Wieść o narodzinach córki zastała Kazimierza Wojciechowskiego w biurze nadleśnictwa, akurat w dzień wypłaty. Chłopi, odbierając złote, powoli się rozchodzili, brzęcząc pustymi bańkami po ropie, a on stał pod bramą, ściskając w ręku miętą gotówkę.
Phi, co za nieszczęście sapnął Kazimierz, spluwając w trociny. Prosiłem żonę, żeby urodziła chłopaka. Nie, musiała mi dziewczynę podsunąć.
Aż nim zatrzęsło z żalu i złości do żony, Anny. Tak nim wstrząsnęło, iż zupełnie stracił chęć do powrotu do pustego domu, gdzie nie usłyszy już choćby kobiecego głosu. Kiedy Anna z nowo narodzoną córką czekała w powiatowym szpitalu, Kazimierz spakował skromne rzeczy do płóciennego worka, wcisnął drugą koszulę i kawałek chleba i poszedł do swej matki, do sąsiedniej wsi, która leżała po drugiej stronie rzeki Pilicy, piętnaście kilometrów od jego własnego domu.
Anna wróciła do pustego domu po dwóch tygodniach. Weszła do izby, zobaczyła nietypowy porządek pewnie Kazimierz przed odejściem się postarał. Położyła na łóżku zawiniętą w koc córeczkę i usiadła obok, kryjąc twarz w dłoniach. Ramiona trzęsły się od niemych łez. Córeczka, maleńki kłębuszek z zabawną fałdką na karku, spała cicho, tylko czasem cmokała maleńkimi usteczkami. Anna spojrzała na nią i z goryczą pomyślała: Kto by pomyślał, córeczko, iż zostaniesz przyczyną rozstania?
Kazimierz był mężczyzną postawnym, o ciężkiej szczęce i charakterze, o którym we wsi mówiło się ostry. Nie znosił sprzeciwu, każde słowo odczytywał jako osobistą zniewagę. Uparł się potrzebny mu syn, dziedzic. Sam był najmłodszym z rodzeństwa, po dwóch siostrach, i uważał, iż to on trzyma ród Wojciechowskich. A tu dziewczyna. Bezużyteczny ciężar.
Teściowa starała się chodzić z Kazimierzem na rozmowy, pogodzić ich, ale był nieugięty: Nie wrócę, dopóki nie oddasz tej dziewczyny gdzieś dalej. Te 15 kilometrów stało się dla Anny nie do przebycia przepaścią.
Anna, powoli dochodząc do siebie po porodzie, zabrała się do pracy. W roku 1957 o urlopach macierzyńskich za wiele się nie mówiło: trzeba było doglądać gospodarstwa i chodzić na wieś do pracy. W nadziei na zmiękczenie serca męża, nadała córeczce imię Dobrosława z nadzieją, iż choć brzmi trochę inaczej, może się spodoba. Dziewczynka rosła zdrowo i spokojnie. Nie płakała, nie kaprysiła. W pół roku już mocno trzymała się łóżeczka, a w rok nie dała się odciągnąć od drewnianej konika na biegunach, którego zmajstrował sąsiad. W półtora roku trajkotała bez przerwy, biegała po chacie tak szybko, iż babka mówiła, iż nie sposób jej dogonić.
W przedszkolu Dobrosia (bo inaczej nikt jej nie nazywał) od razu została liderką. Dziewczyna zwinna, szybka i silna każdy chłopak w jej wieku ustępował jej pola. Trzyletnia potrafiła okiełznać pięcioletniego łobuza, który chciał jej zabrać łopatkę. Charakterna nie do każdego poszła na ręce, nie każdego słuchała. Biegała po podwórku w zaszytej koszuli, uzbrojona w wierzbowe witki, przeganiała cudze krowy z ogrodu. Skąd się brała ta odwaga w tak małej dziewczynce?
Tymczasem Kazimierz znalazł pocieszenie. Przykleił się do rozwódki, Jadwigi Chmiel, która już miała dwójkę dzieci. Na początku chodził tylko z nudów, ale jadwiga, kobieta sprytna i mocna, umiała go sobie przyciągnąć i przytrzymać. Spodobała się Kazimierzowi cała ogarnięta, przy kości, nie sprzeczała się, tylko chwaliła i podziwiała.
Urodzę ci, Kaziu, syneczka obiecywała, rozmarzona na pierzynie. Najlepszego na świecie.
