Są relacje, które zaczynają się od trzymania małej dłoni i obietnicy, iż zawsze będziemy obok. A potem przychodzi życie. Praca, obowiązki, zmęczenie, dorastanie, pierwsze bunty, różnica pokoleń. I nagle dwóch ludzi, którzy kiedyś byli sobie tak bliscy, stoi po dwóch stronach niewidzialnej ściany.
Ojciec i syn.
Jedna z najważniejszych, a jednocześnie chyba jedna z najtrudniejszych relacji w życiu mężczyzny.
„Przecież robiłem to dla ciebie”
Wielu ojców właśnie tak powiedziałoby swoim synom.
Pracowałem, żebyś miał lepiej.
Budowałem dom.
Zarabiałem pieniądze.
Woziłem cię na treningi.
Kupowałem buty, komputer, rower.
Chciałem, żebyś wyrósł na porządnego człowieka.
I bardzo często to wszystko jest prawdą.
Tylko iż dziecko nie zawsze zapamiętuje, ile kosztował jego rower. Pamięta natomiast, czy ojciec miał czas, żeby na niego wsiąść razem z nim.
Nie pamięta ceny pierwszych korków piłkarskich. Pamięta, czy tata stał przy boisku.
Nie pamięta wszystkich rad. Pamięta, czy mogło przyjść ze swoim problemem bez strachu, iż usłyszy: „Nie przesadzaj”.
Miłość rodzica i miłość odczuwana przez dziecko nie zawsze są tym samym.
Można kochać bardzo mocno i jednocześnie nie potrafić tej miłości pokazać.
Syn nie zawsze potrzebuje bohatera
Mały chłopiec często patrzy na ojca jak na człowieka, który potrafi wszystko.
Naprawić rower. Przegonić strach spod łóżka. Odpowiedzieć na każde pytanie. Obronić przed całym światem.
Potem chłopiec dorasta i zaczyna dostrzegać, iż ojciec również się myli. Że czasami nie zna odpowiedzi. Że ma swoje słabości, lęki i porażki.
I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwy sprawdzian tej relacji.
Bo nastoletni syn nie potrzebuje już pomnika.
Potrzebuje człowieka.
Ojca, który czasami potrafi powiedzieć:
„Nie wiem”.
„Pomyliłem się”.
„Przepraszam”.
„Rozumiem, iż możesz myśleć inaczej”.
„Jestem z ciebie dumny”.
I być może najważniejsze:
„Cokolwiek się wydarzy, możesz do mnie przyjść”.
To nie odbiera ojcu autorytetu.
Przeciwnie. Buduje go znacznie mocniej niż krzyk, zakazy i próba udowadniania za wszelką cenę, kto ma rację.
„Tato! Tu jestem!”
Jest w obrazku ilustrującym ten tekst coś bardzo gorzkiego.
Ojciec przeprasza jednego syna, iż go zaniedbał. Nie zauważa jednak, iż obok stoi drugi i woła:
„Tato! Tu jestem!”
To oczywiście żart. Ale jak wiele dobrych żartów boli właśnie dlatego, iż dotyka prawdy.
Czasami tak bardzo próbujemy naprawić wczoraj, iż zaniedbujemy dzisiaj.
Rozpamiętujemy błędy popełnione przy starszym dziecku, a nie zauważamy młodszego.
Albo odwrotnie.
Próbujemy zapewnić dzieciom przyszłość, jednocześnie tracąc ich teraźniejszość.
„Jeszcze tylko ten projekt”.
„Jeszcze tylko trochę popracuję”.
„Porozmawiamy później”.
„W weekend”.
„Jak będę miał więcej czasu”.
Tylko dzieciństwo ma jedną paskudną cechę.
Nie czeka.
Chłopcy też potrzebują czułości
Przez lata wielu chłopców wychowywano według prostych zasad:
Nie płacz.
Bądź twardy.
Poradzisz sobie.
