# Okrucieństwo nie popłaca
Zawsze wiedziałem, jak wychowywać psy. Mój ojciec hodował owczarki niemieckie pod Lublinem i żadnego nie trzeba było głaskać po łbie, żeby wykonywał komendy. Pies ma rozumieć, kto tu rządzi. Jak nie rozumie — dostaje. I już.
Halka kupiłem od chłopa spod Kraśnika. Zapłaciłem dwa tysiące złotych, gotówką, bez żadnej umowy. Szczeniak był po pitbullach, łeb jak cegła, łapy ciężkie. Od początku wiedziałem, iż będzie z niego maszyna. Tylko trzeba było odpowiednio przyłożyć.
Żona mówiła: „Krzysiek, po co ci ten pies? Przecież ty choćby na spacery nie masz czasu”. Ale ja nie potrzebowałem psa do kochania. Potrzebowałem psa, który będzie strzegł posesji. A jak zechcę, to i sąsiadowi pokaże, gdzie jego miejsce.
Dwa lata go układałem. Po swojemu. Nie po jakiemuś kynologowi z internetu, co to za półtora tysiąca za weekend szkolenia bierze. Pies ma słuchać — to jest cała filozofia. Jak nie słucha, to znaczy, iż za mało dostał. Proste.
No i, kurwa, nie słuchał.
Najpierw myślałem, iż głupi. Potem — iż uparty. A potem zacząłem zauważać, jak reaguje, kiedy podnoszę kij: nie kulił się jak inne psy, nie chował ogona pod siebie. Stał w miejscu i czekał. Jakby wiedział coś, czego ja nie wiem.
Rok temu, w listopadzie, próbowałem go nauczyć komendy „bierz”. Wszystko szło dobrze, dopóki nie kazałem mu ruszyć na kota sąsiadki. Głupia, tłusta kotka łaziła mi po garażu i darła tapicerkę w passacie. Podprowadziłem Halka, wskazałem palcem, dałem komendę.
A ten skurczybyk usiadł.
Łeb miał przekrzywiony, uszy postawione, i nie ruszał się z miejsca. Wziąłem kij. No to wtedy pierwszy raz na mnie warknął. Nie na kota — na mnie. Jakbym to ja był tym, kto robi coś złego.
No i wtedy nie wytrzymałem.
Tłukłem go, aż mi ręka zdrętwiała. Sąsiedzi z bloku obok wychylili się z balkonów, baby zaczęły krzyczeć. Pies leżał na ziemi, dyszał, ale choćby nie pisnął. I nie spuszczał ze mnie oczu przez cały czas, jakby liczył uderzenia.
Następnego dnia otworzyłem furtkę i powiedziałem: „Wynoś się”. Myślałem, iż za godzinę wróci, będzie skomlał pod drzwiami. Zawsze wracał. A ten poszedł i nie wrócił.
I wiecie co? Ulżyło mi. Serio. Po co mi pies, który nie wykonuje komend? Po co mi pies na złość, który myśli, iż jest mądrzejszy ode mnie?
Dwa miesiące było spokojnie. Kupiłem szczeniaka rottweilera, samiczkę. Nazwałem ją Bera. Ta to od razu wiedziała, kto jest panem. Spacer co rano i wieczór, żarcie o stałej porze, tresura na placu za garażami.
A potem pod blokiem zjawiła się ta dziewczyna.
Młoda, może dwadzieścia trzy lata. Włosy spięte w kitkę, kurtka z jakiejś sieciówki, buty w błocie. Stała przy śmietniku i czekała. Od razu wiedziałem, iż to nie jest nikt stąd. Nasze baby chodzą po bułki w dresach, a ta wyglądała jak z plakatu o wolontariacie.
— Pan Krzysztof? — zapytała.
Nie przedstawiła się. Od razu przeszła do rzeczy. Mówiła coś o schronisku, o psie, o tym, iż widziała Halka. Że „zwierzęta ufają ludziom” i takie tam pierdoły.
Słuchałem jej i czułem, jak mi skacze ciśnienie. Przyszła do mnie, kurwa, dziewucha z miasta, i będzie mi mówić, jak mam żyć.
— To pan zostawił tego psa? — zapytała w końcu.
— A co ci do tego? — warknąłem.
— Bo on teraz jest w schronisku. I jest agresywny. I wie pan, dlaczego? Bo pan go bił.
