Jadwiga stoi w kuchni z łyżką w ręku.
Łzy płyną jej po twarzy.
— Mówiłam ci, iż nie chcę jeździć w weekendy do rodziców!
— Jadzia, co ty tak wyolbrzymiasz? – Marek nie odrywa oczu od telefonu.
— To tylko obiad, nic wielkiego.
— Nic wielkiego? Twoja mama zawsze znajdzie powód do krytyki!
— Przesadzasz.
— Ostatnio przy wszystkich powiedziała, iż jestem złą gospodynią!
— Mama tylko chciała pomóc.
— Pomoc to: „Patrz, co za nieudaczka, nie potrafi choćby pierogi zrobić!”
Marek odkłada telefon.
— Jadzia, dość. Jestem zmęczony, nie chcę się kłócić.
— A ja mam dosyć znieważeń od twojej mamy!
— Znieważeń? Ty wymyślasz wszystko!
Jadwiga siada, głowę przyciska dłońmi.
Trzy lata małżeństwa zamieniły się w walkę o to, by być wysłuchaną.
Poznali się w pracy, on inżynier, ona z księgowości.
Wszystko było lekkie, aż wprowadził ją do rodziców.
Matka przyjęła ją chłodno, oceniając od stóp do głów.
— To właśnie ona? – zapytała, nie proponując miejsca do siedzenia.
— Tak, mamo, to Jadwiga.
— No więc witaj. Marek dużo o tobie opowiadał.
Ton był taki, jakby Jadwiga popełniła gafę.
Ślub był skromny, bez pieniędzy na wielkie przyjęcie.
Teściowa cały wieczór porównywała go do wesela Krzysztofa.
— A Krzysztof miał cały przepych! Restauracja, artyści, sto dwadzieścia osób!
— Mamo, mamy inne możliwości.
— Możliwości tworzy się sam, Marek.
Po ślubie zamieszkali w wynajętej kawalerce na przedmieściach Warszawy.
Teściowa przychodziła bez zapowiedzi, wchodziła i lustrowała każdy kąt.
— Jadwiga, po co ten kurz na szafie?
— Wczoraj sprzątałam, Zofia Kowalska.
— Co podajesz na kolację?
— Kaszę gryczaną z kotletami.
— Marek nie lubi kaszy. Woli ryż.
— Nigdy mi o tym nie mówił.
— Bo jest delikatny, nie chce cię urazić.
Marek milczał, nie broniąc żony, i to raniło najbardziej.
Teraz, po kolejnej kłótni, telefon dzwoni.
Marek podaje słuchawkę Jadwidze.
— Jadwiga, przyjedź jutro rano do mnie – rozkazuje teściowa.
— Po co?
— Musimy pogadać. Czekam do dziesiątej.
Teściowa rozłącza się bez pożegnania.
— Co ona chce? – pyta Marek.
— Żąda, żebyśmy przyjechali.
— No to dobrze, poświęcisz czas sobie?
— Twoja mama nie rozmawia ze mną, tylko rozkazy wydaje.
Rano Jadwiga jedzie do Zofii Kowalskiej, do centrum Warszawy.
— Wejdź, rozbierz się – mówi teściowa od drzwi.
Prowadzi ją do kuchni, gdzie stoi czajnik i ciastka.
— Siądź, chcesz herbaty?
— Nie, dziękuję.
Zofia Kowalska nalewa sobie i siada naprzeciw.
— Wzywałam cię w ważnej sprawie. Krzysztof z rodziną przyjedzie z Moskwy na tydzień.
— Dobrze.
— Nie mają gdzie spać. Hotele drogie, z dwójką dzieci niewygodnie.
— Odstaw pokój na weekend, bo przyjedzie brat z rodziną – mówi stanowczo teściowa.
— Którą sypialnię?
— Waszą z Markiem. W waszym mieszkaniu.
— Chcecie oddać nasz dom Krzysztofowi?
