nie tak. Ale dosyć już o mnie, opowie pan coś o sobie? Ma pan rodzinę? spytała.
Aleksander westchnął: Już nie. Historia stara jak świat z rejsu wracam, a ona z innym. Po powrocie złożę papiery rozwodowe. Ale dosyć tych smutków, może powspominamy dzieciństwo? Przejdźmy na ty.
Posprzeczałam się z chłopakami i wlazłam na wysokie drzewo, a zleźć nie mogłam. Płakałam, aż w końcu wujek Staś z trzeciego piętra musiał mnie zdejmować. W domu potem cały wieczór za karę stałam w kącie Helena śmieje się na wspomnienie.
A ja w szkole przykleiłem krzesło do podłogi u dyrektora. Ojciec potem długo mnie ścigał z paskiem śmieje się Aleksander.
Do samego rana wspominali śmieszne wydarzenia z życia, śmiejąc się do łez. Wreszcie Helena ziewa i słyszy:
Zagadaliśmy się. Idź już spać.
Oczy jej się zamykają.
Jakie spać, trzeba jeszcze posprzątać!
Ja wszystko ogarnę! mówi stanowczo Aleksander.
Helena się poddaje. Idzie do pokoju i od razu zasypia.
Rano budzi ją Aleksander:
Helena, pobudka. Muszę już iść, zamknij drzwi za mną.
To już późno? Czemu wcześniej nie budziłeś?
Przesuwa jej kosmyk włosów z czoła i uśmiecha się:
Tak słodko spałaś, nie chciałem przeszkadzać. Ale muszę się zbierać, zanim dotrę na dworzec.
Odprowadza go do drzwi.
No, do widzenia. Dziękuję za święta mówi smutno.
Aleksander przez chwilę stoi niepewnie, wreszcie zadaje pytanie:
A mogę jeszcze do Ciebie przyjechać, kiedy już będę wolny?
Helena rozpromienia się:
Przyjedź, będę cze
Całuje ją delikatnie, nie pozwalając dokończyć:
A więc do zobaczenia!
Helena jeszcze długo stoi przy drzwiach, dotykając swoich ust i uśmiechając się przez łzy ze szczęścia. Bo czasem zna się kogoś całe życie, a okazuje się draniem. A czasem, znajomość trwa zaledwie dzień i czujesz, jakbyście znali się od zawsze.
I nikt jej nie przekona: w polską noc sylwestrową cuda się zdarzają. Zbieg okoliczności, nowe uczucie i całkiem nowe życie.