Syn koniecznie, pamiętaj! mruczał Kazimierz, choć już nie tak ostro.
Lata jednak mijały, a Jadwiga nie zachodziła w ciążę. Może chciała, ale nie wychodziło. Kazimierz posmutniał; drugi rok z nią był, a pożytku żadnego. Cudze dzieci wychowywać to niewielka zyskowność, chciał własnego.
Niedługo potem doszły go słuchy, iż jego córka Dobrosia to typowy chłopak i silna, i sprawiedliwa, i odważna. Ledwie trzy lata, a lepsza od niejednego chłopca.
Matka Kazimierza ponownie zaczęła go przekonywać: Pojedź, zobacz dziecko. Krew to nie woda. Może i by nie pojechał, ale znalazł u Jadwigi w komórce jakieś suszone korzenie, tobołek z dziwnymi ziołami. I zwątpił może coś tu nie gra. Słyszał, iż Jadwiga chodzi do wiejskiej szeptuchy.
Jeszcze tego dnia spakował rzeczy, trzasnął drzwiami, aż szyby zadrżały, i odszedł. Jadwiga krzyczała, iż to na zdrowie i na poczęcie, ale już jej nie słuchał.
Po prawie czterech latach Kazimierz stanął na progu własnego domu. Pierwszy raz zobaczył córkę. Chudziutka, rozczochrana, w spłowiałej spódniczce stała na środku izby i patrzyła na niego spod oka, czujnie i nieufnie. Obcy. Do piernika, którego wyjął z kieszeni, podchodziła z nieufnością.
Ale patrzy… mruknął Kazimierz, czując się nieswojo pod tym dziecięcym spojrzeniem. Pewnie cię jej nagadałaś? rzucił z urazą do żony.
Anna, rozpromieniona szczęściem, widząc powrót męża, zamachała rękami:
Co ty, Kazio! Zawsze cię wspominałam z dobrym słowem. Miałam nadzieję, iż się opamiętasz, wrócisz do nas. Przecież nie jesteśmy obcy.
Anna kochała go, mimo całego jego chłodu i szorstkości. Jakie tam chłody czasem zwyczajna okrutność. Małomówny, ciągle niezadowolony, potrafił jednym uderzeniem pięści w stół wyrazić gniew, a bywało, iż i na żonę podniósł rękę. Z czasem coraz częściej.
Dobrosia miała wtedy pięć lat. Dużo już rozumiała. Gdy ojciec patrzył ciężko na matkę i ściągał brwi, od razu kurczyła się w sobie i ściskała piąstkę:
Ty, złośniku! Jeszcze ci pokażę!
Piąstka śmieszna, dziecinna. ale Kazimierz coraz częściej irytował się, widząc w małej córce ten bunt, który w sobie sam tłumił.
Kazimierz na krótko się uspokoił, kiedy Anna urodziła syna. Nazwali go Paweł. Cała opieka nad bratem spadła na Dobrosię nosiła go na barana, karmiła, przewijała, bawiła się, aż nauczył się chodzić.
Kazimierz był zadowolony, ale jego szczęście było osobliwe, ciche, mroczne. W dalszym ciągu rządził domem twardą ręką, jak coś było nie po jego myśli.
Anna ze strachem słuchała obelg, gotowa wytrzymać wszystko, byle nie podniósł na nią ręki.
Dobrosia (miała już siedem lat) potrafiła tupnąć nogą, zacisnąć pięści i zawołać:
Doniosę wujkowi milicjantowi na ciebie!
Kazimierz aż podskakiwał ze złości:
Ty szczawie zielony! Na kogo zadzierasz?
Porywał się na córkę, ale ta była zwinna. Znając nierówność sił, wymykała się spod ręki i z bezpiecznej odległości groziła.
Raz postanowił ją przetrzepać rózgą, żeby dać nauczkę. Dobrosia nie pisnęła. Nie uroniła łzy, zacisnęła zęby w fartuszek i przetrzymała. Kazimierz się ucieszył wychował! Następnego dnia Dobrosia naprawdę przyprowadziła wiejskiego dzielnicowego.
Anna była w szoku: nie spodziewała się po córce takiej zawziętości. Zaczęła tłumaczyć:
Panie władzo, przecież dziecka trzeba pouczać, dla jego dobra… A Kazimierz nas wykarmi, gospodarstwo prowadzi…
Dzielnicowy, Pan Franciszek Nowak, zdjął czapkę, wytarł spoconą łysinę:
Pani Anno, wie pani, taka sprawa może sięgnąć do gminy. I wtedy naprawdę nie będzie wam łatwo. Na razie ostrzeżenie.
