Ojca do domu opieki – No i czego się wymyśliła? Jaki dom opieki?! O nie, ja z własnego domu się nie ruszę! – ojciec Elżbiety rzucił w córkę kubkiem, celując prosto w głowę. Kobieta zdołała się uchylić ruchem wyćwiczonym przez lata. To tak dalej być nie może. Prędzej czy później wymyśli coś, żeby jej zaszkodzić, a ona znów będzie zaskoczona. A jednak, wypełniając papiery na umieszczenie ojca w domu spokojnej starości, Elżbieta odczuwała tylko wyrzuty sumienia. Choć przecież to, co robiła dla niego teraz, i tak było ponad miarę, jeżeli spojrzeć na to, jak on ją traktował w przeszłości. Gdy ojciec wsiadał do auta, krzyczał, kopał, złorzeczył wszystkim, którzy brali udział w jego przeprowadzce. Liza stała w oknie i patrzyła za odjeżdżającym samochodem. Już raz wcześniej przeżyła podobny moment – wtedy była jeszcze dzieckiem i nie mogła sobie wyobrazić, jaka będzie jej przyszłość. Elżbieta była jedynaczką. Mama nie zdecydowała się na drugie dziecko — mąż był domowym tyranem, który zmieniał jej życie w piekło. Ojciec Elżbiety, Jan Michalski, był już w starszym wieku, kiedy urodziła mu się córka – miał dobrze po czterdziestce. Ożenił się tylko ze względów zawodowych. Małżeństwo dla wielkiej miłości albo dla przekazania nazwiska nigdy go nie interesowało. Kochał wyłącznie siebie, a ślub miał być krokiem do awansu – potrzebował opinii wzorowego rodzinnego mężczyzny. gwałtownie znalazł odpowiednią kandydatkę wśród znajomych – młodziutką studentkę technikum, Marysię, pochodzącą z robotniczej rodziny. Idealny wybór żony „dla ludzi”. Dla rodziny dziewczyny taki ożenek był prestiżem. O jej zdanie nikt nie pytał. Wesele zrobili wystawne, choć rodziców panny młodej nie zaproszono – zbyt nisko stali w hierarchii społecznej. Po ślubie młoda żona zamieszkała w domu męża. Aby Mariolka jak najszybciej stała się prawdziwą żoną urzędnika, przydzielono jej osobę od nauki etykiety, milczenia i „niezauważania”, póki nie będzie jej na to pozwolone. – No i jak minął dzień? – pytał Jan, wracając do domu i siadając w fotelu. – Dobrze. Poznałam zasady zachowania przy stole, zaczęłam uczyć się angielskiego. – Pierwszą zasadą, jaką Mariolka opanowała, było nie dawać mężowi powodów do niezadowolenia. – I co jeszcze? A kto w tym czasie zajmował się domem? – Ja. Z kucharką ułożyłyśmy jadłospis na tydzień, sama robiłam zakupy i sprzątałam. – No, dobrze, nieźle. Tylko pamiętaj, żebyś zawsze była schludna i czysta, nie wyglądaj jak jakaś wiejska dziewczyna. jeżeli będziesz się dobrze zachowywać, wynajmę ci szofera i pokojówkę. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze sobie nie zasłużyłaś. Takich spokojnych dni było niewiele. Na ogół mąż wracał do domu późno, zły i zmęczony. Jedyną osobą, na której mógł wyładować frustracje, była żona. Służba mogła rzucić pracę, ale Mariolka nie miała dokąd pójść. Po raz pierwszy Jan uderzył Mariolkę miesiąc po ślubie. Nie za coś konkretnego, ale „dla przestrogi”, żeby wiedziała, kto rządzi. Później bicie stawało się coraz częstsze. Wiedział, jak bić, żeby nie zostawić śladów, żeby trudno było się domyślić. Mariolka kryła siniaki pod ubraniem, uśmiechając się fałszywie do przyjaciół i współpracowników męża. Minął pierwszy rok małżeństwa. Znajomi zaczęli mu wypominać, iż w młodej rodzinie powinno być już dziecko. – Janek, zdrowy z ciebie chłop! Czemu twoja młoda żona jeszcze nie urodziła? Może ona coś nie tak? Powinieneś ją do lekarza zaciągnąć, szkoda czasu. – Jeszcze nie planowaliśmy. Żona kończy technikum – odburknął Jan. – Kończy? Po co kobiecie wykształcenie! Dzieci, dom, mąż – to jej świat. Niech rzuci szkołę i łazi po lekarzach. Przecież dzieci muszą się pojawić w porządnej rodzinie. Daj przykład! Zaczęła się cała seria badań i testów. Jan choćby na czas ograniczył przemoc, żeby lekarze nie dostrzegli śladów. Mijały kolejne miesiące. Lekarze orzekli: Mariolka gotowa jest na dziecko. Problem był w Janie. Lekko zasugerował mu to jeden z lekarzy. – Ja? Co ty, oszalałeś?! Wystarczy, iż zadzwonię dwa razy, a twoja kariera się skończy – warknął Jan. – choćby jeżeli mnie zwolnią, to pański problem się nie rozwiąże – odparł spokojnie lekarz. – No i co mam robić? – burknął Jan. – Najlepiej zacząć od badań. Po kilku tygodniach wynik okazał się niekorzystny. Jan miał marne szanse na potomstwo. Została tylko nadzieja na cud. Nastroje pogorszyły się jeszcze bardziej, Jan odreagowywał frustrację na żonie. Mariolka przestała już płakać i ze strachu tylko zamierała