Nie miałem powodu, żeby się bać starego Ryszarda. To inni się go bali, nie ja. Sąsiedzi z Zawoi opowiadali dzieciom, iż w chatce nad potokiem mieszka odludek, który rozmawia z pszczołami po nazwisku, iż w lesie, kilkanaście kilometrów od najbliższego przystanku PKS, dzieje się coś nie tak. Ja tam mieszkałem osiem lat. Wiem, jak pachnie tam dym z pieca, kiedy Ryszard smaży bigos na kuchni węglowej. Wiem, iż w kwietniu pod oknem kwitną przebiśniegi, które sam kiedyś zasadził dla swojej żony. Wiem, iż pies sąsiadów, kundel imieniem Bobik, przychodził do nas raz w tygodniu wyłącznie po to, żeby dostać kawałek suchego chleba i zaraz wracał, jakby się bał zostać na noc.
Nazywam się Marcin Wolski. Jestem tym z piątki, którego Ryszard przygarnął jako drugiego, po Kasi. Miałem wtedy cztery lata, matka zostawiła mnie u sąsiadki i nie wróciła po tydzień, po miesiącu, w ogóle nie wróciła. Sąsiadka przyprowadziła mnie do pasieki, bo nie miała czym karmić własnych dzieci, a stary Ryszard już wtedy miał opinię człowieka, który nikomu nie odmawia.
Wychowałem się na miodzie gryczanym i milczeniu. Ryszard nie był czuły w sposób, jaki się widzi w filmach. Nie przytulał, nie mówił „kocham cię". Ale pamiętam, jak w nocy, kiedy miałem gorączkę, siedział przy moim łóżku do świtu i smarował mi czoło miodem lipowym rozrobionym w occie jabłkowym, bo w aptece dwadzieścia kilometrów dalej nie było wtedy nic innego. Pamiętam, jak sprzedał połowę zapasu na targu w Krakowie, żeby kupić mi mundurek do liceum, kiedy inne dzieci śmiały się, iż chodzę w łatanych spodniach.
Teraz mam czterdzieści dwa lata, jestem adwokatem w Krakowie, kancelaria na Szewskiej, klienci z pieniędzmi. Mam gabinet z widokiem na Planty i sekretarkę, która parzy mi kawę o ósmej rano. I właśnie dlatego, kiedy przyszedł list od dziadka — bo tak go zawsze nazywaliśmy, choć krwi wspólnej nie mieliśmy ani grama — poczułem coś, czego nie umiem dokładnie nazwać. Coś między wstydem a strachem.
„Dzieci. Przyjeżdżajcie w sierpniu. Trzeba porozmawiać o pasiece. Ryszard."
Trzy zdania. Napisane ołówkiem, bo długopis mu w dłoni już nie trzymał prosto.
Pojechałem swoim autem — audi A6, kupionym na kredyt, którego jeszcze nie spłaciłem do końca, ale nikomu o tym nie mówię. Droga z Krakowa do Zawoi to niecałe dwie godziny, potem trzeba było zostawić samochód przy leśniczówce i iść pieszo prawie godzinę ścieżką, którą tylko dziadek i jego pszczoły znały na pamięć. Zapomniałem, jak bardzo boli mnie kręgosłup po takim marszu w eleganckich butach. Zapomniałem też, jak pachnie las we wrześniu — żywicą i wilgotną korą, zupełnie inaczej niż spaliny na Alei Trzech Wieszczów.
Kasia, najstarsza z nas, była już przy chacie, kiedy dotarłem. Wysiadła z niej lekarka po latach ordynatury w szpitalu w Nowym Sączu — okulary, płaszcz, który kosztował chyba tyle, co miesięczna pensja pielęgniarki. Chwilę później dojechał Rafał, ten od nafty, na srebrnym pick-upie, cały w markowych ciuchach, telefon przy uchu przez całą drogę od parkingu. Grzegorz, adwokat jak ja tylko w Warszawie, przyjechał ostatni z nas trzech mężczyzn, w garniturze, jakby jechał na rozprawę, nie do lasu. Ania, najmłodsza po Kasi, przyjechała autobusem z Rzeszowa, gdzie pracowała jako agronomka w szklarniach — jedyna z nas, która nie miała samochodu i się tym nie przejmowała.
Usiedliśmy przy tym samym stole, przy którym kiedyś odrabialiśmy lekcje w świetle lampy naftowej, bo prądu do chaty doprowadzili dopiero, gdy Ania kończyła szkołę. Ryszard postawił na stole samowar — no dobra, zwykły czajnik elektryczny, kupiony chyba z dziesięć lat temu, ale nazywał go po staremu samowarem, bo taki miał zwyczaj. Wystawił miód w słoikach, pokroił chleb.