Kazimierz stał, udając wstyd:
Do czego to doszło! Do milicji! A jak dziecko na głowę wejdzie, to co wtedy? tłumaczył się. Był tak skruszony i spokojny, iż dzielnicowy pomyślał, iż chłop dba o rodzinę. Zresztą nie pije, w pracy chwalony, sąsiedzi się nie skarżą… Za co go karać?
Od tej pory Kazimierz z Dobrosią stał się ostrożniejszy. Nie iż się bał, ale miał się na baczności. Ale bywało, iż patrzył na nią z ukosa i mówił przez zęby:
Ty dziczku
Anna, sądząc, iż burza minęła, zaszła w ciążę trzeci raz. Urodziła córkę, której nadała imię Małgorzata. Kazimierz ledwo spojrzał na noworodkę, mruknął przywołałaś nieszczęście i wyszedł bez słowa z izby.
Małą Małgorzatą prawie się nie zajmował. Żyli pod jednym dachem, jakby jej nie widział. Opiekę niedługo oddał Dobrosi:
Tobie już nie pierwszyzna. Pilnuj Małgosi, zmieniaj pieluchy.
Dobrosia, wracając ze szkoły, natychmiast odrabiała lekcje, jadła na gwałtownie i do wieczora bawiła się z siostrą, a przy okazji prała. Kazimierz, widząc, jak starsza córka znowu jest podporą domu, milczał. choćby nie podnosił głosu. Miał w pamięci wizytę dzielnicowego.
Tak Dobrosia rosła aż do ósmej klasy. Gdy zakończyła naukę w szkole podstawowej, oświadczyła, iż jedzie do miasta na naukę. Kazimierz aż poczerwieniał. Rude jego włosy jakby same stanęły dęba.
A co ty żreć będziesz? ryknął. Nam na kark miałaś się zwalić? Mało cię karmiliśmy?
Dobrosi miała piętnaście lat. Kształtna, silna dziewczyna; w niej drzemiała siła. Jej solidne pięści mogły przyłożyć każdemu łobuzowi, choćby starsi uczniowie woleli z nią nie zadzierać. Nauczyciel wuefu zauważył:
Tobie, Wojciechowska, trzeba na zapasy. Każdego rzucisz na matę.
Nie trzeba mi, dziękuję mruknęła Dobrosia.
Odpowiedziała ojcu patrząc prosto w oczy:
Powiedziałam, iż pojadę. Będę się uczyć.
Nie patrz się! zagroził Kazimierz. Zapamiętaj, pieniędzy nie dam!
Nie proszę o twoje. Przynajmniej młodszych wykarm, tato
Co?! Ty…
Sięgnął po pasek ze ściany, zbliżył się do córki. Dobrosia w sekundę była już przy piecu, w dł oni błysnęła pogrzebacz.
Tylko spróbuj mnie tknąć! Krzywdę ci zrobię!
Anna głośno lamentowała, rzuciła się między nich. Kazimierz, widząc determinację córki i pewny chwyt pogrzebacza, zrezygnował. Porzucił pasek i, złorzecząc, wybiegł.
Jedź szepnęła Anna, ocierając łzy. Jakoś sobie poradzisz. Jedź.
Mamo, rozwiedź się z nim! wypaliła Dobrosia.
Anna zaczęła się bronić:
Opanuj się, córko! Co matce radzisz?…
Jak długo będziesz znosić tego feudała? nie ustępowała Dobrosia.
Skąd ci takie słowa do głowy przyszły? Skąd to masz?
W szkole na historii uczą.
Czemu nie uczą, jak z rodzicami w zgodzie żyć? Lepiej by was tego nauczyli.
Ty żyj, jak chcesz. Ja nie będę się więcej wstawiała.
Po wyjeździe Dobrosi Kazimierz zrobił się jakby miękki. Z młodszymi łagodny, z Anną rozmawiał poprawnie. A Dobrosi nie wspominał. Paweł i Małgorzata przywiązali się do ojca. Zapomnieli troski, którymi Dobrosia ich otaczała, jak im nos wytarła, jak im spodnie prała.