Facet musi być silny.
A potem dziwimy się, iż dorosły mężczyzna nie potrafi powiedzieć żonie, iż się boi. Nie potrafi przytulić własnego syna. Nie umie poprosić o pomoc. Złość staje się jedyną emocją, którą potrafi pokazać.
Bo tego się nauczył.
Ojciec może nauczyć syna odwagi. Ale powinien również pokazać mu, iż wrażliwość nie jest słabością.
Można być silnym i płakać.
Można być mężczyzną i powiedzieć „kocham cię”.
Można przegrać i przez cały czas być wartościowym człowiekiem.
Można nie wiedzieć, co robić, i poprosić kogoś o pomoc.
To być może jedne z najważniejszych lekcji, jakie ojciec może przekazać synowi.
Najważniejsze rozmowy nie zaczynają się od rad
My, dorośli, mamy pewną przypadłość.
Kiedy dziecko zaczyna opowiadać o problemie, natychmiast chcemy go rozwiązać.
Syn mówi, iż pokłócił się z kolegą.
My już wiemy, co powinien zrobić.
Mówi, iż coś mu nie wyszło.
Już tłumaczymy, gdzie popełnił błąd.
Mówi, iż się boi.
Przekonujemy, iż nie ma czego.
A czasami wystarczyłoby zapytać:
„Chcesz, żebym ci coś doradził, czy po prostu mam cię wysłuchać?”
To jedno zdanie potrafi zmienić bardzo wiele.
Bo syn, szczególnie nastoletni, nie zawsze potrzebuje kolejnego nauczyciela.
Czasami potrzebuje taty.
Pewnego dnia role się odwrócą
Jest jeszcze coś, o czym rzadko myślimy, kiedy nasze dzieci są małe.
Czas biegnie również dla nas.
Kiedyś to ojciec prowadzi syna za rękę przez ulicę.
Po latach być może syn będzie prowadził ojca przez szpitalny korytarz.
Kiedyś ojciec uczy syna prowadzić samochód.
Po latach syn odbierze ojcu kluczyki, bo uzna, iż tata nie powinien już jeździć.
Kiedyś syn dzwoni i pyta:
„Tato, co mam zrobić?”
A któregoś dnia telefon zadzwoni w drugą stronę.
Dlatego warto budować tę relację wtedy, kiedy jeszcze mamy na to czas.
Nie idealną.
Prawdziwą.
Nie musisz być idealnym ojcem
Twój syn również nie potrzebuje idealnego ojca.
Potrzebuje obecnego.
Takiego, który czasami odłoży telefon.
Który zapyta i naprawdę wysłucha odpowiedzi.
Który przyjdzie na mecz, choćby jeżeli syn przesiedzi go na ławce.
Który zauważy, iż za krótkim „wszystko okej” kryje się coś więcej.
Który potrafi przeprosić.
Który nie będzie próbował przeżyć życia za swojego syna, ale będzie blisko, kiedy ten popełni własne błędy.
Bo dzieci nie potrzebują rodziców, którzy nigdy nie zawodzą.
Potrzebują takich, do których mimo wszystko można wrócić.
I jeżeli jesteś ojcem i czytasz ten tekst, być może dzisiaj nie trzeba robić niczego wielkiego.
Może wystarczy usiąść obok swojego syna i zapytać:
„Co u ciebie?”
A potem nie patrzeć w telefon.
Nie poprawiać.
Nie oceniać.
Nie udzielać od razu rad.
Po prostu posłuchać.
Bo być może gdzieś bardzo blisko ciebie ktoś od dawna, choć bez słów, mówi dokładnie to samo, co chłopak z naszego obrazka:
„Tato! Tu jestem!”
Marcus
Nie odkładajmy najważniejszych ludzi na później. Bo „później” jest jedną z tych rzeczy, których nikt z nas nie ma zagwarantowanych.












