Olena spędziła cały dzień przy kuchni. Rozległ się dzwonek do drzwi. Przyjechali krewni Tolka i zasiedli przy stole.

newsempire24.com 1 tydzień temu

Alicja spędziła cały dzień przy kuchence, choć sama kuchenka płynęła raz ku niebu, raz zanurzała się pod podłogę jak to bywa we śnie. Nagle zadźwięczał dzwonek do drzwi. To krewni Zdzisława przyjechali, rozsiadając się przy stole jak gołębie na dachu kościoła w Krakowie.

A gdzie mięso? zapytała ciotka, która wyglądała, jakby miała więcej lat niż dąb Bartek pod Kielcami.

Tam jest gęś faszerowana powiedziała grzecznie Alicja, choć gęś zdawała się przebierać nóżkami i śmiała się cicho.

Ciotka teatralnie zerwała się z krzesła. Tego nie da się jeść! Wracamy do domu.

Zdzisław powstał za ciotką, zasuwając kapcie, choć już nie miał ich na nogach. To sobie sama żyj, jak nie umiesz gotować! krzyknął nagle i zaczął pakować rzeczy do walizki w kolorze buraczków.

*

Halo, Halina? To ja, Alicja. Słyszysz mnie? Strasznie zrywa… Tak, dzwonię, żeby powiedzieć, iż w tym roku na święta nie przyjadę. Po co miałabym? Będziesz z Witkiem, twoja córka z mężem i dzieciakami. A ja? Zjem warzywną sałatkę i wrócę do siebie taksówką za podwójną stawkę w złotówkach… No, nie umiem spać w cudzym łóżku, sama rozumiesz. Co będę robić? Nic… pójdę spać, tyle.

Za oknem tramwaj dzwonił jak dzwon Zygmunta, a przez szumy linii Alicja usiłowała się dodzwonić do przyjaciółki, u której od rozwodu spędzała każdy Sylwester.

Co? Ty do mnie też dzwoniłaś? Wyjeżdżacie? Do Lublina, do ciotki Witka? Szerokiej drogi. Jaka sprawa? Kto przyjeżdża? Sabina? Kto to w ogóle? Bratanica? Halo… Brakuje mi zasięgu mruczała Alicja zniecierpliwiona.

Odłożyła słuchawkę i zamyśliła się. Może dobrze, iż nie będzie sama. Ale trzeba by choć sałatkę zrobić. Dla siebie zjadłaby kanapkę z ogórkiem, ale dla gościa coś więcej. Warzywa zaczęły się gotować, natka pietruszki popłynęła w powietrzu razem z marzeniami.

Kiedyś, jeszcze z Zdzisławem, nie siedziała tak spokojnie. Trzydziestego grudnia cała rodzina z wiosek zjeżdżała do nich a kuchnia zmieniała się w saunę i łaźnię. Para, zapach tłuszczu, okno otwarte na oścież i tak nic nie pomagało. Tutaj galaretę wieprzową, tam pierogi, schabowe… Tylko na chwilę mogła dotknąć marchewki czy jabłka na szarlotkę, bo kiedy zrobiła sałatkę z awokado, ciotka krzyknęła:

Co za paskudztwo! i wszyscy jej wtórowali.

A przecież tu takie pyszności, rozmyślała Alicja. Majonez niemal kapał ze wszystkiego, a mężczyźni tylko czekali, by usiąść do stołu i próbować wiejskiej nalewki przy opowieściach, które rozciągały się do północy. Drugiego stycznia wszyscy wyjazd, zostawały tylko talerze i ulewający się tłuszcz. Alicja przez tydzień myła, szorowała, sprzątała, a Zdzisław świętował gdzieś we wsi i wracał milczący, zły, niedogolony. Wysłuchał się, iż ożenił się z kobietą, co to gotować nie umie. Wiecznie wypominał Weronikę, którą mu rzekomo Alicja “zabrała”.

Pozostawało jej tylko żalić się Halinie. Ta, mając już dosyć skarg, wymyśliła plan: kazała Alicji dzwonić do rodziny i prosić, by przyjechali, ale to ona wszystko ugotuje. Razem przygotowały przekąski lekkie jak piórko, a sycące jak barszcz z uszkami. Rodzina zasiadła i…

A gdzie mięso? żachnęła się ciotka.

No tutaj, gęś faszerowana, odpowiedziała Alicja z uśmiechem.

A puree? nie dawała za wygraną ciotka.

Nagotowałaś jakiejś sieczki! ofuknęła. Chodź, Felek, jedziemy do domu!

Wszyscy natychmiast powstali i jak korowód sylwestrowy trzasnęli drzwiami.

No, naprawdę… wydyszał Zdzisław, zamachując się jakby do kradzieży księżyca.

Poczekajcie, idę z wami! zawołał za krewnymi.

Nie zapomnij walizki! zawołała Alicja i wręczyła mu czerwoną torbę.

Mieszkaj sobie sama, nudziaro. Ja jeden nie zostanę rzucił Zdzisław i poszedł.

Kiedy z garnka wylała się woda jak z wodospadu we śnie, Alicja ocknęła się. Odsunęła pokrywkę i znów dzwonek do drzwi.

To pewnie Sabina, pomyślała. Otworzyła drzwi, a tam…

Mężczyzna, lat może czterdzieści, uśmiechnął się szelmowsko: To ja, Aleksander Jerzy Nowicki, bratankiem Witka jestem. Przyjechałem, a oni do Lublina uciekli. Alicja, prawda?

