Dziś wieczorem, kiedy siedzę przy biurku i patrzę przez okno na wiosenne niebo nad Poznaniem, myślę o tym, jak przewrotnie potrafi się ułożyć życie. Wszystko zmieniło się przez jeden nieprzemyślany ruch serca przez zranioną dumę.
Moja historia z Marią trwała prawie dwa lata. Kochałem ją tak, jak nigdy wcześniej do szaleństwa, gotów byłem wynosić ją na rękach i przenosić góry. Byłem pewny, iż zbliżamy się do ślubu. Często się jednak wahała i mówiła:
Po co nam teraz się żenić? Jeszcze nie skończyłam studiów, u ciebie, Paweł, z rodzinną firmą nie idzie najlepiej. Ani porządnego auta, ani własnego mieszkania. Ola, jasne, to moja najlepsza przyjaciółka, ale nie chcę co rano spotykać jej w kuchni. Gdybyś nie sprzedał domu
Trochę mnie to bolało, choć wiedziałem, iż Maria po części miała rację. Mieszkaliśmy z Olą moją młodszą siostrą, w mieszkaniu po rodzicach. Jeszcze nie zdążyłem dobrze poznać się na prowadzeniu naszego sklepu wszystko spadło na mnie, zanim sam zdobyłem dyplom. Sprzedaż domu była pragmatyczną decyzją wspólnie, z Olą, uznaliśmy, iż ważniejsze ratować biznes. Długi narastały, a sprzedaż dała nam oddech: spłaciliśmy zobowiązania, zainwestowaliśmy w towar, została choćby finansowa poduszka.
Maria żyła dniem teraźniejszym, pod opieką rodziców. Ja, zostawszy głową rodziny, miałem inne priorytety: chciałem, by Ola na mnie mogła polegać, bym ją nie zawiódł. Kiedyś wszystko będzie: i auto, i dom, i ogród.
Pewnego dnia, czekałem na Marię pod kinem przy Starym Rynku. Umówiliśmy się przez telefon, iż zobaczymy najnowszy film. Sama powiedziała, iż nie mam po nią przyjeżdżać co mnie nieco zdziwiło, bo zawsze nie znosiła tramwajów. Obserwowałem podjeżdżające autobusy, aż zatrzymała się obok mnie wypasiona toyota.
Przepraszam, Paweł, nie możemy się już spotykać. Wychodzę za mąż powiedziała, wciskając mi w rękę jakąś książkę, po czym odwróciła się i wsiadła do samochodu.
Stałem tam długo, próbując zrozumieć, co się adekwatnie wydarzyło. Przez trzy dni nie było mnie w Poznaniu, co mogło się zmienić?
Ola patrzyła na mnie badawczo, gdy wróciłem:
Już wiesz? spytała cicho.
Kiwnąłem głową.
Znalazła sobie bogatego Krzysia. Ślub dwudziestego piątego. Zapytała, czy będę świadkiem Oczywiście odmówiłam. Zwiodła cię, a za plecami romansowała.
Pocieszałem Olę jak dzieciaka pogłaskałem ją po głowie:
Nie martw się, Ola. Niech jej się wiedzie, a my wyjdziemy na swoje.
Zamknąłem się w pokoju na cały dzień. Ola trzymała za klamkę:
Może chociaż coś zjesz? Naleśniki usmażyłam
Wieczorem wyszedłem, już zupełnie odmieniony.
Ubieraj się rzuciłem.
Co ty planujesz?
Ożenię się z pierwszą dziewczyną, która się zgodzi powiedziałem bez cienia żartu.
Zwariowałeś! Przecież chodzi nie tylko o ciebie
Nie pójdziesz ze mną, pójdę sam.
W parku było tłoczno. Pierwsza dziewczyna pokręciła palcem przy skroni, druga odskoczyła jak od wariata, trzecia popatrzyła mi głęboko w oczy, po czym powiedziała:
Zgoda.
Jak masz na imię?
Zofia odpowiedziała.
Postanowiłem uczcić to pozytywne zaskoczenie poszliśmy z Olą i Zosią do kawiarni.
Siedzieliśmy w ciszy, bo Ola nie wiedziała nawet, co powiedzieć. Ja natomiast miałem w głowie tylko jedno zemsta. Zdecydowałem: i ja wezmę ślub 25-go.
Zosia przerwała milczenie:
Co cię skłoniło do takiego kroku? jeżeli to impuls, nie obrażę się, jeżeli się rozmyślisz.
Złożyłaś przysięgę. Jutro idziemy zgłosić się do urzędu miasta, potem poznaję twoich rodziców powiedziałem twardo i mrugnąłem do niej.
Chodźmy na ty zaproponowałem.
Codziennie widywaliśmy się przed ślubem, poznawaliśmy siebie nawzajem.
Powiesz mi kiedyś, dlaczego adekwatnie to zrobiłeś? zapytała Zosia.
Każdy ma swoje tajemnice uśmiechnąłem się wymijająco.
Byle nie przeszkadzały żyć.
A ty dlaczego się zgodziłaś?
Wyobraziłam sobie siebie jako królewnę wydaną za mąż przez ojca-króla. W bajkach takie rzeczy zwykle kończą się dobrze: Żyli długo i szczęśliwie. Chciałam sprawdzić sama, jak będzie.
Ale jej wybór krył głębszą historię. Po własnym rozczarowaniu miłosnym Zofia długo trzymała się na dystans od facetów. Szukała kogoś odpowiedzialnego, samodzielnego, z charakterem. Dostrzegła to we mnie.
Jaką jesteś królewną? Śmieszką, Piękną, czy Żabką? żartowałem.
Pocałuj, to się przekonasz odwzajemniła żart.