— No, opowiadajcie — powiedział. — Jak żyjecie.
I zaczęliśmy opowiadać. Ja o sprawach rozwodowych, które prowadzę, o klientach, którzy płacą i się kłócą o każdy grosz. Rafał — o kontraktach na ropę, o cenach baryłki, o tym, iż w robocie na platformie zarabia więcej w miesiąc niż dziadek przez całe lato sprzedaży miodu. Grzegorz mówił o sądach, o klientach, których nazywał głupcami, bo nie umieli zapłacić na czas. Kasia — o mężu wojskowym, o dzieciach, o tym, jak ciężko z przeprowadzkami. Ania milczała. Patrzyła na dziadka i milczała.
Ryszard słuchał. Gładził brodę, kiwał głową, nic nie mówił.
— Dobrze żyjecie — powiedział w końcu. — Brawo. A teraz pogadajmy o rzeczy poważnej. Pasieka. Sto dwadzieścia uli. Las. Miód. Jestem stary. Ręce już nie te. Plecy nie te. Trzeba zdecydować. Komu przekażę?
I wtedy zrobiła się w tej chacie cisza, jakiej nie było tam od lat. Nie chcę udawać, iż siedziałem tam i myślałem szlachetnie o dziadku. Myślałem o działce. O hektarach lasu, które w tej okolicy Beskidu Żywieckiego są warte fortunę, jeżeli ktoś zna odpowiednich ludzi z gminy. Kancelaria mi się nie przelewa tak, jak sekretarka o ósmej rano może sugerować — kredyt na audi, kredyt na mieszkanie na Podgórzu, alimenty po rozwodzie. Pomyślałem: sprzedam działkę deweloperowi pod agroturystykę, zostawię sobie chatę jako "rezydencję", zarobię tyle, iż spłacę wszystko od razu.
Rafał odezwał się pierwszy, jak zawsze, bez asekuracji.
— Dziadku, ja się tym zajmę. Mam kontakty, mam pieniądze na inwestycję. Zrobimy tu pasiekę pokazową dla turystów, sprzedamy miód pod marką "Miód spod Babiej Góry", będzie się kręcić.
— Turystów — powtórzył Ryszard, jakby smakował to słowo i mu nie smakowało.
Grzegorz dołożył swoje, mówiąc coś o „racjonalnym zarządzaniu majątkiem", o tym, iż najlepiej byłoby sprzedać działkę i podzielić pieniądze na pięć części, bo przecież nikt z nas nie zamierza tu mieszkać. Ja przytaknąłem, chociaż w środku czułem, jak coś we mnie się kurczy, jak wtedy, gdy jako dziecko skłamałem dziadkowi w oczy o zjedzonym słoiku miodu i on to od razu wyczuł.
Kasia powiedziała, iż ona nie ma czasu, ale iż oczywiście, jeżeli sprzedać, to należy jej się część, bo przecież też tu dorastała.
Ania nie powiedziała nic. Wstała od stołu, wyszła na zewnątrz. Poszedłem za nią, bo coś mnie tknęło — może wstyd, może chęć, żeby ktoś przy tym stole zachował się przyzwoicie choćby na pokaz.
Zastałem ją przy skrajnym rzędzie uli, tym samym, gdzie Ryszard trzymał najbardziej agresywne rodziny pszczele — te, których nikt oprócz niego nie odważał się dotknąć. Ania stała bez rękawic, bez siatki na twarzy, i po prostu patrzyła, jak pszczoły wracają z pożytku. Jedna usiadła jej na przedramieniu. Nie strzepnęła jej.
— Nie ukłuje cię? — spytałem głupio.
— Ukłuje, jeżeli ją wystraszę — odpowiedziała. — Dziadek mnie tego nauczył, kiedy miałam dziewięć lat. Trzeba stać spokojnie i nie chcieć niczego od niej, wtedy zostawi cię w spokoju.
Wtedy zrozumiałem, dlaczego reszta z nas mówiła o działce, kontraktach, agroturystyce, a ona ani słowem. Ona jedna z nas przyjechała tu, bo tęskniła za miejscem, a nie dlatego, iż w liście było słowo „pasieka" obok słowa „przekazać".
Wróciliśmy do środka. Ryszard siedział przy stole, patrząc na słoik miodu, który stał przed nim od początku wieczoru, nietknięty.
— Powiem wam coś — zaczął. — Trzydzieści osiem lat ja tę pasiekę prowadzę. Wychowałem was na tym miodzie. Uczelnie wam opłaciłem z tych bańki miodu, które woziłem na targ w Krakowie na piechotę, bo mnie autostop nie zawsze brał. I teraz słyszę słowo „inwestycja", słowo „sprzedać", słowo „podzielić". Nikt nie powiedział słowa „zostać".
