Cały dzień spędziłem w kuchni, stojąc przy garnkach. Nagle usłyszałem dzwonek do drzwi. Przyjechali krewni Małgosi i od razu zasiedli za stołem. A gdzie jest mięso? zapytała ciotka. Proszę bardzo, faszerowana kaczka odpowiedziałem uprzejmie. Na to ciotka teatralnie wstała od stołu: Czegoś takiego to się nie da jeść. Zbieramy się do domu. Małgosia podeszła do ciotki, a ja za nią, patrząc jak wszyscy zaczynają zbierać swoje rzeczy. No to żyj sobie tu sam, skoro nie umiesz gotować! Małgosia zaczęła pakować moje ubrania do torby i zaraz wyszła.
Po chwili sięgnąłem po telefon. Halo, Grażyna? To ja, Tomek. Co? Tak, Tomek! Strasznie szumi w tej słuchawce. Po co dzwonię? Grażynko, nie przyjadę do was na święta w tym roku. Nie przyjadę, mówię, naprawdę. Dlaczego? Bo po co? Ty jesteś z Pawłem, twoja córka z mężem i dziećmi. A ja? Najem się sałatek i wrócę taksówką, przepłacając za kurs. Przecież wiesz, nie lubię nocować u kogoś. A co zrobię? Położę się spać i tyle przez szumy na linii próbowałem tłumaczyć się Grażynie, u której co roku, po rozwodzie, spędzałem Sylwestra i inne święta.
Co, sama chciałaś zadzwonić? Wyjeżdżacie? Dokąd? Do Krakowa, do ciotki Pawła? No to szczęśliwej drogi i miłego czasu. Problem? Jaki problem? Kto przyjeżdża? Sabina? Jaka Sabina? Siostrzenica? Halo? Co oni tam robią z tym zasięgiem? Przyjąć na kilka dni? Przecież wiesz, iż nie lubię obcych ludzi w domu. Ale dobrze, nie ma sprawy niech przyjeżdża. No nie! Rozłączyło nas Z przekąsem odłożyłem słuchawkę.
Usiadłem, chwilę rozmyślałem. Może i lepiej, iż nie będę całkiem sam na święta. Zerknąłem na zegarek czas coś przygotować. Sam pożywiłbym się kanapkami, ale gości trzeba poczęstować. Wstawiłem ziemniaki, pokroiłem ogórki, pokręciłem się po kuchni.
Gdy jeszcze byłem z Małgosią, takie samotne przygotowania się nie zdarzały. Już trzydziestego zjeżdżała się jej cała wiejska rodzina. I się zaczynało. Kuchnia po paru godzinach wyglądała inaczej niż zwykle: para, chałka, pieczone schabowe. Wszechobecny tłuszcz. Nie miałem szans się wykazać: biegałem z półmiskami i czyszcząc warzywa na sałatkę. Do gotowania mnie nie dopuszczali, odkąd kiedyś zrobiłem sałatkę z awokado.
Co to za paskudztwo? stwierdziła ciotka Małgosi, a wszyscy jej przytaknęli.
A sami, denerwowałem się potem, potrafili utopić wszystko w majonezie, iż aż ściekało z łyżki. A chłopy od razu za stół, degustować swojskie nalewki. Do dwunastej w Sylwestra ledwo wytrzymywali.
Drugiego stycznia wszyscy wracali do siebie, strawę zjadłszy do końca, a cały bałagan zostawał mi. Ja sprzątałem, myłem, gotowałem jeszcze przez tydzień, a Małgosia w tym czasie u rodziny świętowała dalej. Wracała zła, nieogolona, bez humoru, po nagadaniu się z krewnymi, iż niby do niczego się nie nadaję, bo choćby gotować nie umiem. Zaczynały się kłótnie, i wiecznie wspominała Jakuba, którego miałem jej rzekomo odbić. Znosiłem te przytyki, bo coś w tym przecież było. Nie umiałem gotować tych wiejskich, tłustych potraw, do których ona się przyzwyczaiła. Jedyne co mogłem, to ponarzekać mojej przyjaciółce z dzieciństwa, Grażynie. Była energiczna. W końcu miała dość żalów, i wymyśliła plan miałem uprzedzić rodzinę, iż cały stół ja przygotuję na święta, o ile zjadą się dopiero na Nowy Rok. Razem z Grażyną przez cały dzień robiliśmy syte, ale lekkie przekąski. Przyjechali. Zasiedli.
A gdzie mięso? zapytała zawiedziona ciotka.
No przecież jest faszerowana kaczka odpowiedziałem spokojnie.
A puree? nie dawała za wygraną.
Ciotka wstała demonstracyjnie od stołu: Mieszankę paszy tu zrobił, zabierz mnie, Zenek, do domu!
Wszyscy naraz zerwali się, ubrali i trzasnęli drzwiami.
No toś się popisał westchnęła Małgosia i zamierzyła się, jakby miała czymś rzucić.
Zaczekajcie, idę z wami krzyknąłem do rodziny.
Nie zapomnij rzeczy! rzuciła za mną Małgosia.
Żyj sobie sam, narzekaczu. Ja sobie poradzę! Spakowała mi torbę i wyszła.
Gdy zagotowały się warzywa, ocknąłem się. Odsunąłem pokrywkę i znowu usłyszałem dzwonek. To pewnie Sabina pomyślałem, otwierając drzwi. Zamiast młodej kobiety zobaczyłem mężczyznę koło czterdziestki.
