Elżbieta spędziła cały dzień przy kuchni. Ciszę przerwał dzwonek do drzwi. To rodzina Tadeusza przyszła, rozsiadła się przy stole.
A gdzie mięso? zapytała z żalem ciotka.
Przecież jest nadziewana gęś, uprzejmie odpowiedziała Elżbieta.
Ciotka teatralnie wstała od stołu:
Tego się jeść nie da. Wracamy do domu.
Tadeusz poszedł za ciotką.
No i proszę, radź sobie sama, skoro gotować nie umiesz! warknął, po czym zaczął pakować rzeczy do torby.
***
Halo, Grażyna? To ja, Elżbieta. Jak to kto? Elżbieta mówię. Słabo cię słychać. Po co dzwonię? Wiesz co, Grażynko, w tym roku nie przyjadę na święta. Nie przyjadę, mówię! A po co? Ty będziesz z Wiktorem, twoja córka z mężem i dziećmi. A ja co? Naje się sałatek i wracać taksówką za podwójną stawkę? No nie mogę spać w obcym domu, sama wiesz. Co będę robić? Po prostu pójdę spać i tyle przez trzaski i szum na linii Elżbieta rozmawiała ze swoją przyjaciółką, u której od pięciu lat, po rozwodzie, spędzała Sylwestra i inne święta.
Co? Też chciałaś zadzwonić? Wyjeżdżacie? Gdzie? Do Lublina, do ciotki Wiktora? Szerokiej drogi! Co za problem? Kto przyjeżdża? Saszka? Jaka Saszka? Siostrzenica? Halo? Co tam z tym zasięgiem? Zostawić na kilka dni? Przecież wiesz, iż nie lubię obcych w domu. No dobrze, pomogę niech przyjeżdża. Cholera, znowu przerwało ze złością odłożyła słuchawkę.
Usiadła zamyślona. Może to i lepiej, iż na święta nie zostanie sama. Przynajmniej nie będzie pusto Zaraz, trzeba chociaż sałatkę zrobić. Sama to by bułką zagryzła, ale dla gościa coś trzeba przygotować. Wstawiła ziemniaki, przygotowała zieleninę i zamyśliła się.
Gdy była jeszcze żoną Tadeusza, choćby na chwilę nie siadała w spokojnej kuchni. Już trzydziestego zjeżdżała się cała rodzina z jego strony głównie z okolic Radomia. I zaczynało się. Kuchnia we mgle od pary i zapachów. Drzwi otwarte, by wywietrzyć: galareta z nóżek, pieczone pierogi, smażone kotlety. Sam smalec i tłustość. Elżbieta tylko kursowała ze wszystkim: to galareta na balkon, to jarzyny do warzywnej sałatki. Gotować jej nie pozwalali, odkiedy pewnego razu zrobiła sałatkę z awokado.
Co za paskudztwo kręciła nosem ciotka Tadeusza i wszyscy z nią się zgodzili.
A u nich nie paskudztwo, później oburzała się Elżbieta, tylko samo majonezem ocieka, aż się leje z łyżki. Zaraz po posiłku mężczyźni zaczynali obchodzić stół i testować bimberek. Do dwunastej trzydziestego ledwo wytrzymywali.
A drugiego każdego roku wszyscy wsiadali w samochód, po drodze dojadając resztki. A Elżbiecie zostawał cały bałagan. Przez tydzień potem myła, szorowała i porządkowała. A Tadeusz w tym czasie świętował w rodzinnej wsi. Po powrocie był posępny, nieogolony i markotny. Nastrajał się słowami krewnych, iż z żony, która gotować nie potrafi, nic nie będzie. Zaczynała się kłótnia. I cały czas wspominał Weronikę, którą Elżbieta mu niby “odbijała”. Znosiła te wyrzuty, myśląc: “No trudno, nie umiem gotować tych tłustych potraw”. Zostawało jej tylko żalić się Grażynie. Ta, zawsze żywiołowa, w końcu wpadła na pomysł: nakłoniła Elżbietę, żeby raz postawiła warunek przygotuje sama święta, ale rodzina ma przyjechać dzień wcześniej. Przez cały dzień z koleżanką robiły lekkie, ale pożywne przekąski. Rodzina znów przyjechała, rozsiadła się.
Gdzie mięso? zawiedziona była ciotka.
Nadziewana gęś stoi odpowiedziała Elżbieta.
A puree? dociekała dalej.
Ciotka teatralnie wstała od stołu:
Nawarywała jakiejś kiszonki. Felek, pakuj mnie do domu!
Wszyscy naraz się zerwali, ubrali i zatrzasnęli drzwi.
No gratuluję rzucił przez zęby Tadeusz, gotów na awanturę.
Poczekajcie, idę z wami! krzyknął za rodziną i dodał beznamiętnie do Elżbiety: Tylko nie zapomnij moich rzeczy.
Żyj sobie sama, marudo. Ja bez ciebie dam sobie radę, zobaczysz! rzucił swoje rzeczy do torby i wyszedł.
Z zamyślenia wyrwał ją kipiący garnek. Odchyliła pokrywkę, gdy nagle odezwał się dzwonek. To pewnie Sasza pomyślała i otworzyła drzwi. Zamiast młodej dziewczyny zobaczyła faceta około czterdziestki.
