Zosia z teściową siedziały na starym tapczanie, obie szczelnie opatulone swetrami. Zima, dopiero co rozpalili w piecu, więc w całym domu pachniało trochę sadzą, a trochę nadzieją.
Spokojnie, mamo. Ze wszystkim sobie poradzimy. Nie zginiemy. Zaraz ci podam lekarstwa.
Zosia próbowała uspokajać teściową bo mamą była dla niej już bardziej z przyzwyczajenia niż z formalności. I choćby nie teściową z krwi, bo była żoną prawie byłego męża. Ach, skomplikowane to polskie życie.
Mieszkały razem z synem i jego żoną, czyli z Zosią. I tak już zostało, dopóki wszystko się nie pogmatwało.
Zosia wyszła za mąż późno, bo dopiero w wieku trzydziestu lat. Była drugą żoną Piotra i, niech nikt nie myśli, iż rozwaliła rodzinę Piotr już był po rozwodzie, zanim poznał Zosię.
Od razu przypadła do gustu teściowej, Halinie. Polubiły się wzajemnie obie zmęczone życiem, obie szukające trochę ciepła. Zosia wcześniej została sama jak palec rodziców zabrakło za wcześnie. W Halinie odnalazła kogoś bliskiego na nowo.
Uknułyście spisek śmiał się Piotr, kiedy porozumiewawczo spoglądały na siebie.
Pięć lat małżeństwa minęło jak walentynki w listopadzie niby jest, a jakby nie. Potem Piotr zrobił się nieznośny wrzeszczał, rzucał rzeczami, złościł się na byle co. Powód? Oczywiście, nowa kochanka! Alkohol płynął szeroką Wisłą, a Piotr coraz częściej się spóźniał i wracał zalany.
Aż w końcu bez pardonu oznajmił: rozwód, dwa dni na spakowanie manatków. Zosia nie zdążyła się ogarnąć, gdy na progu stanęła nowa wybranka Piotra, z walizą większą niż jej ego.
Pewnie przyszła specjalnie, żeby obejrzeć byłą żonę i rzucić złośliwość. Ale wyszło jej jak reforma sądowa byle jak. Długonoga blondyna z ustami niczym napompowane pontony i rzęsami, przy których peacock przegrywał w przedbiegach.
Zosia nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.
Naprawdę wymieniłeś mnie na takie straszydło z rzęsami jak u cielęcia? Powodzenia. Nie żałuję ani sekundy.
Za to ona umie się bawić. Ty i twoja matka to dwie babcie, dwie kury domowe.
U mnie już wszystko ale po co obrażasz mamę?
Kochanie, a mama będzie tu mieszkać? zapiszczała blond dama, trzepocząc swoimi dramatycznymi rzęsami. Niech ona ją zabierze. Po co nam stara matka?
Tak, mama, czas się wynosić! Przesiadujesz u mnie już wieki.
A gdzie ja niby pójdę? Przecież całą emeryturę i pieniądze z mieszkania ci dałam na ten dom! zawołała Halina, łapiąc się za serce.
Bez koncertów mi tu! Możesz zostać, ale nigdzie nie łazisz. Od dziś w tej chałupie króluje Albina.
Kotek, niech one obie się wynoszą.
Przecież to moja matka!
Twoja matka? Mam rozumieć, iż będę miała teściową na dokładkę? O matko…
Zosi wystarczyło już tych scen.
Mamo, jedziesz ze mną na wieś?
Już wolę na wieś niż zostać tu z takim synem i jego… dodatkami.
Posiedź, gwałtownie spakuję twoje rzeczy.
Nie zapomnij lekarstw i tej mojej szkatułki. I torebki!
Zosia dorwała kolejną walizkę i wrzuciła wszystko na chybcika: leki, szkatułka, dokumenty, bielizna, ciuchy.
Bierzcie wszystko, nie potrzebujemy tu niczego cudzesów zawyrokowała Albina. Prawda, misiaczku?
Piotr stał, gapił się i wyglądał, jakby pierwszy raz zobaczył pogrzeb ziemniaka. Niezręczność rosiła z każdej strony. Wiedział, iż matka mu tego nie zapomni. A może jednak? W końcu to matka.
Po pół godzinie Zosia odpaliła volvo, a Halina już na tylnym siedzeniu dyskretnie ocierała łzy. choćby się nie obejrzała na syna, tylko wzdychnęła ciężko.
Tak to jest, kiedy oddałaś wszystko, a potem cię nie chcą.
I co my teraz, dziecko?
Damy radę. Mam trochę oszczędności, coś się znajdzie do pracy. Ty masz emeryturę. Na chleb i masło starczy nam na pewno.
Dojechały do wiejskiej chaty, w której Zosia spędziła dzieciństwo. Na szczęście było jeszcze jasno. W środku zimno jak w lodziarni, ale Zosia gwałtownie napaliła w piecu, przyniosła wodę, nastawiła czajnik.
Ale ci to sprawnie wychodzi. Jakbyś całe życie tu przegniła zażartowała Halina.
Dziadek mnie nauczył. Dobrze, iż mamy co jeść, nie trzeba do sklepu. Bo tam to już magiel plotek, jak zawsze.
W chacie zaczęło robić się cieplej.
Jutro wszystko wyszoruję na błysk.
