Ojciec w domu opieki – Rozdzierające rozterki Elżbiety, która mimo własnych wyrzutów sumienia decyduje się umieścić schorowanego, toksycznego ojca, Iwana, w ośrodku opieki. Dramat kobiety samotnie konfrontującej się z traumą dzieciństwa, długami przeszłości i presją otoczenia w polskich realiach.

newsempire24.com 14 godzin temu

Co ty znowu wymyśliłaś? Jaki dom spokojnej starości? Nie ma mowy! Nie opuszczę swojego domu! ojciec Elżbiety Nowak rzucił w córkę kubkiem, celując w jej głowę. Kobieta zręcznie zdążyła się uchylić; była już przyzwyczajona do takich zachowań.

Ten stan rzeczy nie mógł trwać wiecznie. Prędzej czy później ojciec wymyśli coś, by jej zaszkodzić, a ona choćby nie zdoła się przed tym ustrzec. Mimo tego, załatwiając formalności związane z umieszczeniem ojca w domu opieki, Elżbieta czuła tylko wyrzuty sumienia. Choć to, co robiła, było dla niego wręcz za dużo, zważywszy na to, jak ją kiedyś traktował.

Wsadzając ojca do samochodu, słyszała jego wrzaski i przekleństwa rzucane na wszystkich, którzy mieli z tym coś wspólnego.

Elżbieta stała przy oknie i patrzyła na oddalający się samochód. Przypomniała sobie moment sprzed lat, gdy patrzyła przez to samo okno jako mała dziewczynka, nie mając pojęcia, co przyniesie przyszłość.

Elżbieta była jedynaczką. Matka nie odważyła się na kolejne dziecko, bo mąż był domowym tyranem, który zamieniał życie żony w koszmar.

Jej ojciec Stanisław Nowak był już dość wiekowym mężczyzną, dobiegającym pięćdziesiątki, gdy Elżbieta przyszła na świat.

Ożenił się z wyrachowania, żeby dobrze wyglądać jako przykładny urzędnik państwowy. O miłości ani o chęci założenia rodziny nie było mowy. Nikogo poza sobą nie kochał bardziej. Dla awansu potrzebował żony i idealnie wpasowała się w jego plany młodziutka uczennica technikum Marysia, córka robotników z warszawskiej Woli. Była wymarzoną kandydatką na żonę człowieka z ludu. Jej rodziny nikt nie pytał o zdanie; ślub był wystawny i bogaty, choć rodzice Marysi nie zostali zaproszeni ich status społeczny był, zdaniem Stanisława, zbyt niski.

Po ślubie młoda żona wprowadziła się do jego mieszkania. Żeby szybciej przyswoiła sobie rolę urzędniczej małżonki, Stanisław wynajął jej mentorkę, która miała nauczyć ją etykiety i dyskrecji.

No, jak minął dzień? pytał Stanisław, zasiadając w fotelu po powrocie z pracy.

Dobrze, nauczyłam się zasad przy stole i zaczęłam uczyć się angielskiego odpowiadała Marysia, wiedząc już, iż nigdy nie należy dawać mężowi powodów do niezadowolenia.

I co z tego? A dom? dopytywał.

Z kucharką zaplanowałyśmy menu na cały tydzień, sama robiłam zakupy i sprzątałam.

No, może być. Ale pamiętaj, żeby zawsze wyglądać schludnie i nie wyglądać jak jakaś wieśniaczka. Jak będziesz się starać, wynajmę ci kierowcę i pomoc, ale na razie na to nie zasłużyłaś.

Mimo starań Marysi, takich spokojnych dni nie było wiele. Stanisław wracał późno, rozdrażniony i zmęczony; upust złości dawał żonie. Służba mogła odejść lub rozpowiedzieć o sekretach rodziny, ale Marysia była bezbronna i nie miała dokąd pójść.

Pierwszy raz podniósł na nią rękę miesiąc po ślubie. Nie za coś konkretnego, a po to, żeby pokazać, kto tu rządzi. Z czasem bicie stało się codziennością. Stanisław bił umiejętnie, nie pozostawiając śladów w widocznych miejscach. Marysia przykrywała siniaki ubraniem i z uśmiechem podejmowała gości.

Po roku ludzie zaczęli dopytywać, dlaczego młoda żona nie pozostało w ciąży.

Staszek, chłopie, przecież taka młoda baba! Co u was nie tak? Może ją do lekarza zabierz?

Na razie nie planujemy, Marysia kończy szkołę odpowiadał Stanisław sucho.

Po co jej ta szkoła? Dzieci, dom, mąż to jej zadania. Ma rzucić naukę, iść do lekarza. Dzieci muszą być w rodzinie, po co był ten ślub?

Od tego momentu Marysię zaczęto wysyłać na szczegółowe badania. Stanisław musiał przestać bić żonę, żeby lekarze niczego nie zauważyli.

Po kilku miesiącach okazało się, iż Marysia jest zdrowa, gotowa na macierzyństwo problem leżał po stronie Stanisława. Lekarz delikatnie mu to zasugerował, ale Stanisław nie chciał tego słyszeć.

Gdy wreszcie przeszedł badania, usłyszał diagnozę: szanse na ojcostwo były minimalne. Odtąd, drażniony przez otoczenie, wyładowywał się na żonie, choć już mu nie zależało na jej reakcjach. Już nie płakała, tylko zamierała w bezruchu jak posąg.

Znudziwszy się, znalazł sobie kochankę. Uspokoiło go to na jakiś czas.