To ja uśmiechnął się. Pozwoli pani przedstawić się: Aleksander Ignacy Mikołajczyk, siostrzeniec Wiktora. Przyjechałem z niespodzianką, ale oni wyjechali do Lublina. A pani pewnie Elżbieta?
Ta przytaknęła zaskoczona:
Tylko iż Grażyna mówiła o siostrzenicy
Aleksander uśmiechnął się szeroko:
Może się źle zrozumieliśmy?
Elżbieta skinęła głową:
Rzeczywiście Proszę, skoro już pan tu.
Proszę się nie martwić. Mam bilet na pierwszy wieczorem, dłużej nie zabawię.
Elżbieta wróciła do kuchni, odcedziła warzywa. Aleksander usiadł w kuchni i, trochę ironicznie spytał:
To na tę jedną sałatkę święta planujemy?
Powinna być pełna uczta? Mięso, śledzie, sałatki po uszy? odburknęła zaskakująco szorstko.
Zarechotał:
Co pani, nie lubię tego. Ja wolę ryby.
No to niestety, ryby nie mam i gotować jej dobrze też nie umiem przyznała z rezygnacją.
Aleksander ubierając płaszcz rzucił:
Nic się nie martw. Zaraz wszystko będzie, i zanim zdążyła zaprotestować, wyszedł, zostawiając ją samą.
Elżbieta roześmiała się sama do siebie nad absurdalnością sytuacji. Spodziewała się kobiety, a tu energiczny, dowcipny facet.
Nie było go półtorej godziny. Zaczęła się niepokoić w końcu był z innego miasta. Ale wreszcie dzwonek. Poleciała otworzyć drzwi.
Gdzie się pan podziewał, już się martwiłam! zaczęła z wyrzutem, ale urwała, widząc go obładowanego reklamówkami i z niewielką choinką.
Po co to wszystko? zapytała zaskoczona.
Aleksander postawił choinkę przy ścianie i rzucił z humorem:
No jak bez choinki Nowy Rok!
Znów Elżbieta odetchnęła zapachem żywicy i uśmiechnęła się szeroko.
Teraz już tylko brakuje mandarynek!
Proszę bardzo! Mandarynki i szampan to podstawa! Pomóż mi tylko z zakupami na kuchnię, szykujemy święta.
Gdy razem stroili choinkę i przygotowywali kolację, śmiali się, żartowali. Elżbieta pod okiem Aleksandra uczyła się obierać krewetki i przyglądała się, jak piecze karpia.
Na dwunastą wszystko było gotowe. Otworzyli szampana, kieliszki z bąbelkami. O północy stuknęli się i wznieśli toast: Nowy Rok, nowa szansa! I wypili do dna. Potem rozmawiali długo.
Pan rozumie Kiedy wychodziłam za mąż, on był inny lepszy, chyba bardziej ludzki. Albo mi się tylko wydawało? Zakochani nie dostrzegają wad A potem tylko pretensje. Wszystko robię źle, choćby gotuję źle. Ale dosyć o mnie może pan coś o sobie? Ma pan rodzinę?
Aleksander westchnął:
Już nie. Banał jestem kierowcą, wracam z trasy, a ona z innym. Przyjadę, załatwię rozwód i po sprawie. Ale znowu rozmawiamy o smutkach i na dystans. Może przejdźmy na ty jak za dzieciaka!
Ja się zakładałam z chłopakami i weszłam na wysokie drzewo śmiała się Elżbieta a zejść nie potrafiłam. Płakałam, aż wujek Stefan z trzeciego piętra mnie ściągnął. Potem wieczór w kącie
A ja w podstawówce przykleiłem krzesło do podłogi dyrektorowi Już nie muszę opowiadać, czym się ta akcja skończyła!
I tak śmiali się oraz wspominali zabawne wspomnienia życia aż do świtu. Elżbieta ziewnęła i Aleksander podsumował:
Zagadaliśmy się. Idź spać.
Jakie spanie, najpierw muszę posprzątać po kolacji
Ja posprzątam odpowiedział stanowczo.
I rzeczywiście, Elżbieta pierwszy raz od dawna pozwoliła sobie na taki luksus położyła się do łóżka i zasnęła natychmiast.
Obudził ją Aleksander.
Elżbieto, czas mi już. Zamkniesz za mną?
Podskoczyła na równe nogi.
To już wieczór? Czemu mnie nie obudziłeś wcześniej?
Poprawił jej niesforny kosmyk z czoła i uśmiechnął się:
Spałaś jak dziecko, nie miałem serca budzić. Ale muszę jechać, zanim korki się zaczną.
Odprowadziła go do drzwi.
Dziękuję za święta powiedziała cicho.
Stanął jeszcze niepewnie, potem zdecydowanie zapytał:
Mogę do ciebie jeszcze kiedyś przyjechać? Gdy będę wolny?
Elżbieta rozpromieniła się:
Przyjeżdżaj, będę cze…
Nie dokończyła, bo delikatnie ją pocałował.
To do zobaczenia szepnął.
Jeszcze długo stała z ręką przy ustach i uśmiechała się szczęśliwa. Bo czasem wystarczy jeden wieczór, by człowieka poznać naprawdę. I znów uwierzyć, iż cuda się zdarzają szczególnie w Sylwestra. Trochę przypadku nowa miłość, nowe życie.















