Marzena przyjechała do mamy na Sylwestra. Chciała zrobić niespodziankę, nie powiedziała więc, iż przyjedzie. Szła wśród śniegowej zawiei, brodząc w płatkach, które topiły się na jej policzkach, i już z oddali widziała znajome drzwi rodzinnego domu na jednym z podwarszawskich osiedli. Zapukała trzy razy, a za chwilę wybiegła ku niej jej młodsza siostra Klementynka! Dzień przemknął w wirze surrealistycznych zajęć i dźwięków; kiedy siostry kroiły sałatki, mama Marzeny krzątała się przy kuchence, gotując ulubioną potrawę swej córki karkówkę pod pierzynką z sera.
Miałam przeczucie, iż przyjedziesz, powiedziała mama, a choćby pomyślałam, iż nie będziesz sama. Po Zbyszku przez cały czas z nikim się nie spotykasz, co?
Nie, mamo, proszę, nie zaczynaj
Wtem zadzwonił jej telefon. Marzena zerknęła na ekran i aż ugięły się pod nią nogi.
Wieczorem Marzena siedziała w dziwnie rozmazanej scenerii swego mieszkania, skończywszy roczny raport. Sufit kręcił się naokoło jak karuzela na Festiwalu Jesieni, a cyfry i tabelki płynęły po ekranie laptopa niczym meduzy po ciemnym morzu.
Szef powiedział jej, iż jeżeli jutro komisja nie znajdzie błędu, jest wolna do 12 stycznia. Dla Marzeny, zmęczonej po grudniowych maratonach raportowania, było to jak wybawienie wreszcie zobaczy mamę i Klementynkę.
Jeszcze tylko szybkie zakupy: upominek dla mamy, a dla siostry już od dawna leżał nowiutki telefon.
Wieczorem czekał na nią pociąg TLK do rodzinnej miejscowości, bilety kupione z wyprzedzeniem vis ul. Jagodowa, przedział dolne łóżko, otulina snu.
Tej nocy śnił jej się dziwny sen: w lesie, wśród lewitujących dębów, spotkała małą dziewczynkę o imieniu Zosia. Zosia siedziała na omszałym pniaku, bijąc rytmicznie książkę o brzeg drzewa, a jej głos wydawał się pochodzić jednocześnie z bardzo daleka i tuż spod ziemi.
Zgubiłaś się? Gdzie twoi rodzice? zapytała Marzena.
Nie, jeszcze się nie odnalazłam. A ty wstawaj, nie przegap dzisiaj swojego losu, który wieczorem stanie w twoich drzwiach. Wstawaj prędko, raport trzeba złożyć!
Marzena otworzyła nagle oczy zegar śnił palącą się godzinę 06:38.
O matko, prawie zaspałam, powiedziała sama do siebie, podskakując niczym bażant w kurniku.
Piętnaście minut później już kończyła makijaż. Kawę czuła gdzieś na krańcu rzeczywistości, taka miała być w pracy, nie w domu. Owinęła się futerkiem po babci, zeszła po schodach i wsiadła w autobus numer 192.
Przymknęła powieki i wtedy zobaczyła ją w pojeździe: Zosię ze snu! Dziewczynka mrugnęła do niej okiem i znikła między siedzeniami, zasnuta mgłą obcych spojrzeń.
Chyba wariuję pomyślała, albo po prostu jestem już strasznie zmęczona.
W pracy zastała już wszystkich panujący chaos przypominał bardziej festiwal duchów niż biuro rachunkowe. Oddała raport. Szef, pan Leszek Wojnar, uniósł kciuk w chmurę, wręczył jej biały kopertę i skinął głową:
Dotrzymałem słowa. No i premia dla ciebie powiedział, wesołych świąt!
I wzajemnie, panie Leszku! Dziękuję!
Za premię kupiła mamie wełnianą chustę, Klementynce bluzkę z motywem żurawi. Słodycze, pierniki, butelka grzańca O 19:30 wbiegła do pociągu, a świat pod kołami rozpłynął się w lawinach świateł. Nie zauważyła niczyjego plecaka i rozciągnęła się w przejściu jak postać z dziecięcej kreskówki.
Już miała w oczach łzy, kiedy poczuła silne, troskliwe ręce unoszące ją z podłogi.