Nasz tata jest super! ogłosiła kiedyś Małgosia. A ty, Dobrosiu, jesteś wredna! i pokazała jej język.
No, no uśmiechnęła się Dobrosia. Mieszkajcie więc z tatą. Może się odwdzięczy.
Po ósmej klasie wyjechała. W zawiniątku miała dwie koszule i worek z jedzeniem, który mama spakowała w tajemnicy przed Kazimierzem, skrywając też kilka złotych.
Na początek szepnęła Anna, wciskając pieniądze w dłoń córki. To moje, odkładane po trochu. Weź.
Dobrosia spojrzała na matkę. Nie taka stara, ale zmęczona, twarz poorana zmarszczkami, ramiona przygarbione, oczy smutne.
Mamo, kiedy to się skończy? Powinnaś się rozwieść.
Nie znam takiego zwyczaju westchnęła Anna. U nas na wsi wszyscy tak żyją. Pokłócą się, pogodzą. Kazimierz do domu wnosi. I dzieciom ojciec, nie pije. Ludzie powiedzą od dobrego się nie odchodzi…
jeżeli cię skrzywdzi pisz. Zrobię z nim porządek.
Dziecko, grzech na własnego ojca… Jednego dzielnicowego przyprowadziłaś, raz pogrzebaczem…
Jemu można? On jak pan, ty jak służąca. To życie?
A jakże? Tak się żyje.
Nie będę się spierać. Ale mu się nie kłaniam. Jak nie zaliczę do technikum i tak nie wrócę. Dziękuję ci za pieniądze. Pamiętam dobro.
Przyjeżdżaj, córko. Kazimierz prędki, zapomni… Ja ci warzyw z ogrodu naszykuję…
Pomogę krótko odpowiedziała Dobrosia.
Miasto przywitało Dobrosię gwarem, hałasem, zapachem benzyny. Technikum mechaniczno-technologiczne wybrała niemal odruchowo pociągały ją maszyny, warsztaty, ten zgiełk, który od zawsze przyciągał ją do miejscowego zakładu naprawczego. Egzaminy zdała z łatwością; widać było i dryg, i szkolne przygotowanie, mimo obowiązków domowych.
W internacie, gdzie zamieszkała miesiąc po przyjęciu, poznała współlokatorkę. Weronika wesoła, kręcona dziewczyna z małego miasteczka, zupełne przeciwieństwo poważnej Dobrosi. Weronika przyjechała na technika, choć naprawdę interesował ją jedynie szybki ślub.
Dobrosiu, tylko spójrz, jacy chłopcy na naszym roku! piszczała, przeglądając się w lusterku. Zwłaszcza ten wysoki, Wojtek… Ojciec jego to podobno dyrektor.
Mnie to nie obchodzi wzruszała ramionami Dobrosia, wpatrzona w notatki. Ja przyjechałam się uczyć.
Ty durna! śmiała się Weronika. A Zosia już chodzi z trzeciorocznym. Po szkole od razu ślub. A ty z książkami!
Weronika, nie mam czasu w zaloty. Muszę się sama wyżywić.
Dobrosia zatrudniła się jako sprzątaczka w biurze tkalni po lekcjach myła podłogi. Pieniędzy było mało, ale na życie wystarczało, nie musiała obciążać matki.
Weronika kręciła głową:
Kiedy ty na wszystko znajdujesz czas? Nauka, praca… Jeszcze mi pomagasz z fizyką. Dobrosiu, twarda jesteś!
Z przyzwyczajenia uśmiechała się Dobrosia.
Wykładowcę z hydrauliki zauważyły natychmiast. Janusz Kowalik młody, elegancki, w szarym garniturze i okularach w srebrnej oprawce. Ciemne włosy gładko zaczesane. W sali, gdzie połowa studentów była starsza i większa od niego, wydawał się niemal bezbronny.
Witam państwa, nazywam się Janusz… zaczął cicho.
Jasiek odezwał się ktoś z końca. Synku…
W grupie rozległ się śmiech. Kowalik zmieszał się, poprawił okulary, zaczął wykład nikt go nie słuchał. Gwar narastał.
Weronika szturchnęła Dobrosi łokciem:
Dobrosiu, popatrz, jaki kulturalny. Da sobie radę z takimi łobuzami?
Dobrosia patrzyła bez słowa. Dostała żalu do tego człowieka, który starannie pisał wzory na tablicy, a w zamian słyszał tylko drwiny.