— Nie oddać, tylko pozwolić mu nocować tydzień.
— Gdzie my będziemy?
— Do mnie się wprowadzicie, mam miejsce.
— Zofia Kowalska, ale to nasze mieszkanie!
— Wynajmowane, nie własne.
— Płacimy za nie co miesiąc!
— I co? Rodzina ważniejsza niż pieniądze. Nie odrzucisz rodziny?
— Muszę to przedyskutować z Markiem.
— Marek już wie. Zgodził się wczoraj.
— Co?
— Powiedział, iż nie ma problemu spędzić tydzień u mnie.
Jadwiga wstaje.
— Idę.
— Czyżbyś się zgadzała?
— Nie zgadzam się. Porozmawiam z Markiem.
Wieczorem Marek wraca z pracy.
— Dlaczego nie powiedziałeś mi o Krzysztofie?
— Mama dzwoniła? – zdejmuje buty.
— Dzwoniła i powiedziała, iż musimy wyprowadzić się z mieszkania.
— Jadzia, to tylko tydzień.
— Marek, to nasze mieszkanie!
— Wynajmowane.
— Ale płacimy!
— Krzysztofowi naprawdę nie ma gdzie spać.
— Niech wynajmą własne!
— Po co, skoro mamy?
— Nie mamy! Mamy to, w którym żyjemy!
Marek zakrywa twarz dłońmi.
— Jadzia, jestem zmęczony. To tylko tydzień.
— Dla ciebie to nic. Dla mnie upokorzenie!
— Jakie upokorzenie? To pomoc bratu!
— Twój brat! A mnie nikt nie zapytał!
— Pytam teraz.
— Po tym, jak już zgodziłeś się z mamą!
— Czyli decyzja już podjęta? – pyta ona.
— Tak.
— Bez mojego zdania?
— Jadzia, to moja rodzina!
— A ja? Obca?
— Jesteś żoną, ale Krzysztof to brat. Mama prosi, nie mogę odmówić.
Jadwiga wyciąga torbę z szafy.
— Co robisz? – Marek staje w drzwiach.
— Pakuję. Zwolnię mieszkanie od razu.
— Nie bądź głupia, przyjadą dopiero w piątek!
— Nie obchodzi mnie to. Wychodzę.
— Gdzie?
— Do Świty.
— Jadzia, przestań robić sceny!
— To nie scena! To moje decyzje! Wybrałeś rodzinę, ja wybrałam siebie!
Marek chwyta ją za rękę.
— Zostań, porozmawiajmy spokojnie.
— Nie ma co rozmawiać. Nie potrzebuję cię.
— Potrzebuję!
— Potrzebujesz posłuszeńskiej lalki mamy, nie żony z własnym zdaniem.
Wychodzi, Marek zamyka drzwi za nią.
Świta otwiera, przytula, podaje herbatę.
— Opowiadaj, co się stało.
Jadwiga opisuje wszystko po kolei.
— Twoja teściowa naprawdę posunęła się tak daleko.
— Marek też. Nie konsultował się ze mną!
— Dobrze, iż odjechałaś. Niech zrozumie, iż tak nie można.
— Czy zrozumie?
— Musi, jeżeli kocha.
Jadwiga leży na kanapie, nie może zasnąć.
Rano Marek dzwoni.
— Jadzia, jak się masz?
— W porządku.
— Wrócisz?
— Nie.
— Nie będziesz wiecznie u Świty!
— Znajdę własny pokój.
— To głupie! Mamy nasze mieszkanie!
— To mieszkanie oddajesz bratu.
— Na tydzień!
— Nie obchodzi mnie. Nie wrócę.
Marek milczy przez chwilę.
— Dobrze. Porozmawiamy, kiedy się uspokoisz.
Jadwiga siedzi z telefonem w ręku, cisza dzwoni jej w uszach.
Wie jedno: do tego mieszkania nie wróci na rozkaz teściowej.
















