Jadwiga spędziła cały dzień w kuchni przy garnkach. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Rodzina Tadka przyjechała i rozsiadła się przy stole.
A gdzie mięso? spytała ciotka.
O tutaj, nadziewana gęś, uprzejmie odpowiedziała Jadwiga.
Ciotka ostentacyjnie wstała od stołu:
Tego jeść się nie da. Jedziemy do domu.
Tadek zerwał się za nią:
No to jesteś… Żyj sobie sama, skoro gotować nie potrafisz!
Nagle zaczął pakować rzeczy do torby.
Halo, Grażka? To ja, Jadwiga. Co? Jadwiga mówię. Połączenie fatalne…
Dlaczego dzwonię? Grażynko, w tym roku do was nie przyjadę. Mówię ci, nie przyjadę na święta.
Dlaczego? A po co? Ty będziesz z Piotrem, córka twoja z mężem i dzieciakami. A ja co? Najem się sałatki i wrócę taksówką za podwójną stawkę? Przecież wiesz, iż nie mogę nocować u kogoś obcego.
Co będę robiła? Po prostu pójdę spać, i tyle przez trzaski i szumy Jadwiga tłumaczyła przyjaciółce, u której od pięciu lat po rozwodzie spędzała Sylwestra i inne święta.
Co? Sama chciałaś zadzwonić? Wyjeżdżacie? Dokąd? Do Krakowa, do ciotki Piotra?
Szerokiej drogi i miłego nastroju. Problem? Jaki? Kto przyjeżdża? Zuza? Jaka Zuza? Szczenięca?
Halo? Co oni tam z tą linią robią? Przyjąć na kilka dni? Przecież wiesz, iż nie lubię obcych w domu… Ale dobrze, pomogę, niech przyjeżdża. O, znowu rozłączyło…
Jadwiga odłożyła słuchawkę zirytowana.
Usiadła, zamyśliła się. Może to dobrze, iż nie będzie sama w święto. Musi chociaż jakąś sałatkę zrobić. Sobie zjadłaby kanapkę, ale gościa trzeba poczęstować.
Wstawiła warzywa, wyjęła zieleninę i zamyśliła się.
Dawniej, kiedy była żoną Tadka, tak nie siedziała. Już trzydziestego cała jego rodzina zjeżdżała się do nich na Wigilię. I zaczynało się. Kuchnia nie do poznania: para, tłuszcz, choćby otwarte okno nie pomagało.
W garnkach chłodnik, piekły się pierogi, smażyły kotlety mielone.
Wszystko tłuste. Jadwiga latała z półmiskami: to chłodnik na balkon, to warzywa na sałatkę przyprawiała. Nigdy jej nie dopuszczali do gotowania, odkąd raz zrobiła sałatkę z awokado.
Obrzydlistwo powiedziała ciotka Tadka i wszyscy jej przytaknęli.
Ale ich to nie brzydzi, oburzała się potem Jadwiga wszystko w majonezie, iż aż z łyżki ciurkiem się leje. I mężczyźni od razu za stół, domowa nalewka na próbę. Do samego Sylwestra do północy wytrzymywali z trudem.
A drugiego stycznia znów wyjeżdżali, wszystko dokończając i dopijając. Jadwidze zostawał tylko bałagan. Cały tydzień sprzątała.
A Tadek w tym czasie świętował na wsi. Przyjeżdżał markotny, nieogolony, zły. Słuchał od rodziny, iż ożenił się z kobietą, która gotować nie potrafi. I awantura od nowa.
I zawsze wspominał Weronikę, którą rzekomo Jadwiga mu odbiła. Tolerowała wyrzuty, bo może rzeczywiście nie potrafiła gotować tak, jak on był przyzwyczajony tłusto, z boczkiem.
Jedyne, co jej zostawało, to żalić się przyjaciółce z dzieciństwa, Grażynie. Ta była energiczna i kiedy miała już dość narzekań, wymyśliła plan. Kazała Jadwidze obdzwonić rodzinę i postawić warunek, iż wszystko na święta przyrządzi sama. Poprosiła, żeby przyjechali przed Nowym Rokiem. Razem z Grażyną cały dzień robiły syte, ale lekkie przekąski. Rodzina przyjechała, usiedli do stołu.
A gdzie mięso? rozczarowana spytała ciotka.
A proszę, nadziewana gęś odpowiedziała Jadwiga.
A puree? nie dawała za wygraną.
Ciotka ostentacyjnie wstała: Trawę jakąś zrobiłaś. Staszek, zabieraj mnie do domu.
Wszyscy natychmiast się zebrali, ubrali i trzasnęli drzwiami.
No, ty… wydyszał Tadek i uniósł rękę.
Zaczekajcie, pójdę z wami! zawołał w stronę rodziny.
Nie zapomnij swoich rzeczy, rzuciła Jadwiga, podając mu torbę.
Zostań sobie sama, nudziaro! Ja to nie będę sam, ale ciekawe, co ty zrobisz.
Wrzucił swoje rzeczy do torby i wyszedł.
Kiedy z garnka zaczęło wykapywać, Jadwiga ocknęła się. Zdjęła pokrywkę i znów rozległ się dzwonek do drzwi.
„To chyba Zuza” pomyślała i otworzyła.
A gdzie Zuza? zapytała zdziwiona.
Mężczyzna, jakieś czterdzieści lat, uśmiechnął się:
To ja. Proszę pozwolić się przedstawić Aleksander Ignacy Krakowski, siostrzeniec Piotra. Przyjechałem z niespodzianką, a oni pojechali do Krakowa. A pani to pewnie Jadwiga?