Dosyć! powiedziała nagle. Wstała. Cisza!
Wszyscy zamilkli.
Szymański, Mazur spojrzała na głównych złośliwców. Jeszcze raz odezwiecie się nie na temat, sami wylecicie. Rozumiecie?
Co? przeciągnął Szymański.
Tak. Dosyć. Ja potrzebuję dyplom. Przyszłam tu pracować, nie tracić czasu. W domu nikt nie daje pieniędzy na zmarnowanie roku. Albo siedzicie cicho, albo wynocha.
Usiadła. W sali zapadła cisza. Każdy znał autorytet Dobrosi Wojciechowskiej.
Spojrzała na wykładowcę. Patrzył na nią zdziwiony i wdzięczny. Lekko skinął głową. Dokończył wykład.
Po lekcji Weronika zaczęła podpuszczać:
Dobrosiu, widziałaś jak on na ciebie patrzył? Pewnie się zakochał…
Głupia jesteś, Weronika zbywała ją Dobrosia. Po prostu podziękował. Poza tym jest żonaty, zobacz na obrączkę.
A obrączka to nie przeszkoda odparła Weronika znacząco. Może nieszczęśliwy.
Daj spokój ucięła Dobrosia.
Ale łapała się na tym, iż często myśli o spokojnym, pewnym głosie Kowalika i o tym, jak poprawia okulary.
Kowalik także nie zapomniał dziewczyny o twardym spojrzeniu i poważnej twarzy.
Do domu Dobrosia przyjeżdżała rzadko. Tylko na święta lub na pomoc przy ziemniakach w polu. Młodsi Paweł i Małgosia dorośli. Paweł kończył szkołę, marzył o kursie na kierowcę, Małgosia była jeszcze nastolatką, cicha, jak matka.
Kazimierz przy spotkaniach marszczył się, nie zaczepiał. Z córką panowało tylko chłodne porozumienie. Dobrosia była zdystansowana, ale pomagała rodzinie, zostawiała prezenty i pieniądze.
Ty już miejska cedził Kazimierz. Widzisz, jak się stroisz. Swych nie poznajesz?
Poznaję, tato. Nie bój się. Nie wywyższam się.
W czwartej klasie Weronika dopięła swego wyszła za Wojtka, syna dyrektora. Wesele było głośne, z akordeonem i gorzko!. Dobrosia była świadkową, stała z boku, patrzyła na szczęśliwą Weronikę i myślała: A co mnie czeka? Praca, może kiedyś córka? Czy zostanę sama?
Z wiekiem coraz częściej myślała o rodzinie. W wieku dwudziestu lat na wsi już bywały dzieci i mężowie. Ona była sama. Wokół niej byli sami niewłaściwi mężczyźni pijacy, żonaci lub tacy, iż szkoda słów. Myślała o ojcu, o jego szorstkości. Nie, lepiej być samą, niż tak jak mama.
Los zdecydował inaczej.
Michał Grabowski studiował na równoległym kierunku. Wysoki, spokojny, wręcz flegmatyk. Od dawna spoglądał na Dobrosię, ale nie miał odwagi podejść. Pewnego dnia na dansingu, na który wyciągnęła ją Weronika, zdobył się na odwagę.
Zaprosisz mnie do tańca?
Dobrosia aż się zdziwiła, bo wcześniej go nie zauważyła. A tu nagle taki postawny, wyciąga dłoń niepewnie, ale z determinacją.
Czemu nie? wzruszyła ramionami.
Od tego dnia zaczęli się spotykać. Michał nie przypominał ojca był cichy, może zbyt. Ale przy nim było spokojnie i bezpiecznie. Nie pił, nie palił, nie wyżywał się. Pracował jako ślusarz w młynie. I co najważniejsze patrzył na nią z oddaniem, które rozbrajało jej serce.
Wyjdź za mnie poprosił po trzech miesiącach.
Dobrosia długo milczała, potem spytała:
Nie zostawisz mnie? Jak tata mamę?
Nigdy obiecał.
I uwierzyła.
Ślub był skromny, tylko ze świadkami, po odbiorze dyplomów. Zamieszkali w wynajętym pokoju. Po roku przyszła na świat Emilia.
Szczęście nie trwało długo. Po narodzinach córki w Michała jakby coś pękło. Spokój zamienił się w obojętność, powolność w lenistwo. Bywało, iż cały dzień go nie było po pracy, z kolegami. Coraz mniej pieniędzy. Gdy Dobrosia próbowała go naprostować, burknął:
Co, jestem twoim niewolnikiem?! Mam prawo odpocząć!