jak posąg. Dla rozrywki Jan znalazł sobie kochankę. Przez pewien czas to wystarczało. Po ponad dwóch latach w końcu udało się – Mariolka zaszła w ciążę. Na świat przyszła Elżbieta – cała tata. Jan nie czuł do córki żadnej czułości. Wychowywała ją matka z pomocą niani. Ojciec tygodniami jej nie widział i nie czuł potrzeby, by to zmieniać. Z wiekiem Elżbieta coraz bardziej go irytowała, coraz trudniej było mu się powstrzymać. Po raz pierwszy uderzył córkę, gdy miała pięć lat. Rozkaprysiła się, czegoś chciała, a Jan miał trudny dzień w pracy. Rzucił nią tak, iż przeleciała pół pokoju i uderzyła w ścianę. Ze strachu choćby nie płakała. Ojciec zaś spokojnie położył się i włączył telewizor. Elżbieta gwałtownie pojęła lekcję: lepiej nie drażnić taty. Ale on już potem tylko czekał na powód, by się na niej wyżyć. Przemoc, wyzwiska, upokarzanie – choćby przy gościach – stały się normą. – Panie Janie, słyszałam, iż pani Elżbieta pięknie gra na skrzypcach! Może zagra dla nas? – Skrzypaczką to ona może i kiedyś będzie, na razie to tylko hałas robi! Liza, słyszysz? Bierz skrzypce i zagraj gościom! Elżbieta, cała czerwona ze wstydu, szła po instrument. Grać przy obcych się bała, ale rozzłościć ojca – jeszcze bardziej. Lęk przed grą publiczną został jej na całe życie, przez co zrezygnowała z kariery skrzypaczki. Już nigdy potem nie wzięła do ręki instrumentu. W tamtym domu nie rozumiała – czy wszyscy mają takie rodziny? Widząc na obrazkach szczęśliwe rodziny, pytała samej siebie, dlaczego jej trafił się ktoś, kto nienawidził świata. Mama też nie stała się dla niej wzorem. Nie potrafiła pokochać córki zrodzonej z przymusu. Gdy Elżbieta miała trzynaście lat, mama zginęła w wypadku samochodowym. Tak przynajmniej mówiono. Co się naprawdę stało, Elżbieta nie wiedziała. Odtąd zamknęła się w sobie jeszcze mocniej. Po ukończeniu szkoły córka poszła na studia wybrane przez ojca. To była jedna z ostatnich decyzji, które za nią podjął. W pracy Jan tonął w kłopotach i odsunął się od córki. Gdy Elżbieta skończyła studia, ojciec stracił już dawne wpływy i prawie cały majątek. Większość pieniędzy poszła na „uciszenie” licznych spraw, które narobił będąc wysoko postawionym urzędnikiem. Na szczęście zamiótł wszystko pod dywan i przeszedł na emeryturę, zamieszkując na działce. Elżbieta do ojca nie jeździła. Nie miała o czym z nim rozmawiać ani ochoty na wysłuchiwanie obelg. Kiedy starszy już Jan został sam, przestał mieć na kim się wyżywać. To pogorszyło jego kondycję psychiczną. Sąsiedzi zaczęli dzwonić do Elżbiety, iż ojciec zachowuje się dziwnie. Musiała zebrać w sobie siły i zdecydować – zabrać ojca do siebie. Dzięki temu, iż mógł znowu nękać córkę, Jan poczuł się lepiej. Codziennie robił jej awantury, krzyczał, obrażał. Potrafił rozrzucić wszystkie rzeczy lub naczynia. Kobieta postanowiła ograniczyć jego swobodę do jednego pokoju, zamykanego na klucz. Gdy choćby to nie pomogło, a oznaki demencji się nasiliły, Elżbieta musiała podjąć jeszcze trudniejszą decyzję – oddać ojca do domu opieki. Swojej rodziny nigdy nie założyła. Zraniona psychicznie, zamknięta w sobie, bała się ludzi. W pracy nie zawierała znajomości, trzymała się na uboczu. Jednak decyzja o umieszczeniu ojca w domu opieki przyniosła jej ogromny wstyd i poczucie winy. Zostawić ojca u siebie groziło jej własnemu bezpieczeństwu, badania wykazały początki otępienia. On sam nie był świadomy swoich czynów, ale wrogość do córki pozostała choćby wtedy, gdy przestał ją rozpoznawać. Kobieta przeszła wszystkie domy opieki w mieście, szukając dla ojca najlepszego miejsca. Wybrała najporządniejszy, ale za to bardzo drogi. Większość pensji oddawała na opłaty, musiała dorabiać dodatkowo. Po wyjeździe ojca przez kilka dni była jak nieprzytomna. Przypominała sobie, jak raz z mamą próbowały odejść. To był jedyny raz. Jan przywiózł je z powrotem, a potem matka zginęła. Mimo wszystko, odwiedzając ojca, Elżbieta zawsze płakała z żalu i winy – to były uczucia, których rodzice ją nauczyli. Oprócz ciągłych wyrzutów sumienia, zaczęła mieć też poważne problemy zdrowotne.

naszkraj.online 20 godzin temu
– Co ty znowu wymyśliłaś? Jaki dom opieki? O nie, nigdzie z tego domu nie jadę! Ojciec Małgorzaty Zielińskiej rzucił w córkę kubkiem, celując prosto w głowę. Kobieta zdążyła się uchylić, jak miała to już wyćwiczone przez lata. To tak nie może już dłużej wyglądać, pomyślała. Prędzej czy później on znowu zrobi mi jakąś krzywdę, […]
Idź do oryginalnego materiału