O rety, jak pani tak upadła, przepraszam, to przeze mnie wydukał chłopak z miłym uśmiechem.
Nic się nie stało, to bardziej ja niż pan, pośpiech to mój wróg Marzena oblała się rumieńcem.
Okazało się, iż jadą razem w jednym przedziale. On wysoki, z błyskiem w oku, przedstawił się: Piotr.
Jadę do państwa miasta służbowo, na jeden dzień, potem wracam na Sylwestra do Warszawy. A pani gdzie?
Do mamy i siostry. Długo się nie widziałyśmy, teraz będę z nimi na święta.
A mąż lub chłopak?
Nie mam ani jednego, ani drugiego zaśmiała się Marzena. Jeszcze nie poznałam tego, z którym chciałabym świętować Sylwestra i zostać już na zawsze.
Ja tak samo przyznał Piotr. Cały czas szukam tej jednej
Marzena miała ochotę wykrzyknąć: To ty jesteś moim przeznaczeniem Zosia mi powiedziała!, ale tylko się zarumieniła.
Jak pani się rumieni, to wyglądają pani policzki jak jabłuszka! zauważył Piotr z uśmiechem.
Przerwała im starsza kobieta z sześcioletnim wnukiem, pani Wanda z Bartkiem. Wszyscy razem pili potem herbatę z jabłecznikiem od mamy Piotra i pierniczkami pani Wandy.
W pewnej chwili Piotr wyszeptał:
Czy moglibyśmy wymienić się numerami telefonów, Marzeno…?
Oczywiście
Kiedy pani wraca?
Wyjeżdżam dziesiątego
To długo.
Z tobą tak lekko się rozmawia, jakbyśmy się znali sto lat powiedziała po chwili Marzena.
Mnie też to spotkało, tak się mówi kolejowy dialog, dusza na chwilę na wierzchu.
Chyba masz rację uśmiechnął się Piotr. Cóż, idźmy spać
Rankiem pociąg dotoczył się do peronu o dziesiątej, mgła snu podnosiła się z szyn. Marzena, wiedząc gdzie schowane są klucze, ruszyła przez znajome uliczki. Pożegnali się z Piotrem przed taksówką, wymieniając życzenia:
Życzę ci, byś w noworoczną noc spotkała kogoś, z kim będziesz już zawsze.
I ja ci tego samego, Piotrze odpowiedziała zaskakująco śmiało Marzena, po czym każde zniknęło w swoim kierunku, jakby śniło o kimś innym, ale jednak o sobie.
Choć Marzena poczuła ukłucie żalu, nie była osobą, która się narzuca. Odgoniła myśli, iż mogłaby zaproponować Piotrowi wspólnego Sylwestra.
Już na progu rodzinnego domu, z walizką, z uśmiechem zapukała do drzwi. Za moment wypadła Klementynka, od razu otuliła ją ramionami.
Dzień minął w wirze rozmów i przygotowań. Mama ukroiła kawałek wieprzowiny spod sera, a potem powiedziała:
Czułam, iż przyjedziesz. choćby dwie paczki jajek kupiłam, choć nie wiedziałam po co. Sądziłam, iż może nie będziesz sama? Po Zbyszku
Mamo, proszę westchnęła Marzena.
Wtem rozbrzmiał telefon, a na ekranie zatańczył napis: Piotr.
Serce Marzeny zaczęło bić jak typowa orkiestra weselna.
Cześć. Wróciłeś już do siebie? zapytała.
Jakby to powiedzieć nie, nie zdążyłem. Dzwonię, bo znam tu tylko ciebie. Może mogę wpaść do was na świętowanie? Samotny podróżnik szuka schronienia
Marzena zaśmiała się:
Spytam szefowej domu Mamo, nie masz nic przeciwko, żeby mój znajomy dołączył? Przyjechał tu służbowo i nie ma jak wrócić.
Oczywiście, iż nie! Rozmnożymy barszcz, rozgrzeje się nasz kobiecy stół odpowiedziała mama.
Marzena podała Piotrowi adres, mrugnęła szczęśliwie do mamy.
Dziewczynka ze snu miała rację nie przegapiła losu. Złożyła raport, a wieczorem spotkała przeznaczenie bliższe, niż się spodziewała…