Przypomniały jej się słowa matki: Tak się żyje. Przeraziła się, iż jej życie także utknie w tej samej udręce.
Michał powiedziała pewnej nocy, kiedy wrócił po północy. Albo się zmieniasz, albo odchodzimy.
Zaśmiał się drwiąco:
Gdzie pójdziesz? Z dzieckiem?
Zobaczysz odparła i następnego dnia złożyła pozew o rozwód.
Weronika była w szoku:
Dobrosiu, zwariowałaś? Jak sobie sama poradzisz?
A co myślałaś? uśmiechnęła się. Nie zginę.
I nie zginęła. Pracowała w fabryce, wychowywała córkę, nie głodowały. Michał płacił alimenty byle jak.
Paweł przybył do miasta dwa lata później. Wyszkolił się na kierowcę, mieszkał u siostry. Podziwiał jej samodzielność własne mieszkanie (z przydziału!), wodociąg, gaz. Była jak filar i córką, i bratu pomagała.
Dobrosiu, jesteś jak koń zaprzęgowy, a nie jęczysz nie mógł się nadziwić.
Jak nie będę pracować mówiła nic nie będzie.
Paweł marzył, by mieć taką żonę silną i dobrą.
Weronika tymczasem się rozwiodła; Wojtek okazał się maminsynkiem. Płakała w kuchni Dobrosi:
Dobrosiu, miałaś rację. Pewność nie w pieniądzach. Pewność w człowieku. Gdyby choć raz trafił się ktoś jak twój Janusz…
Jaki Janusz? nie zrozumiała Dobrosia.
O, wykładowca nasz, Kowalik. On się właśnie rozwiódł i mieszka sam.
Dobrosia nic nie odpowiedziała. Nie myślała już o nim od lat. Ale jego imię ogrzało jej duszę. Dziwne.
Spotkali się przypadkiem późną jesienią, na rynku. Dobrosia wracała zmęczona z pracy, weszła do Bistro Pod Lipami napić się herbaty. Mało ludzi. Przy jednym ze stolików, zaczytany w książce, siedział mężczyzna.
Zamówiła herbatę z drożdżówką i nagle usłyszała:
Dobrosiu?
Podniosła wzrok. Janusz Kowalik. Starszy, z pierwszymi siwymi włosami, zmęczony, ale spojrzenie miał to samo.
Dzień dobry zawstydziła się.
Można do pani? spytał cicho.
Proszę.
Rozmawiali długo, jakby znali się całe życie. Opowiedziała o rozwodzie, córce, pracy. On o rozstaniu z żoną, synie na studiach, o budowie domu pod miastem.
Czemu jesteś sama? spytał.
Tak wyszło westchnęła.
Ja też. I cieszę się, iż cię spotkałem.
Odwiózł ją do domu. Szli w milczeniu, a pod klatką wziął ją za rękę:
Zadzwonię?
Zadzwoń wyszeptała.
I zadzwonił.
W niedzielę zaprosił ją na działkę. Chciał pokazać swoje miejsce na ziemi. Emilia została z Weroniką, Dobrosia pojechała z Kowalikiem.
Było tam cicho, dom pół surowy, ale wszędzie panował ład i spokój.
I jak? spytał.
Pięknie odpowiedziała szczerze.
Nagle zza płotu rozległ się warkot samochodu. Janusz wyjrzał, spochmurniał:
Jacyś ludzie mruknął.
Z ciężarówki wysiedli dwaj. Przeskoczyli przez płot.
Gospodarzu, pogadamy! zawołał jeden.
Metal oddasz? spytał drugi zuchwale. My tylko parę rurek
Nie stanowczo odparł Janusz. Wyjdźcie stąd.
Co, okularniku! tamten sięgnął po nóż. Już ci się życie znudziło?
W tym momencie Dobrosia wybiegła z siekierą, łapiąc ją po drodze.
Zostawić go! wrzasnęła. Powiedziałam: wara stąd!
Zaskoczyła ich gwałtowność i odwaga. Cofnęli się, wyzywając pod nosem, przeskoczyli przez płot i zniknęli.
Janusz patrzył na nią z podziwem. Nie strach w oczach zachwyt.
Jesteś niesamowita wyszeptał.