Kiwnęła głową, niby automatycznie:
Ale Grażyna mówiła o siostrzenicy…
Aleksander uśmiechnął się:
Może coś się pani źle zrozumiało?
Jadwiga przypomniała sobie szumy na linii i kiwnęła głową:
Możliwe… No, skoro pan już jest, to proszę wejść.
Proszę się nie martwić. Mam bilet na pierwszy wieczorem, wcześniej nie było miejsc. Więc długo nie będę przeszkadzał.
Jadwiga wróciła do kuchni, odcedziła warzywa i wyłożyła je na talerz do ostygnięcia.
Aleksander przekornie zapytał:
I chce pani świętować tym jednym sałatkiem?
Jadwiga, sama siebie zaskakując, odburknęła:
A musi być pełna zastawa? Mięsa, miska jarzynowej?
Uśmiał się:
Skąd! Ja mięsa nie cierpię, rybę wolę.
Jadwiga wzruszyła ramionami:
Ryby nie mam. I gotować jej też nie potrafię.
Aleksander w marynarce, w biegu, zawołał:
Proszę się tym nie martwić! Zaraz wszystko załatwię.
Nie zdążyła zaprotestować już zamykał za sobą drzwi.
Uśmiechnęła się sama do siebie. Spodziewała się wiekowej ciotki, przyjechał energiczny facet.
Aleksandra nie było ponad godzinę. Jadwiga zaczęła się niepokoić przyjezdny, może się zgubił? W końcu rozległ się dzwonek, aż ją zatkało.
Gdzie pan był? Zaniepokoiłam się zaczęła z wyrzutem, po czym umilkła. W drzwiach pojawiła się zwykła, ale pachnąca choinka, a za nią Aleksander z pełnymi torbami.
Po co to wszystko? tylko tyle udało jej się wykrztusić.
Aleksander postawił drzewko przy ścianie z uśmiechem:
No bo jak święta bez choinki?
Jadwiga wciągnęła zapach żywicy i zaśmiała się:
Brakuje już tylko mandarynek.
Aleksander aż klasnął:
Ależ mam! I mandarynki, i wino musujące! Wszystko kupiłem. Pomóżcie mi torby do kuchni, szykujmy się do święta!
A potem żartując i śmiejąc się, razem ubierali choinkę, razem gotowali. Jadwiga, rozbawiona, pod dyktando Aleksandra obierała krewetki i filetowała rybę. Patrzyła, jak przyprawiał pieczonego karpia.
Na dwunastą wszystko już było gotowe. Otworzyli wino, w kieliszkach bąbelki, odliczali sekundy do Nowego Roku.
Po wybiciu północy wznieśli toast:
Za Nowy Rok, za nowego szczęścia!
Wypili do dna. Potem siedzieli i rozmawiali.
Rozumie pan, jak się pobieraliśmy, był inny. Dobry, czuły. Albo mi się tak tylko wydawało? Człowiek zakochany nie widzi wad… Jadwiga posmutniała. Potem same wyrzuty, same pretensje. Że nie ta zupa, iż nie te pierogi. Ale dosyć już o mnie, pan o sobie opowie. Pan jest żonaty?
Aleksander westchnął:
Już nie. Klasyka ja w trasie, ona z innym. Złożę papiery o rozwód, jak tylko wrócę. Ale co my tak o smutkach? Przechodzimy na „ty” i wspomnijmy dzieciństwo.
Raz się zakład zamknęłam z chłopakami i wlazłam na najwyższe drzewo a potem zejść nie mogłam. Siedziałam i płakałam, aż wujek Zbyszek z trzeciego piętra mnie nie ściągnął. Później pół wieczoru stałam za karę w kącie… wspomniała Jadwiga przez śmiech.
A ja w szkole klejem krzesło dyrektorowi posmarowałem. Ojciec mnie wtedy pasem nauczył rozumu Aleksander również się śmiał.
Tak do rana wspominali śmieszne przypadki. Jadwiga ziewnęła.
My tu sobie gadu-gadu, a porządek robić trzeba, mówiła przez sen.
Wszystko sam posprzątam! zarządził Aleksander stanowczo.
Jadwiga nie protestowała, poszła do pokoju i po chwili już spała.
Obudził ją Aleksander:
Jadziu, muszę już wychodzić wyjazd mam, zamknij za mną.
Już wieczór? Czemu mnie nie obudziłeś wcześniej? rzuciła zaskoczona.
Poprawił jej kosmyk włosów i uśmiechnął się:
Tak słodko spałaś, szkoda mi było budzić. Ale muszę jechać na dworzec.
Jadwiga odprowadziła go do drzwi:
Dziękuję ci za święta, powiedziała smutno.
Aleksander stał chwilę na progu, zebrał się w sobie i zapytał:
Mogę jeszcze kiedyś wpaść? Jak już będę wolny?
Jadwiga się ucieszyła:
Jasne, będę czek…
Nie dał dokończyć pocałował ją lekko w usta i szepnął:
No to do zobaczenia!
Jadwiga jeszcze długo stała przy drzwiach, dotykając ust i z uśmiechem szczęścia na twarzy.
No tak, czasem człowieka znasz wiele lat i myślisz, iż go znasz a wychodzi na chama. Innym razem minie jedna doba, a masz wrażenie, iż to cała wieczność znajomości.
Nie ma co mówić cuda na Nowy Rok się zdarzają. Trochę przypadku i nagle nowe uczucie, a z nim zupełnie nowe życie.