Ktoś zapukał.
Sąsiadka wróciła? zawołał jakiś głos za drzwiami. Dawno cię nie było, widzę, samochód stoi. Co cię zimą tu przygnało? Problemy?
Spokojnie, panie Kaziu, wszystko w porządku. Pogadamy kiedyś przy herbacie. Proszę wejść.
A tak w sumie przyszłam zaprosić, ale widzę, iż nie sama? Kazio dostrzegł Halinę.
To Halina, moja rodzina. A to pan Kazimierz, nasz sąsiad.
Dawajcie znać, gdyby coś trzeba było.
Na razie damy radę, ale bardzo dziękuję.
Minął tydzień. W domu znowu panowało czysto, choćby firanki pachniały krochmalem.
Wiesz, Zosiu, ja też przecież jestem ze wsi. Za miastowego chłopa tylko wyszłam. Zginął, gdy Piotr miał dwadzieścia trzy lata, a ja sprzedałam mieszkanie po rodzicach. Syn zarzekał się, iż zawsze będę z nim mieszkać. Popatrz, jak los potrafi zakpić.
Nie płacz. Wiem, jak to boli. Mnie też źle Może doczekasz się wnuków.
Po tej jego blond lafiryndzie?! Broń Boże. A ten twój pan Kazio, jak żyje?
Sam. Żona się utopiła, próbując ratować sąsiadów. Od lat nie ożenił się ponownie. Dzieci też nie mają. Bardzo polubił mojego dziadka, dużo młodszy, ale dogadywali się. choćby mi się wydaje, iż w twoim wieku.
Minął miesiąc. Od Piotra żadnych wieści. choćby do matki nie zadzwonił. Aż któregoś dnia Zosi zadzwonił obcy numer.
Zosia?
Przy telefonie.
Pani mąż nie żyje.
Musi pan się mylić.
Niestety, nie. Piotr zginął w wypadku. Był pod wpływem. Jechał z jakąś dziewczyną. Ona przeżyła, nie ma choćby draśnięcia. Proszę przyjechać zidentyfikować ciało.
Boże, biedna Halina Jak to teraz jej powiedzieć? Może pan Kazik pomoże.
Zosiu, co się stało, masz twarz jak śledź w occie!
Mamo, usiądź Piotra już z nami nie ma.
Ojej zawyła Halina to moja wina! Zostawiłam go!
Mamo, to on cię wyrzucił!
Wiem, ale matką byłam. Aż kara go dopadła.
Pojadę na rozpoznanie. Pan Kazik, zostaniesz z nią?
Jadę z wami zdecydował pan Kazimierz. Moim samochodem. Nie ma dyskusji.
Pogrzeb przeszedł bez echa. Zosia i Halina postanowiły odwiedzić dom po synu miał bowiem po nim zostać. Z racji braku rozwodu Zosia była przez cały czas formalnie żoną taki polski klasyk.
Pan Kazik dzielnie im towarzyszył.
Ja z wami, dziewczyny. Nie wiadomo, na kogo traficie.
Dom Tego się nie spodziewały. Syf, brud, naczynia na podłodze. Zapach mieszanki wódki i zgniłych ogórków.
Mój syn to zrobił? To niemożliwe. Jak on mógł!
Co tu robicie?! To mój dom, wynocha! Z sypialni wyszła jeszcze lepiej ucharakteryzowana Albina. Za nią, półnagi, jakiś kłębek nudnych muskułów.
Proszę pokazać papiery na dom! wkroczył pan Kazik.
Piotr nie żyje. choćby wesele mieliśmy!
Rozwodu nie zdążył załatwić, ty akurat! Wesele chyba nadaremno wyprawione.
Znaczy, iż wszystko moje!
Przestań bredzić. Wynosić się. Kto tam jeszcze jest?
Gość w slipkach wycofał się po angielsku, a pan Kazik upilnował, żeby pani modelka nic nie wyniosła.
Trzeba teraz sprawdzić dokumenty, bo nie wiadomo, czy jakiś testament nagle nie wyskoczy, jak z kapelusza królika. I zamki wymienić. Tamta może jeszcze mieć klucze.
Na szczęście papiery były w porządku, zamki zmienione. Większość rzeczy trzeba było wywalić. Pan Kazik cały czas był obok.
Będzie mi was brakować. Tak miło było razem.
Odwiedzaj nas, a jak coś, to przyjeżdżaj do nas. I koniecznie zostań na herbatę.
Ha, znowu poczułem się jak młody chłopak. Halinka wygląda tak podobnie do mojej świętej pamięci żony.
A ja widzę, panie Kaziu, jak wy na siebie patrzycie Miłość?
Ach, co ty, Zosiu aż się speszył.
Prawda!
Rok później Halina i pan Kazik byli już małżeństwem. Dobrze im razem, dobrze im też z Zosią, która stała się dla nich jak córka. Ale to nie cała rodzina! Maja i Staś dzieciaki, które Zosia adoptowała, żeby się nie rozdzielili. Chciała jednego, wzięła dwoje.
Rodziców i bliskich znaleźć można nie tylko na początku, czasami życie samo pisze najdziwniejsze scenariusze. A wszystko, jak to w Polsce, z domieszką ironii i szczyptą szczęścia.