Mogli go zabić powiedziała, opuszczając siekierę.
Objął ją. Przytuliła się, czując jego bijące serce.
Nikomu na zło ci nie pozwolę wyszeptała.
Od tego czasu byli już razem. niedługo Janusz oświadczył się jej.
Wyjdź za mnie. Nie mam majątku, dom buduję. Ale was kocham ciebie i Emilię. Zrobię wszystko, żebyście były szczęśliwe.
Dobrosia rozpłakała się pierwszy raz od lat.
Tak odpowiedziała Tak, Janusz.
Wesele było ciche, rodzinne Weronika, Paweł z żoną, Małgosia z mężem. Anna z Kazimierzem. Kazimierz nie chciał jechać, ale Anna przekonała.
W USC tłum ludzi, kwiaty i uśmiechy. Dobrosia w skromnej sukni, rozpuszczone włosy, zupełnie inna, kobieca, szczęśliwa. Janusz w granatowym garniturze wzruszony jak chłopiec.
Emilia niosła obrączki. To mój tata mówiła z dumą.
Po ślubie pojechali do mieszkania Dobrosi. Kazimierz siedział w kącie. Janusz podszedł z kieliszkiem:
Panie Kazimierzu, dziękuję za córkę.
Kazimierz chrząknął. Spojrzał na Dobrosię, na wnuczkę, i niespodziewanie powiedział:
Dbaj o nią. Ma twardy charakter, ale jest dobra. Na matkę podobna.
Dobrosia zdziwiła się ojciec pierwszy raz powiedział o niej coś dobrego.
Uważam na nią odpowiedział Janusz.
Odprowadzając rodziców na autobus, Dobrosia uściskała matkę:
Mamo, przyjeżdżaj. Teraz czekamy na was.
Anna płakała ze szczęścia. Kazimierz podszedł do Emilii, pogłaskał ją:
Rośnij, wnuczko, bądź mądra.
Będę, dziadku odpowiedziała poważnie.
Autobus odjechał. Dobrosia z Januszem stali pod lampami, trzymając się za ręce. Miasto tonęło w wieczornym fiolecie.
No cóż, żono szepnął Janusz. Do domu?
Do domu uśmiechnęła się.
Ruszyli spokojnie, razem, a w sercu Dobrosi było tak jasno i lekko, jak nigdy przedtem. Całe życie przed nimi. Teraz już wiedziała, iż wszystko się ułoży. U boku miała wreszcie pewne ramię, kochające serce i dom, który wspólnie zbudują.
Minęło jeszcze kilka lat. Dom Janusza ten sam, którego niemal nie spaliły łobuzy został ukończony. Przytulny, dwupiętrowy, z dużymi oknami, gankiem oplecionym winoroślą i sadzoną przez Dobrosi jabłonią.
Emilia kończyła liceum, wybierała się na medycynę. Paweł zdobył prawo jazdy, ożenił się, pracował w PKS. Małgosia wyszła za sąsiada-traktorzystę, wychowywała bliźniaki. Anna często bywała u Dobrosi, pomagała w ogrodzie, doglądała wnuków. Kazimierz… i on zaczął przyjeżdżać. Najpierw rzadko, potem coraz częściej. Siedział z Januszem na ganku, pili herbatę, rozmawiali o świecie. Czasem brał Emilię na spacer nad Pilicę. Dobrosia patrzyła przez okno i myślała: Jak to życie się układa. To co złe odchodzi, zostaje dobre.
Pewnego wieczora, gdy sad kończył już kwitnąć, siedzieli we trójkę na ganku: Dobrosia, Janusz i Emilia. Na niebie płonął zachód, malował świat na różowo i złoto.
Mamo, czy jesteś szczęśliwa? zapytała Emilia.
Dobrosia spojrzała na męża, na córkę, na cichy dom, na sad za oknem. Przypomniała sobie ciężkie dzieciństwo, upokorzenia, samotność, strach. I zrozumiała, iż nic nie było daremne.
Jestem, córeczko odpowiedziała prosto.
Janusz objął ją, przytulił do siebie.
Ja też wyszeptał.
Emilia pobiegła do sadu, a oni zostali na ganku, słuchając cichnącego wiatru i śpiewu ptaków.
Za oknem gasł dzień. Przed nimi było jeszcze wiele takich wieczorów. Całe życie. I Dobrosia była pewna teraz już może być tylko lepiej. Razem.