Nie było żadnych namiętnych pocałunków, nie było nic więcej.
Sam wszystkiego doglądałem przed ślubem Zosia musiała tylko wybierać z moich propozycji. choćby suknię ślubną sam jej wybrałem.
Będziesz najpiękniejsza! powtarzałem.
Stojąc w Urzędzie Stanu Cywilnego, spotkaliśmy Marię i jej narzeczonego. Uśmiechnąłem się uprzejmie i sztucznie:
Pozwól, iż pogratuluję pocałowałem ją w policzek. Bądź szczęśliwa ze swoim portfelem na nogach!
Przestań robić sceny odpowiedziała spięta Maria.
Spojrzała na Zosię krytycznie wysoka, zadbana, promieniująca spokojem. Maria wypadała blado. Zżerała ją zazdrość. A mnie wciąż korciło porównywanie.
Wszystko w porządku powiedziałem, robiąc dobrą minę do złej gry.
Wciąż możesz się wycofać wyszeptała Zosia.
Nie. Gramy do końca.
Dopiero patrząc w smutne oczy żony podczas składania przysięgi, zrozumiałem, co narobiłem.
Uczynię cię szczęśliwą powiedziałem, wierząc tym słowom.
Tak zaczęła się nasza codzienność. Ola i Zosia świetnie się dogadywały. Porywcza Ola nauczyła się panować nad emocjami, Zosia zorganizowała nam dom jak wytrwany menadżer, niepostrzeżenie kierując wszystkim.
Jako świetna ekonomistka i księgowa, Zosia gwałtownie ogarnęła nasze finanse. Po pół roku otworzyliśmy drugi sklep, a potem założyliśmy ekipy remontowe. Zarobki wystrzeliły w górę.
Zosia okazała się być prawdziwą królewną Mądrą, tak podsuwała pomysły, iż myślałem, iż to moje jakby z bajki. Mimo tego wszystko było przewidywalne, spokojne. Czułem się trochę jakby popadł w rutynę, tęskniąc za burzą emocji z Marią. To nie jest miłość. Po prostu tego nie czuję powtarzałem sobie.
Dzięki Zosi sklep rósł zaczęliśmy budować domy pod klucz. Pierwszy postawiliśmy dla siebie.
Im lepiej nam się wiodło, tym częściej wracałem myślami do Marii: Gdyby tylko mogła zobaczyć, jakim jeżdżę autem, jaki mam dom!. Zaczęło mną targać: A co jeśli…?
Zosia widziała, iż zaczynam się miotać. Próbowała zasłużyć na moją miłość. Nie wszystkie bajki mają szczęśliwe zakończenie powtarzała w duchu, ale nie traciła nadziei, bo sama miała imię pełne nadziei.
Ola też zauważyła moje rozterki.
Stracisz więcej, niż zyskasz powiedziała, widząc mnie wpatrzonego w profil Marii na Facebooku.
Nie wtrącaj się burknąłem.
Ola spojrzała ostrzej:
Jesteś głupi, Paweł. Zosia kocha cię naprawdę, a ty tylko się bawisz!
Jeszcze tego brakowało, żeby mi dzieciak mówił, co robić! złościłem się w duchu.
Coraz bardziej ciągnęło mnie do Marii. Napisałem.
Odpisała, iż życie jej się nie ułożyło. Mąż wyrzucił ją z domu, studiów nie skończyła, mieszka w wynajmowanym pokoju w Łodzi. Normalnej pracy brak.
Wahałem się kilka dni: Jechać? Nie jechać? Traf chciał, iż zostałem sam Zosia wyjechała na tydzień do chorej babci pod Lublin.
W końcu się zdecydowałem. Jechałem jak na skrzydłach, ignorując znaki drogowe, snując wizje starej miłości.
Rzeczywistość była bolesna.
Ale się zmieniłeś, Paweł! rzuciła mi się na szyję Maria.
Uderzył mnie zapach nieumytego ciała, odsunąłem się.
Ludzie patrzą…
Nic mnie nie obchodzi! zaśmiała się.
Mini, krzykliwy makijaż, tani lakier… Przewracałem w głowie, jak nie zauważyłem tego wcześniej.
Daj mi trochę pieniędzy, odwdzięczę się! zalotnie oblizała usta.
Nie wiedziałem, jak się jej pozbyć.
Wybacz, muszę iść wstałem.
Spotkamy się potem?
Nie sądzę poprosiłem kelnera o rachunek.
Chciałabym zostać jeszcze chwilę…
Zostawiłem jej kilkaset złotych rachunku na stole.
Gnałem do domu najszybciej, jak się dało.
Idiota, beształem się w myślach, Ola miała rację! Po co mi to było? Może jednak ten wyjazd był potrzebny skoro dotąd tego nie widziałem…
Nigdy nie nazywałem Zosi Zosieńką, a przecież bliższej osoby nie mam! Zahamowałem gwałtownie, dotarła do mnie prosta prawda.
Pięć minut siedziałem w samochodzie, myśląc o wszystkim, co się wydarzyło od dnia ślubu.
Przed oczami miałem jej roziskrzone niebieskie oczy, delikatne dłonie, troskliwy uśmiech.
Przecież obiecałem, iż będzie szczęśliwa pomyślałem, ruszając w stronę rodzinnej wsi.
Tydzień to za długo. Nie dotrwałem choćby dwóch dni powiedziałem Zosi, gdy wybiegła mi naprzeciw spod domu babci pod Lublinem.
Ty wariatku roześmiała się przez łzy.
Zosieńko, kochanie szepnąłem, a szczęście zakręciło nam w głowie jak w dziecięcej karuzeli.