Po dwóch i pół roku Marysia zaszła w ciążę, a w terminie urodziła córkę Elżbietę. Choć była podobna do ojca, ten nigdy jej nie pokochał. Wychowaniem zajmowała się matka i niania, ojciec mógł nie widywać córki tygodniami.

Im Elżbieta była starsza, tym bardziej drażniła ojca. Po raz pierwszy uderzył ją, gdy miała pięć lat. Dziewczynka czegoś chciała, zrobiła awanturę, a Stanisław właśnie wrócił po ciężkim dniu w pracy. Rzucił ją przez pół pokoju. Elżbieta choćby nie zapłakała ze strachu.

Od tego czasu trzymała się na dystans, nie prowokując ojca. Ale on już się nie hamował potrafił ją wyzywać i policzkować choćby przy gościach. Jako wpływowa postać, nie musiał już grać roli przykładnego ojca czy męża.

Panie Stanisławie, podobno pańska córka pięknie gra na skrzypcach. Nie poprosiłby pan, żeby nam zaprezentowała utwór? pytała znajoma.

Skrzypaczka? Ta sierota ledwo trzyma smyczek! Jak chcecie, możecie posłuchać, ale szkoda waszych uszu! Elżbieta! Słyszysz?! Przynieś te swoje skrzypki i zagraj gościom!

Elżbieta, rumieniąc się ze wstydu, szła po instrument i grała ze ściśniętym gardłem. Strach przed publicznością został jej na całe życie. Choć miała talent, nigdy już nie wzięła skrzypiec do ręki po ukończeniu szkoły muzycznej.

W rodzinie czuła się obca. Czytając o szczęśliwych rodzinach, zastanawiała się, dlaczego jej trafił się taki los, z ojcem, który nie kochał ani jej, ani matki, ani siebie.

Matka również nie była dla niej przykładem kochającej żony czy matki. Choć starała się, nie potrafiła pokochać dziecka zrodzonego z przymusu. Kiedy Elżbieta miała trzynaście lat, matka zginęła w wypadku samochodowym. Taką wersję podano oficjalnie. Elżbieta nigdy nie znała prawdy. Tamten dzień sprawił, iż całkiem się zamknęła w sobie.

Po maturze poszła na studia, które wybrał jej ojciec. To była jedna z ostatnich decyzji, jakie za nią podjął. W pracy coraz gorzej mu się wiodło, powoli przestawał się nią interesować. Kiedy skończyła studia, Stanisław stracił już wszystkie wpływy, prawie cały majątek. Większość pieniędzy wydał na adwokatów, żeby uniknąć konsekwencji za nieuczciwości z pracy. Udało mu się zatuszować aferę i spokojnie przejść na emeryturę na swojej działce pod Warszawą. Elżbieta nie utrzymywała z nim kontaktu, nie miała na to ani siły, ani ochoty.

Zostawszy sam, nie miał już na kim wyładowywać się, a jego zdrowie psychiczne pogorszyło się. Sąsiedzi coraz częściej dzwonili do Elżbiety, zgłaszając nietypowe zachowania starego Nowaka. W końcu podjęła trudną decyzję o przyjęciu go do swojego mieszkania.

Możliwość czynienia jej przykrości przywróciła Stanisławowi energię. Krzyczał, awanturował się, rzucał przedmiotami, dewastował mieszkanie. W akcie desperacji Elżbieta zamknęła go w jednym pokoju, ale to nie rozwiązało problemu. Gdy demencja nasiliła się, musiała rozważyć jeszcze trudniejsze wyjście dom spokojnej starości.

Nie miała własnej rodziny. Z przeszłością pełną przemocy i upokorzeń bała się ludzi, nie potrafiła zbudować żadnych bliższych relacji, choćby w pracy. choćby przy podjęciu decyzji o domu opieki, dręczyły ją okropne wyrzuty sumienia.

Zostawienie ojca u siebie groziło jej życiu. Lekarze stwierdzili początki demencji. Ojciec często choćby jej nie poznawał, ale niezmiennie patrzył na nią z nienawiścią.

Zwiedziła wszystkie domy opieki w Warszawie, szukając odpowiedniego miejsca. Ten, który wydał jej się godny, kosztował ponad 4000 złotych miesięcznie. Musiała oddawać większość swojej pensji i szukać dodatkowej pracy, żeby opłacić opiekę i mieć na życie.

Przez kilka dni po wyjeździe ojca Elżbieta chodziła rozbita; myślała o dniu, w którym jej matka próbowała uciec z nią od Stanisława, choć tylko na krótko. niedługo po tym matka zginęła. To wspomnienie wracało do Elżbiety jak koszmar.

Mimo wszystko, odwiedzając ojca, Elżbieta płakała z żalu i poczucia winy, jakby tylko tego nauczyła się w dzieciństwie.

W końcu zdrowie zaczęło jej szwankować. Próbując znaleźć sens w swoim życiu, uświadomiła sobie, iż nie da się pokochać drugiego człowieka, jeżeli nigdy nie doświadczyło się miłości. Cierpienie i żal nie przestaną istnieć z dnia na dzień, ale można spróbować zadbać o siebie i przełamać błędne koło. Być może jej misją jest nauczyć się przebaczać sobie i uwierzyć, iż zasługuje na lepsze życie bez przemocy, strachu i cierpienia. Bo jeżeli sami nie zadbamy o swój spokój, nikt za nas tego nie zrobi.

Idź do oryginalnego materiału