Bera, która do tej pory siedziała przy mojej nodze, wstała. Zaczęła cicho warczeć. Dziewczyna zerknęła na nią i cofnęła się o krok.
— Proszę stąd iść — powiedziała. — Nie chcę żadnych kłopotów. Chcę tylko zrozumieć, dlaczego pan to zrobił.
— A ja nie muszę ci się tłumaczyć. A teraz spadaj, zanim puszczę psa.
Nie spadła. Stała i patrzyła na mnie jak na śmiecia. Jakby to ona była ode mnie lepsza. Jakby miała prawo mnie oceniać.
Dopiero jak zrobiłem krok w jej stronę, to się cofnęła. Szybko. Oczy jej się zrobiły duże, ręce zaczęły drżeć. No, w końcu wiedziała, z kim rozmawia.
— Halka już nie ma — powiedziała. — Teraz on się nazywa Reksio. I wie pan co? On się pana nie boi.
Z tymi słowami się odwróciła i poszła. A ja zostałem przed blokiem i trzymałem Berę za obrożę, bo rwała się za nią.
Szczeniaka potem jeszcze nakarmiłem, wyczyściłem jej miskę, do piwnicy zszedłem po kartony. I cały czas myślałem o tym, co powiedziała ta smarkula. „On się pana nie boi.”
No bo prawda. Nie bał się. Nigdy się nie bał. I to mnie wkurwiało najmocniej.
Miesiąc później, w grudniu, wyszedłem z domu koło piątej rano. Ciemno, mróz, błoto zamarznięte na chodniku. Bera dreptała obok. Doszliśmy do końca bloku, tam gdzie jest stary trzepak, a przy nim rośnie ta wierzba. I wtedy go zobaczyłem.
Halka. To znaczy Reksio.
Stał po drugiej stronie ulicy, przy śmietniku. Nieruchomo. W pierwszej chwili myślałem, iż mi się coś przywidziało. Ale nie. Stał i patrzył. Na mnie i Berę. Sierść na karku miał gładką, uszy postawione, żadnego drżenia.
— Spadaj — powiedziałem.
Nie ruszył się.
— Spadaj, mówię!
Bera zaczęła warczeć, a ja instynktownie ścisnąłem smycz. I wtedy zza śmietnika wyszła ta dziewczyna. Bez kurtki, tylko w bluzie, ręce w kieszeniach.
— Reksio, chodź — powiedziała cicho.
Pies zerknął w jej stronę. Potem znowu na mnie. I powoli, jakby z pełną świadomością tego, co robi, podszedł do niej. Nie odwracając się, poszedł z nią w stronę lasu. choćby nie obejrzał się za siebie.
Stałem tam i patrzyłem, jak mnie zostawiają. Oboje. I zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, zniknęli za zakrętem, a w uszach dzwoniło mi jeszcze: „On się pana nie boi.”
Nigdy się mnie nie bał. I to było najgorsze.
Szedłem potem ulicą, a w środku coś mnie gryzło. To nie była złość. To było coś innego. Coś, czego nie umiałem nazwać. A potem Bera pociągnęła smycz w stronę krzaków, zaszczekała na wronę, i wróciło wszystko do normy.
Ta dziewczyna okazała się mądrzejsza, niż myślałem. Nie poszła do weterynarza, nie wezwała policji. Po prostu zatrzymała psa. I, co najgorsze, dała mu to, czego ja mu nigdy nie dałem.
Nie żałuję tego, co zrobiłem. Nie żałuję.
Ale w nocy, jak leżałem w łóżku i słyszałem, jak Bera oddycha przez sen, pomyślałem, iż może chociaż ona zrozumie, iż miłość to nie wszystko. Pies musi być posłuszny. Inaczej nie jest psem. Jest tylko zwierzęciem.
I tego będę się trzymał, cokolwiek powie mi ktokolwiek inny.
A tamta dziewczyna — nie wróci. Miesiąc jej nie widziałem. Może dalej łazi po tym schronisku i udaje zbawicielkę. Niech sobie udaje.
Mnie to śmieszy. Bo ja wiem swoje. I zostaję przy swoim.
Chociaż czasem, jak przechodzę obok tamtego śmietnika, to sprawdzam, czy nie ma tam psa. Ot, tak. Na wszelki wypadek.