Dzień dobry, jestem Aleksander Nowicki, siostrzeniec Pawła. Przyjechałem w odwiedziny, a oni pojechali do Krakowa. A pan pewnie Tomek?
Tylko przytaknąłem, zaskoczony: Ale Grażyna mówiła o siostrzenicy
Aleksander się uśmiechnął: Pewnie się coś pomyliło w rozmowie.
Przypomniałem sobie szumy na linii i skinąłem głową: Możliwe. Proszę, zapraszam, skoro pan już jest.
Nie martw się. Mam bilet powrotny na wieczór pierwszego, wcześniej już nie było miejsc. Nie będę długo przeszkadzał.
Poszedłem do kuchni, zlałem warzywa i postawiłem do ostygnięcia.
Pan zamierza świętować tylko na jednej sałatce? Zażartował Aleksander.
Pan oczekuje pełnej oprawy? Mięsa, miski sałatki jarzynowej? odpowiedziałem zgryźliwie.
Zaśmiał się: Skądże, nie przepadam za tym. Wolę rybę.
Nie mam ryby… a i gotować jej nie umiem wzruszyłem ramionami.
Aleksander już zakładał płaszcz: Ale tym się nie przejmuj, zaraz wszystko będzie! i nie dał mi choćby zaprotestować, zamykając za sobą drzwi.
Chwilę później parsknąłem śmiechem nad absurdem sytuacji. Spodziewałem się jakiejś ciotki, a zjawił się energiczny facet.
Nie było go ponad półtorej godziny. Zacząłem się niepokoić w końcu obcy w mieście, może się zgubił? Gdy w końcu zabrzmiał dzwonek do drzwi, pobiegłem otworzyć.
Gdzie pan się podział? Martwiłem się! zacząłem z lekkim wyrzutem, po czym zaniemówiłem. W przejściu pojawiła się puszysta choinka, a potem Aleksander z torbami pełnymi zakupów.
Po co to wszystko? spytałem.
Jak to, święta bez choinki? Zaśmiał się i ustawił drzewko przy ścianie.
Wciągnąłem ten niepowtarzalny zapach igliwia i zaśmiałem się: Jeszcze tylko mandarynek brakuje.
Aleksander zaraz zawołał: Są mandarynki i szampan, to podstawa! Chodź, pomagaj, zaraz zrobimy kolację sylwestrową.
I wtedy, żartując i śmiejąc się, dekorowaliśmy choinkę i gotowaliśmy. Pod jego czujnym okiem czyściłem krewetki i ryby, podpatrywałem jak robi karpia w piecu.
Tuż przed północą wszystko było gotowe. Odkręciliśmy wino musujące, wznieśliśmy toast: Na zdrowie, w nowym roku nowego szczęścia! Po północy długo rozmawialiśmy.
Wie pan, jak zaczynaliśmy być razem z Małgosią, była inną osobą. Milutka, troskliwa A potem tylko wyrzuty, iż coś nie tak zrobiłem, nie tak ugotowałem Ale dość już o mnie. A pan żonaty? zapytałem.
Aleksander westchnął: Już nie. Prosta historia. Ja wracałem z wyjazdu, a ona poszła do kogoś innego. Po świętach składam pozew o rozwód. Ale nie czas na smutki, opowiedzmy sobie lepiej śmieszne historie z dzieciństwa.
Ja to się kiedyś założyłem z kolegami i włazłem na wysoką topolę. Potem płakałem, bo zejść się bałem, aż w końcu sąsiad Marian mnie zdjął. W domu cała rodzina się śmiała.
A ja na lekcji chemii przykleiłem taboret do podłogi w gabinecie dyrektora. Ojciec potem nauczył mnie szacunku pasem śmiał się Aleksander.
Do białego rana wspominaliśmy śmieszne wpadki z młodości. Gdy zacząłem ziewać, Aleksander stanowczo powiedział: Idź już spać, ja wszystko sprzątnę.
Po chwili już spałem jak dziecko.
Obudził mnie następnego dnia.
Tomek, wstawaj. Czas mi już wychodzić, zamkniesz za mną drzwi?
Zerwałem się: Już wieczór? Czemu nie obudziłeś mnie wcześniej?
Pogładził mnie po włosach z uśmiechem: Tak słodko spałeś, szkoda było budzić. Ale muszę już, zanim na dworzec się dostanę.
Odprowadziłem go do drzwi. Dzięki za święta, choć trochę mi smutno przyznałem.
Aleksander się zawahał, po czym zdecydowanie zapytał: Mogę do ciebie jeszcze przyjechać, jak tylko będę miał wolne?
Ucieszyłem się: Przyjeżdżaj, będę czekał…
Przysunął się, pocałował mnie gwałtownie i szepnął: To do zobaczenia!
Jeszcze długo stałem przy zamkniętych drzwiach, dotykając ust i uśmiechając się do siebie. Bo czasem znasz człowieka całe życie i okazuje się draniem, a bywa, iż po dniu znajomości masz wrażenie, jakbyście znali się od zawsze.
Nie ma co mówić w Nowy Rok zdarzają się cuda. Przypadek, dziwny zbieg okoliczności i nagle nowa miłość, a z nią nowe życie.
Czego się nauczyłem? Życie potrafi zaskoczyć, właśnie wtedy, gdy przestajesz się tego spodziewać. Trzeba tylko dopuścić ludzi do swojego stołu i zostawić otwarte drzwi.