Kiwnęła głową; zaraz powiedziała: Ale Halina mówiła o bratanicy.

Aleksander uśmiechnął się: Może źle się dogadaliście?

Alicja przypomniała sobie szumy i kiwnęła głową. Może tak… Wchodźcie już.

Nie martwcie się, mam bilet na pierwszy wieczór, nie zadługo tu zostanę wyjaśnił Aleksander.

Alicja wróciła do kuchni, warzywa śniły na talerzu własne historie.

Aleksander rzucił z uśmiechem: A wy naprawdę chcecie jednym sałatkiem święto uczcić?

Alicja, zaskoczona swoją szczerością, odburknęła: Potrzebujecie pełnej uczty? Mięso, sałatka jarzynowa i półmiski?

On zaśmiał się, aż szkliło się okno: Dajcie spokój, mięso to nie dla mnie. Wolę ryby.

Alicja wzruszyła ramionami: Ryby nie mam. Ani nie umiem jej dobrze przyrządzić.

Aleksander zerwał się, zakładając buty, chociaż się nie zgadzały. Zaraz wszystko będzie, nie przejmujcie się.

Zanim Alicja zdążyła zaprotestować, już zniknął za drzwiami.

Śmiała się, bo czekała starszą kobietę, a tu zjawił się energiczny mężczyzna. Aleksandra nie było bardzo długo kuchnia zamieniała się w ocean, a garnki dryfowały w stronę okna. Gdy znów rozległ się dzwonek, pobiegła otwierać z dziwnym spokojem.

Gdzie się podziewaliście? Już się martwiłam! powiedziała odruchowo, po czym zamilkła.

W progu pojawiła się puszysta choinka, za nią Aleksander z siatkami wypchanymi, jakby święty Mikołaj wpadł na zieleniak.

Po co? zapytała, kręcąc się wokół własnej osi.

Aleksander postawił choinkę przy ścianie i powiedział: No jak to, Sylwester bez choinki?

Alicja zaciągnęła się żywicznym zapachem. Jeszcze tylko mandarynek brakuje…

Aleksander wykrzyknął: Są! Mandarynki, szampan to podstawa! No, pomagajcie!

Potem śmiali się i stroili drzewko, szykowali jedzenie, aż kuchnia zaczęła śnić o morzu i wodorostach. Pod opieką Aleksandra Alicja skubała krewetki, filetowała rybę. Patrzyła, jak on zapieka karpia, który śmiał się do niej oczkami.

Na dwunastą wszystko było gotowe. Odstrzelili szampana, kieliszki bulgotały. O północy stuknęli się i powiedzieli: Nowy Rok, nowe szczęście! i wypili do dna, choć szampan smakował raczej jak sen o winogronach i kwiatach bzu.

Potem przyszły rozmowy.

Wie pan, kiedy się pobraliśmy… To był inny człowiek. Może bardziej dobry, łagodny… albo to ja byłam zakochana? Kto widzi wady? Alicja się uśmiechnęła smutno. Potem tylko żale, iż coś źle, iż niedobrze gotuję. Ale dosyć o mnie, a pan? Żonaty?

Aleksander westchnął: Już nie. Banalna historia ja z rejsu, a ona już z kimś innym. Jak wrócę, złożę pozew… Ale może porzućmy smutki, przejdźmy na ty i powspominajmy dzieciństwo.

Założyłam się z chłopakami i wlazłam na wielką sosnę, ale nie umiałam zejść. Płakałam, aż zdjął mnie wujek Franciszek z czwartego piętra. A potem w domu stałam całą noc w kącie! roześmiała się Alicja.

A ja w podstawówce przykleiłem kierownikowi krzesło do podłogi. Taty pasek długo pamiętałem śmiał się Aleksander.

Przegadali tak do rana, śmiejąc się z dawnych psot. W końcu Alicja ziewnęła:

Jakie spanie? Muszę jeszcze posprzątać!

Aleksander stanowczo: Ja wszystko zrobię!

Alicja posłuchała i niedługo zapadła w sen, a śnił się jej dom z lat dziecięcych i Zdzisław tańczący na stole w kapciach.

Obudził ją Aleksander:

Alicja, wstawaj. Czas na mnie, zamkniesz za mną drzwi.

Jak to, już wieczór? Czemu nie obudziłeś wcześniej?

On poprawił niesforny kosmyk na jej czole, uśmiechnął się: Spałaś tak słodko, nie chciałem cię budzić. Ale muszę już jechać na dworzec.

Alicja odprowadziła go do drzwi: Dziękuję za święto powiedziała cicho.

Aleksander zakręcił się w progu, jakby miał wyrosnąć z niego nowy sen.

Mogę przyjechać kiedyś znowu? Jak już będę wolny?

Alicja zamrugała i ucieszyła się: Przyjedź, będę…

Nie zdążyła dokończyć, bo pocałował ją lekko w usta i wyszeptał: Do zobaczenia!

A ona jeszcze długo stała przy zamkniętych drzwiach, dotykając ust i rozmyślając z uśmiechem, bo czasem cały świat zmienia się w ciągu jednego dziwnego, sylwestrowego snu.

Bo w Nowy Rok cuda się zdarzają, choćby jeżeli wszystko odbywa się zupełnie inaczej, niż się tego oczekiwało a z nowym uczuciem można wejść w całkiem nowe życie, choćby pośród śniących warzyw i fruwających kapci.

Idź do oryginalnego materiału