Elżbieta spędziła cały dzień w kuchni. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. Przyjechali krewni Andrzeja, zajęli miejsca przy stole. A gdzie mięso? zapytała ciotka. Przecież jest faszerowana gęś odpowiedziała uprzejmie Elżbieta. Ciotka teatralnie wstała od stołu: To się jeść nie da! Wracamy do domu. Andrzej podniósł się za swoją ciotką: I co ty Radź sobie sama, skoro nie umiesz gotować! Zaczął gwałtownie pakować rzeczy do torby.
Halo, Halinka? Elżbieta z tej strony. Słabo cię słyszę, straszny ten zasięg. Po co dzwonię? Wiesz co, Halinka, w tym roku do was nie przyjadę. Mówię, nie przyjadę świętować. Dlaczego? Po co? Ty będziesz z Wiktorem, twoja córka z mężem i dzieciakami. A ja co? Najem się sałatek i pojadę taksówką za podwójną stawkę? No wiesz, nie lubię nocować w cudzym mieszkaniu, sama najlepiej wiesz. A co będę robić? Położę się spać i tyle mówiłam przez szumy do słuchawki. To do Halinki od lat pięciu jeździłam świętować, odkąd się rozwiodłam.
Co mówisz? Sama chciałaś zadzwonić? Wyjeżdżacie? Gdzie tym razem? Do Krakowa, do ciotki Wiktora? No to szerokiej drogi, udanego wypoczynku. Jaki problem? Kto przyjeżdża? Sasza? Jaka Sasza? Siostrzenica? Halo? O co chodzi z tym zasięgiem? Mam przyjąć na parę dni? Przecież wiesz, iż nie lubię obcych na noclegu. No dobrze, niech przyjeżdża, pomogę, trudno. O, rozłączyło znów rzuciłam z irytacją telefon na stolik.
Posiedziałem i pomyślałem. Może to i lepiej, iż w święto nie będę sama. Od razu przypomniałem sobie, iż trzeba gościa czymś poczęstować. Sam bym zjadł trochę kanapek i starczy, ale dla gościa trzeba coś przygotować. Nastawiłem ziemniaki na sałatkę, obrałem warzywa, pokroiłem zieleninę i rozmyślałem.
Zanim jeszcze byłem mężem Andrzeja, choćby mi do głowy nie przyszło tak siedzieć. Już trzydziestego cała jego rodzina zjeżdżała się do nas z różnych stron Polski. No i się zaczynało. Kuchnia w parze i dymie, otwarte okno nic nie dawało. Gotowały się flaki, piekły ciasta, smażyły kotlety schabowe. Wszystko tłuste, na smalcu. Tylko biegałem ze strawą raz wynosiłem galaretkę na balkon, raz warzywa na sałatkę jarzynową obierałem. Do gotowania specjalnie mnie nie dopuszczali, bo kiedyś zrobiłem sałatkę z awokado.
Co to za paskudztwo powiedziała ciotka Andrzeja i wszyscy jej przytaknęli.
A sami jedli tylko z majonezem narzekałem później. Wszystko ociekało tłuszczem, jeszcze od razu kieliszek wódki na stół i tak do północy ledwo kto doczekał.
Drugiego stycznia wyjeżdżali dopiero po tym, jak wszystko zjedli i wypili. A mnie zostawał cały bałagan. Przez tydzień potem myłem, sprzątałem i ogarniałem wszystko. A Andrzej wtedy ciągnął biesiadę na wsi. Wracał przygnębiony, zarośnięty i naburmuszony. Nastrajała go rodzina przeciwko mnie iż wziął sobie żonę, która choćby gotować nie umie. Awantura za awanturą. Wciąż wypominał mi Weronikę, którą niby odebrałam. Znosiłem te wyrzuty, bo może i racje mieli nie umiałem gotować tak tłusto, jak u niego w domu, a nie chciałem.
Jedyne, co mi zostawało, to żalić się Halince z dzieciństwa. Ona temperamentna, w końcu wymyśliła sposób. Kazała mi obdzwonić wszystkich i powiedzieć: wszystko przygotuję sama, tylko przyjedźcie w Sylwestra. Z Halinką spędziliśmy cały dzień w kuchni, robiąc lekkie zakąski. Rodzinka przyjeżdża, siadają.
A gdzie mięso? rozczarowana ciotka pyta.
Przecież gęś faszerowana odpowiadam uprzejmie.
A puree? dalej ciśnie.
Ciotka teatralnie wstaje: No to, Elka, nagotowałaś kiszonki jakiejś. Franek, zabieraj mnie do domu!
Wszyscy od razu poderwali się, ubrali i trzask drzwiami.
Ty westchnął Andrzej i ruszył za rodziną.
Poczekajcie, już idę z wami krzyknął do nich Andrzej.
Nie zapomnij rzeczy! rzuciłam jeszcze i wyciągnąłem mu torbę.
Radź sobie sama, nudziaro. Ja sam nie zostanę, ale ty? Wpakował resztę i wyszedł.
Gdy warzywa zaczęły wykipywać, ocknąłem się. Odsunąłem pokrywkę i usłyszałam znów dzwonek do drzwi. Pewnie Sasza pomyślałam i otwarłam. Zdezorientowany zapytałem: A gdzie Sasza?
Mężczyzna około czterdziestki się uśmiechnął: No to ja właśnie. Przedstawiam się Aleksander Ignacy Makowski, siostrzeniec Wiktora. Na niespodziankę przyjechałem, a oni do Krakowa wyjechali. A pani chyba Elżbieta?