Nikt się nie odezwał. Rafał wpatrywał się w telefon. Grzegorz poprawiał mankiet koszuli.
— Mam dokument u notariusza w Suchej Beskidzkiej — ciągnął Ryszard. — Testament. Podpisany jeszcze miesiąc temu. Ale chciałem was zobaczyć, zanim go otworzycie. Chciałem zobaczyć, kto z was tu przyjedzie, żeby zostać, a kto tylko po to, żeby policzyć hektary.
Wyjął z kredensu kopertę, brązową, zaklejoną, z pieczęcią kancelarii notarialnej. Położył ją na stole obok nietkniętego słoika miodu.
— Otwórz, Marcinek — powiedział do mnie. — Jesteś prawnikiem, przeczytasz najlepiej.
Ręce mi drżały, kiedy rozcinałem kopertę scyzorykiem, który leżał tam od zawsze, na tym samym miejscu na stole, od trzydziestu lat. W środku był akt notarialny — cała pasieka, sto dwadzieścia uli, chata, dwa i pół hektara lasu przy potoku, wyceniona przez rzeczoznawcę na sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych — zapisana na Anię. Z jednym warunkiem wypisanym osobnym paragrafem: pasieka nie może być sprzedana przez najbliższe dwadzieścia pięć lat, może być tylko prowadzona lub przekazana kolejnemu członkowi rodziny, który zamieszka na miejscu.
Rafał wstał tak gwałtownie, iż krzesło się przewróciło.
— To niesprawiedliwe. Ja też tu dorastałem!
— Dorastałeś — powiedział Ryszard spokojnie. — Ale nie wróciłeś. Przez piętnaście lat byłeś tu dwa razy. Na pogrzebie sąsiadki i na moje siedemdziesiąte urodziny, bo żona ci przypomniała.
Grzegorz próbował mówić coś o podważeniu testamentu, o prawie do zachowku, patrząc na mnie, jakbym miał go poprzeć jako kolega po fachu. Powiedziałem mu wprost, patrząc w oczy, iż zachowek owszem, mu się należy, ale dwadzieścia pięć procent wartości spłaci mu Ania w gotówce w ciągu pięciu lat, zgodnie z prawem, i iż jeżeli spróbuje podważyć wolę dziadka w sądzie, ja osobiście będę reprezentował drugą stronę za darmo.
Kasia siedziała cicho, z rękami złożonymi na stole, i po chwili powiedziała tylko:
— Dobrze, dziadku. Rozumiem.
Ania nie ruszyła się z miejsca. Trzymała w dłoniach kubek z herbatą, który już dawno wystygł, i patrzyła na kopertę, jakby nie do końca wierzyła, iż to się dzieje naprawdę.
Następnego dnia rano, zanim wsiadłem do audi, żeby wracać do Krakowa, poszedłem jeszcze raz do uli. Ania już tam była, w gumowych rękawicach, z dymarką w ręku, sprawdzała ramki. Dziadek stał obok, opierając się o laskę, i po raz pierwszy od lat widziałem, jak się śmieje — nie z żartu, tylko z tego, jak nieporadnie Ania trzyma dymarkę.
— Zostaniesz tu na zimę? — spytałem.
— Zwolniłam się ze szklarni w zeszłym tygodniu — odpowiedziała, nie odrywając wzroku od ramek. — Wprowadzam się w piątek.
Trzy tygodnie później dostałem telefon od dziadka. Rafał, jak się okazało, faktycznie zaczął rozmowy z deweloperem z Żywca o kawałku lasu obok — tym, który nie wchodził w spadek, ale graniczył z pasieką i mógł utrudnić dojazd. Ryszard poprosił mnie, żebym jako prawnik sprawdził księgi wieczyste i pomógł Ani zabezpieczyć służebność drogi na wypadek, gdyby ktokolwiek próbował się dobrać do jej ziemi bocznymi drzwiami. Zrobiłem to w jeden dzień, bez honorarium.
Do dziś jeżdżę tam raz na dwa miesiące, zostawiam audi przy leśniczówce i idę tę godzinę pieszo. Ania przechowuje dla mnie słoik miodu spadziowego, tego najciemniejszego, bo pamięta, iż to ja zawsze go najbardziej lubiłem. Dziadek już nie chodzi do uli — siedzi na ławce przed chatą i patrzy, jak ona pracuje — ale wciąż, kiedy go pytam, jak żyje, odpowiada to samo co zawsze: „Pszczoły złego nie robią. To ludzie — owszem."