Przytaknąłem, zaskoczony: Ale Halinka mówiła o siostrzenicy.
Aleksander się roześmiał: Może źle usłyszałaś przez ten zasięg?
Przytaknąłem: Możliwe. No trudno, jak już pan przyszedł niech pan wejdzie.
Proszę się nie martwić. Mam bilet na pierwszy wieczorem, nie było wcześniej wolnych miejsc. Nie zabawię długo.
Poszłam do kuchni, odcedziłam warzywa i wyłożyłam na talerz.
Aleksander z przekąsem zagaił: To tylko na sałatce planuje pani spędzić święto?
Nie wiem czemu odpowiedziałem ostro: A co, potrzebuje pan pełnej zastawy? Misa sałatki jarzynowej i cały schab pieczony?
Roześmiał się: Broń Boże, takich rzeczy wystrzegam się. Wolę ryby.
Wzruszyłam ramionami: Ryb nie mam i choćby nie potrafię je dobrze zrobić.
Aleksander już zakładając płaszcz krzyknął: Niech się pani nie martwi, zaraz wszystko będzie! Nie zdążyłem zaprotestować, zamknął za sobą drzwi.
Parsknąłem śmiechem nad absurdem tej sytuacji. Czekałem starszej pani, a pojawił się energiczny facet.
Nie było go ze dwie godziny. Już zacząłem się niepokoić w końcu nie zna miasta, pewnie się zgubił. Kiedy w końcu rozległ się dzwonek, pobiegłem otwierać.
Gdzie pan się podział? Już zaczynałem się martwić chciałem zganić, ale zamilkłem. W drzwiach stanęła puchata choinka, a potem Aleksander z siatkami.
Ale po co? wydusiłem tylko.
Aleksander postawił choinkę przy ścianie i z uśmiechem stwierdził: No jak to, Sylwester bez choinki?
Poczułem cudowny, żywiczny zapach i się zaśmiałem: Jeszcze tylko mandarynek brak.
Ależ mam i mandarynki, i szampan! Wszystko kupiłem. No to do kuchni, pomagajcie! zakomenderował Aleksander.
Rozpoczęliśmy więc wspólnie przygotowania, żartując i śmiejąc się. Pod jego nadzorem uczyłem się, jak obrać krewetki, jak przyprawić i przygotować karpia po polsku. Do dwunastej wszystko było gotowe: szampan otwarty, bąbelki lekko się skrzyły w kieliszkach. Po wybiciu północy stuknęliśmy się: Za nowy rok, za nowe szczęście! wypiliśmy do dna. A potem rozmawialiśmy.
Wie pan, kiedy się pobraliśmy, był zupełnie inny. Troskliwy, łagodny. Albo mi się wydawało? Miłość chyba przysłania wady, uśmiechnęłam się smutno. Później już tylko złość i ciągłe wyrzuty. Że źle robię, iż nie umiem gotować. Koniec o mnie, może pan coś powie? Jest pan w związku?
Aleksander westchnął: Już nie. Banał: pływałem zawodowo, a ona z innym Po powrocie od razu składam papiery na rozwód. Ale coś za bardzo ponuro, może przejdźmy na ty, pogadajmy o dzieciństwie.
Raz się założyłam z chłopakami i weszłam na wysokie drzewo, a zejść nie mogłam. Płakałam, aż wujek Staszek z trzeciej klatki mnie zdjął. W domu za karę całą noc stałam w kącie wspominałam śmiejąc się.
A ja w podstawówce przykleiłem krzesło w gabinecie dyrektora do podłogi. Tata wtedy porządnie mi dał śmiał się Aleksander.
Tak do rana wspominaliśmy wesołe historie. Ziewałam i Aleksander powiedział: Rozgadaliśmy się, idź spać.
Jak spać, jeszcze trzeba sprzątnąć ze stołu odburknęłam sennie.
Ja wszystko ogarnę stanowczo powiedział.
Zgodziłam się i zaraz poszłam spać jak dziecko.
Obudził mnie Aleksander.
Elu, wstawaj, muszę już wychodzić, zamkniesz za mną drzwi?
Zerwałam się: Co, już wieczór? A czemu wcześniej nie obudziłeś?
Poprawił pasmo moich włosów i uśmiechnął się: Tak słodko spałaś, szkoda było budzić. Naprawdę muszę się już zbierać, zanim dojadę na dworzec
Odprowadziłam go do drzwi: Do zobaczenia. Dziękuję za wspaniałe święto powiedziałam smutno.
Aleksander stał chwilę na progu. A mogę cię odwiedzić kiedyś? Jak będę wolny?
Ucieszyłem się: Oczywiście, zapraszam Chciałam dokończyć, ale on gwałtownie pocałował mnie w usta i szepnął: To do zobaczenia!
Jeszcze długo stałem przy zamkniętych drzwiach, dotykając ust i uśmiechając się do siebie. Tak to już jest, iż zna się kogoś całe życie i okazuje się, iż to nie ta osoba. A czasem wystarczy doba, by poczuć, iż zna się kogoś od zawsze.
Cudów w Nowy Rok nie brakuje. Przypadek, który nagle prowadzi do nowego uczucia i nowego życia. Takie chwile uczą, iż warto czasem otworzyć się na to, co nieprzewidziane, bo szczęście potrafi zjawić się choćby wtedy, kiedy się go wcale nie spodziewamy.















